wtorek, 25 grudnia 2012

Stephen King - Ręka mistrza















Data ukończenia:  19 lutego 2009

Data utworzenia recenzji: 19 lutego 2009

Recenzja:

Po "Mrocznej Wieży" dużo musiało upłynąć czasu, bym zatęsknił za Kingiem. Kapitalnie stworzona książka: dramat, dawka optymizmu, thriller, horror i ściskanie serca (chociaż do łez jeszcze daleko). Z ostatnich jego dzieł jedyna warta uwagi. Bardziej sentymentalny, niż horrorowaty, Stephen King.


Opinia po czterech latach:

Będzie to raczej rozwinięcie opinii z tamtego okresu. W skrócie, Edgar Freemantle, główny bohater, już na pierwszych stronicach traci rękę w wypadku samochodowym. Jest to dla niego bardziej ból psychiczny, niż fizyczny. Za radą psychologa, wyjeżdża na Duma Key, wyspę, która ma mu pomóc odzyskać równowagę psychiczną. Ma się tam zająć dawną pasją, malowaniem.

Sęk w tym, że King tworząc inne postacie, przyćmił głównego bohatera. Wireman, człowiek z niespodzianką w czaszce, to kwintesencja tej powieści. Jest niczym Joker w filmach o Batmanie - wygryza tytułową rolę. Teksty Wiremana to kopalnia wiedzy, dużo czasu zajęło mi przepisanie mądrości tego zacnego człowieka, ale mam je wszystkie, których używam po dziś dzień.

I tak drugoplanowa rola stała się najlepszą częścią tej książki. Elementy horrorowate występują, ale w kiczowatym stylu. Bardziej rzuca się w oczy klimat starości, rozmyślań o życiu, smutku. I ostatnie strony pokazują, jakim King jest wielkim pisarzem. Nie doprowadził mnie do płaczu, ale przykro odkładało się tę księgę.

Mimo tego wątku, nie mogę powiedzieć, że jest to fenomenalna powieść. Jest dobra, ale gdybym miał komuś polecić coś Kinga, podejrzewam, że ten tytuł zupełnie, by mi nie zaskoczył. Samej książki pamiętać nie będę, ale nauki Wiremana - owszem.

niedziela, 23 grudnia 2012

Piers Anthony - Źródło magii
















Data ukończenia: 23 grudnia 2012

Data utworzenia recenzji: 23 grudnia 2012

Recenzja:

...i po kilkunastu latach kupiłem książkę, która miała mi pokazać, że nie myliłem się - seria "Xanth jest rewelacyjna. Jak to często bywa z arcydziełami, sequele nie mają z nimi nic wspólnego (z wyjątkiem "Terminatora 2"), a "Źródło magii" to zwykłe popłuczyny po "Zaklęciu...".

Seksizm jest, ale nie przeszkadza zupełnie, bo jeśli ktoś chciałby się bawić w krytykę tej części, to znajdzie tutaj duże pole do popisu na innym gruncie. Główny bohater z pierwszej części - Bink, wraz z centaurem Chesterem i żołnierzem Crombie'm (zamienionym w gryfa) wyruszają w podróż, której celem jest poznanie źródła magii. Każdy ma problem w domu, więc łatwo idzie im przyjąć wyzwanie. Centaurzycy urodził się źrebak, żona Binka jest w ciąży i to w najpaskudniejszej, z charakteru i wyglądu, postaci zarazem, a Crombie podsyca swoją nienawiść do kobiet. Po drodze dołączają do nich: Dobry Czarodziej Humfrey i Grundy - miniaturowy golem tłumacz.

Jeśli brzmi to ciekawie, to muszę ostrzec, że to tylko początek, a później jest już tylko gorzej. Piers dwoił się  i troił, żeby napisać kontynuację swojego bestsellera. Całość niestety wygląda tak, że są pomysły na kolejne rozdziały, ale ich wykonanie to totalna fuszerka. Schemat jest taki:

1. Grupa podróżuje w kłótni i nie jest to marka samochodu.
2. Opisy fauny i flory, tylko problemem jest to, że Piers Anthony wymyśla magiczne rzeczy pokroju: drzewo chlebowe, drzewo butowe, rzepy, które można odczepić używając wulgarnego języka. Może się to podobać w pierwszych aktach, ale później jest to męczące. Świat nie jest tak konsekwentny, jak u Tolkiena, czy Rowling. Równie dobrze, ja mogę wymyślić purchawkę, która kicha po rozdeptaniu. Proste i miejscami żenujące swoją prostotą.
3. Gadka szmatka, ktoś potrzebuje pomocy.
4. Walka ze stworem. Ci, co czytali pierwszy tom, wiedzą, że Bink ma niespotykany dar. Dzięki niemu jest prawie nieśmiertelny. W trakcie walki, przy unikach, czytamy głównie rozmyślenia nad jego niesamowitym talentem. Autor rozprawia nad tym nieustannie. A po kolejnej takiej sytuacji, ja dochodzę do wniosku, że trzeba zmienić głównego bohatera, Bink miał już poprzedni tom.
5. Rozmyślania i dalsza podróż.

Wszystko wygląda tak, jakby miał kilka pomysłów na walkę, ale nie wiedział co wstawić pomiędzy nimi. Męczarnia. Tyle czekałem na ten tom, żeby w końcu go przeczytać. Jest to niestety największe książkowe rozczarowanie w moim życiu. Siedziałem i nie czułem tego dzieła. Robiłem wszystko inne i nie mogłem wsiąknąć w klimat. Oczywiście, ostatnie rozdziały, gdy pojawia się demon X(A/N)th, jest rzeczywiście bardzo dobry. Na poziomie "Zaklęcia..."! Ba! Już nawet słyszałem o tym, że trzeci tom wyjaśnia niektóre rzeczy wydumane w tej części i jest na poziomie pierwszego. Ale było już za późno, wierzę, że dalej może być lepiej, bo to, co trzymałem w rękach nie jest dobrą książką, a oceniam tylko to, co autor miał mi do przekazania w tej właśnie chwili. To było nudne, kiepskiej jakości, odcinanie kuponów od wspaniałego bestsellera.

piątek, 14 grudnia 2012

Roger Moore, Gareth Owen - Bond o Bondzie. 50 lat w służbie Jej Królewskiej Mości














Data ukończenia: 23 listopada 2012

Data utworzenia recenzji: 14 grudnia 2012

Recenzja:

"Skyfall". Jednym się podobało, inni krytykowali - ja byłem wniebowzięty. Ale teraz nie o filmie, a o książkach. 2012 rok, to wspaniały okres, kiedy każdy ma okazję zabłysnąć jakąś uwagą na temat agenta 007. Przypomina to koszyki w hipermarketach z plastikową chorągwią z napisem: "Mamo, tu jestem!". Autor tego dzieła też chciał zarobić odnowioną i usprawnioną wersją swojej książki. Michał Grzesiek chyba nie chciał, bo jego "Szpieg, którego kochamy" ani jakoś specjalnie nie uczestniczył w wydarzeniach związanych z premierą nowego filmu, ani na półkach księgarni nie zagościł. Pojawił się nowy gracz, iście brytyjska twarz, sir Roger Moore. Klękajcie na mordy przed jedną z najbardziej "chciałbym, żeby wszyscy myśleli, że jestem super fajny" książek, jakie dane było wydrukować na papierze kredowym.

Masochista, tak mogę siebie nazwać. Wybrałem to badziewko na imieniny, bo jako samozwańczy krytyk Bonda, musiałem przełknąć cierpką pigułę w kształcie zabójczego humoru Rogera Moore'a. Po wszystkich zniżkach i podzieleniu kosztów na trzy osoby, prezent nie kosztował więcej niż 8 złotych od łebka. Na tyle to mogłem naciągnąć bliskie mi osoby, ale już na pełną kwotę 49,90 zł - miałbym wyrzuty sumienia.

Wizualnie jest perfekcyjnie. Kredowy papier, dużo zdjęć i to w kolorach większość. Później zauważa się, że jest dużo luk, by móc dobić do jakiejś większej ilości stron. Białe plamy świecą, jak zęby Rogera w "Świętym".

Moore, najbardziej męczący Bond w historii, napisał wcześniej książkę "Nazywam się Moore. Roger Moore". Przekartkowałem ją i wiem, że nie była taka zła. Humor pisany lepszy niż zagrany. Miałem nadzieję, że i tu nie będzie źle. A jednak...

Kojarzycie sytuację, gdy w większej grupie przy piwie jedna osoba męczy się, bo nie może złapać tematu lub jest poirytowana, że nieznaczna uwaga spływa na jej splendor (głównie tylko taki, że się nie odzywa). Pal licho takie zachowanie. Gorzej, gdy na chama chce zaistnieć. Rzuca wtedy w eter (lub w etyl, wedle uznania): "Widziałam Zośkę w pewnej sytuacji, wolałabym o tym nie mówić" lub "Zawiodłam się na nim". W mojej głowie zawsze wtedy, uruchamia się mechanizm z dźwiękiem rysującej się płyty winylowej. Każdy ciekawski zapyta, ale o co chodzi? I oto jest! W końcu ktoś ją zauważył, czuje ten triumf w wysiedziałych lędźwiach. Ktoś zapyta: "A o co chodzi?". Ta z wyuczonym zakłopotaniem mówi: "Nie ważne".

Jeszcze paskudniej jest, jeśli autor książki robi takie zabiegi, a nie można nawiązać takich relacji, jak ta wyżej opisana sytuacja. Moore pisze głównie o sobie, ale gdy już łaskawie wspomni o kimś innym, to rzuca pewną dwuznaczną sugestię i pozostawia ją niewyjaśnioną. Stary, dobry Moore. Bierz moją forsę i spadaj na drzewa, z tymi swoimi połowicznymi ciekawostkami o Bondzie.

No właśnie, o jakim znowu Bondzie my mówimy? Bo James jest może wspomniany może ze dwa razy. Aleksandra Boga! Toż to znowu ten humor Rogera. Autor nie musi się wysilać, by być fajnym kolesiem na kwadracie, z wyszukanym poczuciem Rogerumoru (wszystkie prawa zastrzeżone, czy coś). Zmień imię James na Jim. Za dużo Jimów w ostatnim rozdziale? To dawaj Jimmy. Ups, trochę głupio to wygląda, dajmy jeszcze Jimbo. I tak w całej książce zabrakło Jamesa Bonda. Czy to walka z powtórzeniami, czy Rogerumor?

Jak to jest, że na trzy książki wydane w Polsce od 2009 roku, dwie próbują być zajebiście fajnackie (fajne, to za mało powiedziane) i obie są do bani? O Bondzie pisali już: kulturowy cieśla, miłośnik i odtwórca roli agenta 007. I wiecie co? Najlepiej zrobił to miłośnik (Michał Grzesiek), który nawet nie wychylił się ze swoją książką, nie gimnastykował się na każdym portalu. Usiadł i napisał, co wiedział, co sprawdził i to, co się wszystkim spodoba.

piątek, 30 listopada 2012

Derren Brown - Sztuczki umysłu. Poznaj mechanizmy ludzkich zachowań
















Data ukończenia: 17 listopada 2012

Data utworzenia recenzji: 30 listopada 2012

Recenzja:

Jeśli nazwisko Brown kojarzy się wam wyłącznie z twórcą  "Kodu Leonarda da Vinci", to nie ma co się przejmować. Gorzej ma tylko Paris Hilton, która skojarzyłaby je z byłym premierem Wielkiej Brytanii - Gordonem Ramseyem.

Derren to chyba najmagiczniejszy homoseksualista, jakiego zdarzyło mi się oglądać w telewizji. W swoich krótkich programach skupia całą uwagę widza na sobie, czy jest to gra w rosyjską ruletkę, czy "zwykłe" odczytywanie ludzkich zachowań. O co chodzi? Jeśli David Copperfield kojarzy wam się z magią, a nie z postacią stworzoną przez Dickensa, to prawdopodobnie mieliście niesamowite dzieciństwo... przed telewizorem.

To on pokazał mi magię, taką o jakiej zawsze marzyłem. To dzięki niemu zrozumiałem, co to jest iluzja. Ale czar mentora prysł, gdy na ekrany tych samych telewizorów puszczono serial innego iluzjonisty, Magika w Masce (Val Valentino), o nazwie "Magia bez tajemnic". Pokazano dogłębnie, jak wykonuje się sztuczki pokazywane przez, między innymi, Copperfielda. Szczena opadła, bo po raz pierwszy słowo "iluzja" zaczęła kojarzyć mi się z wierutnym kłamstwem. Dopiero Derren Brown przyniósł falę świeżości do sztuczek magicznych. Nie tylko iluzja, ale i wspomniane wcześniej odczytywanie zachowań, wprowadzały dozę dramaturgii do telewizyjnych przedstawień (polecam obejrzeć "Rosyjską ruletkę" na YouTube, nie analizujcie, a przeżywajcie ostatnią scenę tego programu).

Jego książka to żadna księga czarów, sztuczek i iluzji. To ciekawe przemyślenia o umyśle i czynnościach z nim związanych. Na rozgrzewkę kilka żenujących tricków z monetą i kartami, które przez dodanie wydawałoby się mało istotnych ruchów, spowodują orgazm wyobraźni w mózgu widza.

Chcecie wiedzieć, jakim cudem Derren zapamiętuje wszystkie informacje? Przedstawia swoje ulubione sposoby ćwiczenia pamięci. Co śmieszniejsze, siedziałem o drugiej w nocy i robiłem te ćwiczenia na kartce papieru. To działa! Przypominam, że nie recenzuję książki o rzucaniu palenia, albo pozbyciu się świądu odbytu. Ćwiczenia serwowane przez autora rzeczywiście działają!

Przeskok do hipnozy, fobii i efektu placebo. Na koniec mamy kpinę z "zimnego odczytu", czyli rozmowy medium ze zmarłymi. Brown sam pisze, żeby nie mieć współczucia do osób, które zarabiają pieniądze za pomaganie rodzicom utrzymywać dialog ze swoim zmarłym dzieckiem.

I są minusy w tej książce, jak zwykle zboczenie zawodowe autora nieuchronnie przelało się do twórczości i podany nam rozdział o hipnozie nuży niemiłosiernie. Ale jeśli myśleliście, że nie można z jajem, ale i całkiem serio, stworzyć książki o ludzkich zachowaniach, sięgnijcie po wypociny Derrena Browna.

czwartek, 15 listopada 2012

Stephen King (Richard Bachman) - Wielki Marsz

















Data ukończenia: 13 marca 2009

Data utworzenia recenzji: 13 marca 2009

Recenzja:

Chyba najlepsza książka, jaką King napisał pod nazwiskiem Bachman. Teoretycznie nieskomplikowana historyjka, którą bez problemu można było rozszerzyć na 250 stron. Przez cały czas trzyma w napięciu. Od normalnych książek Kinga opowiadania Bachmana różnią się większym okrucieństwem i odpuszczeniem sobie jakichkolwiek barier moralnych. Sam może zmieniłbym lekko zakończenie, bo według mnie można było zakończy historię "czymś większym".

Zdecydowanie polecam. Zwłaszcza, że po wymęczonej "Mrocznej Wieży" (która nie była taka zła), jakoś obiektywniej zdarza mi się patrzeć na dzieła Stephena Kinga.


Opinia po trzech latach:

Wspaniale jest polecać książkę w recenzji, nie pisząc nic o fabule, więc będę ciągnąć dalej. Osoby z bliższego mi otoczenia często krytykują moje zdolności do maszerowania. Człowiek per pedes, to dobre określenie. Maszerując: czytam książkę, rozmawiam twarzą w twarz, rozmawiam przez telefon, rozmyślam, debatuję ze współpracownikami w pracy, itp. Niektórzy mówią, że to wina ADHD, owsików, albo hemoroidów. Prawda jest taka, że gdy psychicznie i fizycznie wymęczyli mnie w wojsku, nauczyłem się lubić maszerować, bo gdybym miał to jeszcze znienawidzić to sfiksowałbym w pierwszym tygodniu. Chodzenie traktuję, jak obieranie ziemniaków i zmywanie naczyń - odseparowanie się i wypoczywanie. Na swój chory sposób.

Chodziłem, czytając "Wielki Marsz", ale musiałem usiąść. Wyobraźmy sobie konkurs chodzenia, w którym biorą udział dzieci. Meta jest tam, gdzie padnie przedostatnie z nich. Umrze z wycieńczenia, albo zostanie zastrzelony przez żołnierzy. Wojskowi odmierzają czas między jednym krokiem, a drugim, żeby można było określić, czy uczestnik jeszcze chodzi, czy tylko powłóczy nogami. Nie ma przerw, racje żywnościowe są, wydalanie w marszu, spanie w marszu i życie w marszu.

Uszanowałem swoje nogi i posadziłem dupsko w fotelu. Nawet im należy się szacunek. Tak zła, w dobrym znaczeniu, jest ta książka!

sobota, 3 listopada 2012

Arthur C. Clarke - Odyseja kosmiczna 2010
















Dat
a ukończenia: 23 października 2012

Data utworzenia recenzji: 3 listopada 2012

Recenzja:

Od razu po przeczytaniu pierwszej części zabrałem się za film nielubianego przeze mnie reżysera. Kubrick zmienił miejsce akcji z Saturna na Jowisza, bo przeciętny zjadacz chleba odczuje różnicę. Oglądałem partiami... i przez większy czas pytałem siebie, jakim cudem ludzie mogą mu dawać takie wysokie noty. Przecież jeśli w filmie wyjaśniają sytuację, to i tak nie wiadomo, co się dokładnie dzieje. Do filmu bez książki nie powinno się podchodzić.

- Ale jak to? Przecież książka wyszła po premierze filmu! - wyrwał się Remigiusz, bo sprawdził na wikipedii.

Ano tak. Stanley i Arthur pracowali nad scenariuszem do filmu na podstawie opowiadania napisanego przez tego drugiego. Tak powstała wersja papierowa, ale jeszcze nie książka, "Odysei kosmicznej 2001". Mam podejrzenia, że wyszło tak jak z "Lśnieniem" Kinga - Kubrick wziął z książki to, co mu się podobało i stworzył coś, czego sam King nie polubił. Efekt? Stephen postanowił nakręcić miniserial, który jest wierniejszy powieści. Mam wrażenie, że i w tym temacie może być podobnie. Kubrick naniósł poprawki do scenariusza, a Clarke napisał książkę na podstawie niepoprawionego.

Śmieszy mnie, jak ludzie stawiają pomniki Stanley'owi za ten film. Za muzykę? Za zdjęcia? Wszystko ok, ale brak jest scenariusza, wyjaśnień, a fabuła wysiada w połowie filmu. Prędzej uwierzę, że za nazwisko reżysera (obok Spielberga najbardziej rozchwytywane nazwisko w branży). Jakim cudem można gloryfikować dzieło, które nie daje odpowiedzi na podstawowe pytania, takie jak:

1. Do czego służy monolit?
2. Dlaczego HAL się zbuntował?
3. Co się działo pod sam koniec?
4. Co to za dziecko?

Nie ma tam odpowiedzi. W pierwszym scenariuszu, czyli książce, jest. W tym momencie, gdybym nie znał fabuły, nie miałbym zielonego pojęcia, co się dzieje. Film jest przepiękny, ale to, co wydarzyło się na samym końcu to jedna wielka czarna dziura fabularna. Nie takie filmy ludzie opieprzali za luki w opowiadanej historii! Okazuje się, że obrazu bez książki nie ma jak uszczypnąć. I vice versa. Gdybym znał wyłącznie powieść, pomyślałbym, że to dobra instrukcja, jak nie pisać książek science-fiction. Film pokazał to, czego Clarke nie potrafił opisać!

A to, co najbardziej mnie w filmie poirytowało: niekompetencja Bowmana. Oto, co dzieje się po śmierci Poole'a u Kubricka i Clarke'a.

FILM: Dave wsiada w drugą kapsułę, wylatuje ratować ciało Franka. HAL w tym czasie zabija zahibernowaną trójkę, bo statek pozostał w rękach komputera, który miał być przed chwilą wyłączony. Gdy Bowman wraca, HAL nie otwiera mu śluzy, a z awaryjnej nie może skorzystać, bo zapomniał hełmu...

KSIĄŻKA: Procedura jest jasna, Frank przepadł, Dave musi obudzić jednego z "trójki". HAL się irytuje i otwiera śluzę. Zabija to dwóch zahibernowanych i jednego budzącego się. Dlaczego? HAL dostawał z Ziemi dwie informacje:
1. przekazywać wszystkie informacje załodze o podróży;
2. nie mówić załodze o celu podróży.
Te dwie sprzeczne informacje powodują, że komputer "szaleje". Z tego, co słyszałem, to dopiero w drugim filmie będzie to wyjaśnione. I po tym poznać Kubricka - trzeba nakręcić remake lub sequel, żeby wytłumaczyć jego interpretacje. Ale nie zmienia to faktu, że ten film to majstersztyk, przy dodaniu fabuły z książki Clarke'a.

- Ale ten film nie powstał dla fabuły, tylko dla dźwięku, obrazu. Fabuła nie jest najważniejsza, tylko klimat - drugie podejście Remigiusza.

O tak, to dobry argument. Szkoda, że inne filmy nie mają tak łatwo w podbijaniu audiowizualnością i klimatem serc widzów. Zaraz sprawię, że zrozumiecie, co się działo przez te dwie kubrickowskie godziny. Oto moje streszczenie książki pod tym samym tytułem:


W książce, monolit był tablicą na której pokazywały się różne wzory i obrazy. Obca rasa stojąca za ich budową, wybrała sobie małpoludy, jako w miarę możliwe do "ogarnięcia" istoty i zaczęła je nauczać. Małpoludy jadły trawę, chociaż obok były tłuste guźdźce. Nie potrafiły bronić się przed niebezpiecznymi zwierzętami, nawet nie uciekały. Były tak głupie. Monolit pokazał obraz: nażarty, bekający samiec. Małpoludy poczuły zazdrość: pierwszy krok do człowieczeństwa. Gdy podczas jednego seansu małpolud zginął, monolit zgasł, bo obca rasa przestraszyła się swojego mocnego wpływu na życie głupszej rasy.



Powrócono z nową serią ćwiczeń. Nastąpiła selekcja, wybrano małpoluda "zwanego" Strażnikiem Księżyca za najmądrzejszego i robiono z niego lidera. Ten znalazł narzędzie (zdaje się, że kość) i poprowadził swój lud na inne plemię, które wyrżnęli. Monolit spowodował, że słaba rasa małpoludów zaczęła używać mózgu i przetrwała ciężkie czasy wśród niebezpieczeństw. 



W 1999 roku znaleziono na Księżycu zakopany monolit. Gdy się do niego dobrano, ten wysłał sygnał w kierunku księżyca Saturna. Prawdopodobnie dał znać, że ludzie są na Księżycu i zdołali wykopać monolit (ale to mój domysł).


2001. Wysłano ekipę na Saturna. Załoga nie wie prawdy. HAL wie. Po wyłączeniu HALa, Dave zdaje sobie sprawę, że bez komputera nie ma powrotu na Ziemię. Leci w kierunku księżyca Saturna. Tam wlatuje w monolit, który specjalnie dla niego staje się portalem do czegoś. Widzi tam pojazdy innych ras, obca cywilizacja prawdopodobnie już dawno nie istnieje. Za długo musieli czekać. 


Nagle Dave znajduje się w pokoju hotelowym. Jest to wytwór monolitu. W telewizorze widzi różne programy, w tym film, w którym jest identyczny pokój, w którym się znajduje. Wszystkie informacje w telewizji są z tego samego czasu, kiedy w 1999 roku monolit z Księżyca wypuścił sygnał w stronę Saturna. 



Pokój ten ma być "wylęgarnią" ras. Dave kładzie się do łóżka i porzuca to, co nas ogranicza w życiu wiecznym - ciało. Na razie pozostaje w wizerunku "ducha-dziecka", ale to wytwór jego wyobraźni, później powinno i to zniknąć. Jest doskonalszą postacią, tak jak na samym początku Strażnik Księżyca, który poprowadził małpoludy w stronę człowieczeństwa. Teraz Dave ma szansę być władcą, ale nie wie, na razie, co zrobić z tak wielką mocą. Pod koniec decyduje się na zniszczenie orbitującej broni nuklearnej.


Idźcie teraz i obejrzyjcie swoje stare arcydzieło i poznajcie nowe.

- Idź w cholerę! Miałeś recenzować książkę, a recenzujesz film. I to jeszcze nie tego tomu. Jezus, ale frajer!

No właśnie i przechodząc zgrabnie do recenzji drugiego tomu, trzeba wyjaśnić jedną kwestię. Gdy Clarke podjął decyzję, że napisze nowe przygody, musiał wybrać, którego dzieła kontynuacja będzie dotyczyła. Arthur wybrał, że "Odyseja kosmiczna 2010", dzieje się po wydarzeniach z filmu. Tak! Możecie palić na stosie swoje egzemplarze książek, pierwsza powieść nie jest kanoniczna. Co śmieszniejsze, nie musicie już nawet do niej zaglądać, by zrozumieć film. W drugim tomie wyjaśniają każdą sytuację, jaka zaszła u Kubricka. Nie ma Saturna, jest Jowisz. Bowman poleciał po Franka i nie znamy powodu buntu HALa.

Akcja dzieje się dziewięć lat później. Amerykanie chcą dostać się na opuszczony statek Discovery (Odkrywca). Ponieważ nie zdążyli zbudować nowego pojazdu, zabierają ich na pokład sowieci. Statek kosmiczny Leonow natrafia podczas lotu na chiński statek kosmiczny Tsien. Chińczycy giną z rąk obcej rasy. Bowman wraca na Ziemię, ogląda obce cywilizacje, kontaktuje się z załogą Leonowa. Twórca HALa nawiązuje kontakt z HALem. I tak dalej.

Tragedią jest to, że przez większość czasu panuje totalna nuda. Dzieje się non stop, ale Clarke ma taki usypiający styl pisania, że jedynie początek i koniec były ciekawe. Środek jest do wymiany całkowicie, brakuje szlifów. Gdy Bowman ogląda obce cywilizacje autor próbuje stworzyć klimat, by nas zainteresować. Fiasko! Równie dobrze mogłem czytać słownik wyrazów bliskoznacznych, taki sam klimat.

Oczekiwałem czegoś lepszego. Końcówka zdecydowanie ratuje ten tom, ale nadal jest to jedna z najdłużej ciągnących się powieści, jaką miałem okazję czytać w tym roku.

czwartek, 18 października 2012

Joanne K. Rowling - Harry Potter i Zakon Feniksa
















Data ukończenia: 12 października 2012

Data utworzenia recenzji: 18 października 2012

Recenzja:

Gdybym miał wybrać najbardziej irytującą książkę, nie wygrałoby żadne dzieło Coelho, czy podebiutowe wydania Hellera. To właśnie Rowling swoim piątym tomem Pottera zgarnęła podium. Przyczyniła się do tego trójka bohaterów: Umbridge, Dumbledore i Harry Potter.

O Dumbledorze wypowiadać się nie będę, bo za dużo można zniszczyć. Umbridge, Wielki Inkwizytor Ministerstwa Magii w Hogwarcie, to babsztyl, który jest bardziej zafajdany umysłowo niż Śmierciożercy. Można próbować szukać wytłumaczenia jej zachowania, ale wychodzi na to, że to TYLKO człowiek jest. Rowling pokazała, że draństwo nie zawsze kryje się za "obrażonymi" minami i czarnymi ubraniami. To postać w babusinym sweterku z nierozłącznym uśmiechem.

Kolejną irytującą postacią jest sam Potter. Nabrał ludzkich cech, nie jest wyłącznie papierowym bohaterem, który zawsze musi być zdziwiony, by móc mu wytłumaczyć, co się dzieje w świecie czarodziejów. W tym tomie nabrał denerwujących cech, jest wymagający, roszczeniowy i przez cały czas wypomina innym, że więcej mu się należy, bo w poprzednich tomach to on walczył z Voldemortem, dementorami i innymi. Oliwy do ognia dodaje fakt, że świętej pamięci ojciec - James, będąc w jego wieku, dawał baty Snape'owi.

I co chwila irytacja sięgała zenitu, tak dobrze zrobiła to Rowling. Bo tutaj stworzono ją specjalnie, nie jest to efekt uboczny marnych wypocin autora. Trzyma się kciuki za dzieciaki i ich bunt przeciwko polityce dorosłych, która bezpośrednio w nich uderza. Nie możemy znieść myśli, że ojciec głównego bohatera zachowywał się, jak Draco Malfoy. I czy Potter znajdzie swoją miłość?

Książkę w pewnym momencie chce się odrzucić. Rowling przez cztery tomy tworzyła świat magii, który miał dobre i złe strony, ale był uwielbiany. Z tą częścią pojawiły się czarne myśli, że być może wraz z wiekiem ludzie dostrzegają kolejne etapy mroku człowieka. Najlepsza książka z serii!

sobota, 6 października 2012

Garth Nix - Ponury Wtorek

















Data ukończenia: około 10 grudnia 2006

Data utworzenia recenzji: 10 grudnia 2006

Recenzja:

W "Poniedziałku" tematem było lenistwo i biurokracja, a we "Wtorku" - chciwość i niewolnictwo. Książka tylko na parę godzin, 280 stron na opisanie nowo stworzonego świata, nowych postaci, zaskakujących przedmiotów. Malutko! Zwłaszcza, jak się pomyśli, że środek książki nieco nuży brakiem jakiejkolwiek dynamiki.

Po "Poniedziałku" myślałem, że to tylko takie niemrawe rozpoczęcie, po drugim tomie już nie widzę tej całej serii tak jasno. Nix za dużo wymyśla nowości w literaturze, a za mało poświęca czasu na budowanie klimatu. Wszystko leci, jak z bicza.


Książka dobra, ale tylko dobra, zbyt lakoniczna - nie umywa się do ospałej sagi o Abhorsenie, w której było o wiele mniej innowacji, ale istniał klimat i ciekawie stworzony świat. I tak będę czekał na kolejny tom - "Utopioną Środę".


Opinia po sześciu latach:

No! W końcu natknąłem się na recenzję, gdzie potrafiłem wyłożyć kawę na ławę. Już wtedy zauważyłem, że Nix leci w kulki. Kolejny stworzony świat MÓGŁBY być ciekawy, gdyby został napisany przez innego autora. Sama postać Harry'ego Pottera, tfu, Artura Penhaligona jest nudna od samego początku do końca. Pozostałe postacie: Pan Poniedziałek, Ponury Wtorek i ich świta są świetnie stworzonymi osobami, które nie mają zupełnie życia w tej serii.

Wyobraźcie sobie, że Rowling opisuje tylko przygody Pottera, Hermiony i Rona. A charaktery, jak Voldemort, Snape, czy Umbridge, to wyłącznie "papierowe" osobniki, które zapełniają tekst narratora. Nie mają własnego życia, nic o nich nie wiadomo. Klapa na miejscu. Nie postać Pottera jest często wybierana na najlepszą z całej serii. Są ludzie, którzy wolą Snape'a i Dumbledore'a.

To jest problem Nix'a. Ma szkice na świetne osobniki, ale nie potrafi stworzyć z nich niczego spójnego. Tak, jak w tym tomie, Ponury Wtorek za pomocą swoich rękawic z Nicości tworzy przedmioty materialne, tak Garth ze swoich materialnych szkiców postaci, nie robi z nimi nic.

No i po tylu latach musiałem wejść na wikipedię i przeczytać streszczenie tej części. Źle to świadczy o książce, jeśli aż tak nie mogę znaleźć punktu zaczepienia. O zgrozo! Na wikipedii czyta się to całkiem nieźle, ale problem polega na tym, że często taki skrót to jedyna pozytywna esencja z tego gniota.

sobota, 29 września 2012

Mikołaj Gogol - Szynel i inne opowiadania















Data ukończenia: 23 września 2012

Data utworzenia recenzji: 29 września 2012

Recenzja:

Szukając w spisie "1001 książek, które musisz przeczytać" Boxall'a natrafiłem na taką pozycję, jak "Nos". Mikołaj Gogol to autor, którego znam wyłącznie ze słyszenia, a te opowiadanie to ponoć kawał niezłej komedii. Doszukałem się zbioru opowiadań i lekko zmuszając się do zaliczenia (narzuciłem na siebie coś, czego zupełnie nie czułem potrzeby czytać), rozpocząłem jedną z najdziwniejszych przygód, jakie miałem do tej pory literować.

Nos - Narrator przedstawia na początku Iwana Jakowlewicza, cyrulika, który podczas śniadania w chlebie znajduje nos. Nie jest to pierwszy lepszy nos, bo należy on do asesora kolegialnego Kowalowa. Nie jest to sen, bo Kowalow budzi się rano bez nosa. Chcąc zgłosić zgubę w odpowiednim urzędzie napotyka się na wysiadający nos z dorożki w służbowym uniformie. Ten nie ma zamiaru wracać na swoje miejsce, bo jak sam twierdzi, nie należy do nikogo. Historia kończy się dobrze, ale narrator kpi z czytelników, którzy oczekiwali racjonalnego wyjaśnienia sprawy oraz z samego autora, który musiał stworzyć tego typu fabułę.

Szynel - Akakiusz Akakijewicz to człowiek całkowicie poświęcony swojej pracy. To radca tytularny, który jest wyszydzany w urzędzie przez osoby, który wykorzystują to, że nie może się odgryźć. Pewnej zimy zauważa, że jego płaszcz, który i tak nie wyglądał najlepiej, zaczyna prześwitywać. Kupno sukna na zrobienie nowego jest w tym momencie nie na jego możliwości, zaczyna wielkie oszczędności, by być w posiadaniu nowego szynela.

Wij - horrorowata opowieść o wiedźmie, która lubiła ujeżdżać swoje ofiary. Filozof Choma Brutus to poszkodowana osoba, która polanem wymierzyła sprawiedliwość. Stara zmienia się w młodą dziewczynę, główny bohater ucieka, ale po jakimś czasie dostaje wezwanie od pewnego mężczyzny, że ostatnim życzeniem zamordowanej córki, było to, żeby pewien nieznany mu filozof przez trzy noce modlił się o jej dusze w cerkwi, w której spoczywa. Pracodawcy wysyłają Chomę, a ten nie wie, czy oni wiedzą, że to on zabił i czy wiedźma po śmierci jest nadal wiedźmą.


Dziw bierze, że to XIX wiek. Czytając Doyle'a zauważam, że już w tamtych czasach pisano tak, że wszystko da się zrozumieć. Nie jest to czytanie wyrazów, ale składanie zdań. Okres ten jest dla mnie tak odległy, że traktowałem go, jako epoka Szekspira, Kochanowskiego i Gala Anonima. Patrząc na Gogola i twórcę Holmesa, dostrzegam nową gałąź do spenetrowania.

A co do samego Gogola, w tym "wybiorze" opowiadań "Nos" rzeczywiście jest najlepszym tworem. Ale pozostałe przekonały mnie, że może warto sięgnąć po jego nowelę. Na przykład "Martwe dusze", które też znalazły się na liście Boxall'a.

niedziela, 23 września 2012

100 flag. Na ścieżkach wiedzy 3. Encyklopedia














Data ukończenia: 20 września 2012

Data utworzenia recenzji: 23 września 2012

Recenzja:

Z moich wyliczeń wynika, że jest to setna przeczytana książka od 2005 roku (udokumentowana recenzją!). Wpadłem na pomysł uczcić to w jakiś szczególny sposób, ale że inwencji u mnie ostatnio za grosz, postanowiłem zabrać się za książkę z setką w tytule. Tego typu zestawień jest mnóstwo. Mogłem wybrać sto pozycji seksualnych, chorób wenerycznych i najlepszych hip hopowych płyt (wyszło tyle? myślałem, że to kilka utworów plus ich covery). Ale nie! Musiałem brać do łap "100 flag", bo było w przecenie. A jakość książki sprawdziłem tym, czy jest flaga Paragwaju... Nadaję się na testera jakości, nie pogadasz.

Czego oczekujemy po takiej książce dla dzieci?

Ilustracje flag. Historia. Podstawowe fakty. Charakterystyka kolorów. Ciekawostki. Wiecie, że Izrael ma największą flagę na świecie? Rekord Guinessa! Paragwaj to jedyne państwo, na fladze której ma awers i rewers, a RPA ma użytą największą ilość kolorów. To jest wspaniała książeczka i szkoda, że nie ma wszystkich państw opisanych.

Co Twoje dziecko dostało?

Ilustracje flag są, jedna teraźniejsza plus dwie wcześniejsze. Opis też jest. Podano, kiedy została przyjęta flaga, opisane podstawowe kolory. Podstawowe dane są. Zawierają: nazwę państwa, kolory, proporcje i datę przyjęcia. Jest punkt "Warto wiedzieć", który informuje o takich ciekawostkach, jak podałem wyżej o Paragwaju i RPA. Dodatkowo zawierają tam wiadomości o kolorach, proporcjach i datach przyjęcia. I ostatni punkt to "Pytania i odpowiedzi", w którym są pytania i odpowiedzi dotyczące opisywanej flagi. Kto zaprojektował flagę? Kiedy pierwszy raz została ukazana światu? Jakie są kolory? Jakie są proporcje?

Nie ma tam nic innego, niż opisywanie tych cholernych kolorów, proporcji i dat, kiedy powstały. Jeśli już znajdzie się prawdziwa ciekawostka to jest to raczej wytrysk z przyzwoitości, niż orgazm. A pamiętam, jak babcia karmiła mnie tego typu encyklopediami i atlasami do zarzygania. Ileż można było tego dostawać? Zamiast dostać pluszaka, to encyklopedia geograficzna na pięć tomów... Ale jedno trzeba rzec, nigdy nie kupiła mi takiego syfu, jak to, co właśnie recenzuję! A może nikt kiedyś nie odważyłby się czegoś takiego wydać dla dziecka? Kogo to ma uszczęśliwić? Dziecko od lat 4 do 6? To po jaką cholerę w opisach flag używasz takich słów, jak: partia MPLA, ruch partyzancki, niepodległość, socjalizm, unitarny charakter państwa, Kadafi, Bhutan, Kuba, Czad i Katar? Jak mam to wytłumaczyć dziecku? Na plastelinie? Nie ma sensu pisać dla dziecka o niepotrzebnych rzeczach! To tak, jakbym opisywał dziecku flagę Polski i wymknęłoby mi się o ataku na Czechosłowację. Było, to było, ale nie zawsze jest odpowiedni moment na niektóre tematy.

Ech, wykorzystywanie dzieci do zarobku. Polecić książkę? 

Tak, jeśli chcesz uciszyć dziecko na pięć sekund, bo zaraz zapyta, co to apartheid. Bo czujesz obowiązek.

Nie, jeśli kochasz swoje dziecko. Kup mu lepiej "100 pozycji seksualnych", teraz się zawstydzi, a za dwadzieścia lat podziękuje. Ja sam nie uczyłem się czytać na lekturach, robiłem to wcześniej z innymi... książkami. Mój brat w smarkatym wieku wyciągał "Lekarza domowego", otwierał na najczęściej używanej stronie i instruował wszystkich pouczającym głosem, że pochwa składa się z łechtaczki, warg sromowych itd. Działo się to podczas wizytacji gości, przy kolacji i winku. A on dzięki tej wiedzy do dziś bryluje na salonach.

środa, 19 września 2012

Piers Anthony - Zaklęcie dla Cameleon
















Data ukończenia: 19 września 2012

Data utworzenia recenzji: 19 września 2012

Recenzja:

Każdy przechodził przez etap pierwszej książki fantasy. "Władca pierścieni" Tolkiena, "Kolor magii" Pratchetta, czy "Harry Potter" Rowling, mają to do siebie, że masa ludzi na tych powieściach uczyła się czytać dla własnej przyjemności. Nie były to lektury szkolne, ale coś, po co samemu się sięgnęło.

Gdy Świat Książki przesyłał gazetki, z których mus był kupić jeden tytuł z ich oferty (inaczej miało się wątpliwej jakości "książkę miesiąca") w oko padła mi nazwa Kameleon. Jako młodzian oczarowany zdolnościami tego gada stwierdziłem, że powieść z tym słowem w tytule musi być niesamowita. Do dzisiaj jest to najczęściej czytana przeze mnie książka, która nauczyła mnie, że jest coś poza nudnymi tworami, które zupełnie nie pasują do wieku zmuszonego ucznia ("Zaklęcie..." czytałem mniej więcej w tym samym czasie, co "Dzieci z Bullerbyn", czyli trzecia klasa podstawowa). W gazetce widniała informacja, że wkrótce ukażą się następne tomy: "Źródła magii" i "Zamek Roogna". WOW! Przez dobre kilka lat na nie czekałem, pochłaniając książkę niezliczoną ilość razy, aż zwątpiłem.

Co się okazało? Świat Książki miał politykę wykupowania konkretnych tytułów, zmieniania szaty graficznej, pakowanie w twardą oprawę i sprzedawanie ich swoim klubowiczom. REBIS, który był pomostem między autorem, a Polską, wydał tylko dwadzieścia tomów Xanth z trzydziestu sześciu, jakie się ukazały. Nie wiem, dlaczego Świat Książki nie wydało kolejnych części, ale przez tyle lat kochałem serię o krainie Xanth, którą znałem tylko z pierwszego tomu! Wiecie co zrobiłem pierwszego dnia, gdy w domu pojawił się internet?

1. Założyłem pocztę.
2. Wszedłem na czat.
3. Wpakowałem się, z własnej głupoty, na stronę porno.
4. Wyszukałem pozostałe książki Anthony'ego.

Niech ktoś teraz powie mojemu dzieciństwu, że internet jest zły!

Całe szczęście Nasza Księgarnia postanowiła wydać ponownie tomy Anthony'ego. Nowe, śmieszniejsze tłumaczenie, które pokazuje, że jest to powieść z całkiem dobrym wątkiem humorystycznym, choć nie tak "wystrzałowym", jak dzisiejszy Pratchett (sarkazm). Myślałem, że oszaleję. Zapowiedziano wyłącznie trzy tomy, ale jestem dobrej myśli. Może teraz się uda, zaliczać tę serię.

O czym to jest? Xanth to magiczna kraina, gdzie występują harpie, centaury, niklonogi, smoki i inne magiczne stworzenia. Między nimi żyją ludzie, którzy z pokolenia na pokolenie mają coraz silniejszą moc. To kraina wpływa na ich magiczne zdolności. Jest jeden problem - polityka. Każdy człowiek, który nie pokaże do ukończenia 25 roku życia swojego indywidualnego czaru, musi opuścić magiczną krainę. Może to być zdolność przemiany, iluzji, uśmiercania, ale także zmiana koloru moczu lub wywołanie kolorowych plam na ścianie. Oby był. Bink zbliża się do tego momentu, kiedy będzie musiał zademonstrować swoje możliwości, te za to w żaden sposób nie chcą się ujawnić. W strachu przed banicją, zamierza udać się do Dobrego Czarodzieja Humfreya, który za pomoc bierze sobie godziwą zapłatę.

SEKS. Tak, tak, proszę państwa! Seks. Książce mocno się dostaje za wątki seksualne i seksizm. Co śmieszniejsze, opisane jest to w taki sposób, że dziecka nie zawstydzi, bo nie rozumie aluzji, a dorosłego przyprawi o twardość nie tylko uśmiechniętych ust na twarzy. Jako smark rozumiałem, gdzie zawarta jest erotyka, ale dopiero jako dorosły doceniłem. Ogólnie Bink spotyka masę dziewczyn, przez co kłębią się mu w głowie najdziksze myśli. Jego jurność jest ograniczona narzeczeństwem, niestety.

Zainteresowałem się opiniami, głównie na Goodreads, i to właśnie podejście do seksu najbardziej doskwiera wrażliwym czytelnikom. W dzisiejszych czasach rzeczywiście można mieć problem z przyswojeniem tego typu stylu pisania. Kiedyś czytało się u Fleminga o podludziach Koreańczykach, śmierdzących Murzynach, lesbijkach, które można było wyleczyć seksem. Doyle też dolewał oliwy do Mormonów. A dziś czytelnik to wrażliwa osoba. Bestsellerami stają się książki typu "Pięćdziesiąt twarzy Greya", które traktują o BDSM. Hej, że co...?

Nie zmieniam zdania, powieść jest fenomenalna. Nie mogę się doczekać kolejnych tomów, a wydawca sprawił, że po raz pierwszy od dłuższego czasu czekam na premierę "nowych". Mam nadzieję, że nie będą, jak poprzednicy i wydadzą wszystko, co wyszło. Naszo Księgarnio - nie zawiedź mnie!

niedziela, 9 września 2012

Stephenie Meyer - Intruz



Data ukończenia: 28 sierpnia 2009

Data utworzenia recenzji: 28 sierpnia 2009

Recenzja:

Rok temu zapoznałem się z powieścią "Zmierzch" tej autorki. Seria książek, które zajęły miejsce Harry'ego Pottera i sprowokowała manię na wampiry i tym podobne stworzenia. Typowe, udające mroczne romansidło dla nastolatków, które bez przeszkód można było sobie poczytać w wolnych chwilach. Zanim zaczął się szał w Polsce trzymałem już drugi tom: "Księżyc w nowiu", którego przeczytałem tylko 100 stron, na siłę... Okazało się, że na niektóre tematy muszę sobie robić dłuższe przerwy. Wrócę do niej za jakiś czas. Tymczasem na lato zaproponowano (wymuszono na mnie) przeczytanie książki, która nie dotyczy wampirów, choć też jest romansidłem. Tym razem odbiorcami powinny być nieco starsze dzieci, ponieważ w tej książce są aluzje seksualne (przez półtorej tomu, które przeczytałem, nie było o tym wzmianki).

"Intruz", dzieje się w niedalekiej przyszłości, gdzie kosmici podbili Ziemię i wszczepiają się w żywicieli, jako pasożyty. Główną bohaterką nie jest człowiek, a właśnie taki pasożyt, który wszczepiony został do młodej dziewczyny. W głowie zaczyna zachodzić walka między prawowitym właścicielem, a obcym. Bój ten przyczynia się do wyszukania ostatniego ludzkiego bastionu - bazy rebeliantów.

Co jest w dzisiejszych czasach oryginalne, a co nie? Nie obchodzi mnie to. Z początku sama autorka, romans i fabuła odpychały mnie, jednak już po kilku stronach wsiąkłem w opowieść. Nie długo to trwało, bo tylko pierwsze 100 stron... Następne 100 stron, nazwijmy to okresem niewoli, poirytowało mnie bardziej niż mogłem się tego spodziewać po autorce. Wydłużanie strachu, infantylizmu i błędnej interpretacji rzeczywistości (podawane jest wszystko na tacy, schizofrenicy chyba tylko wyszukiwaliby sobie problemy w takich sytuacjach) powodowało u mnie wywracanie gałami i był nawet moment, gdzie chciałem odstawić kolejną książkę Meyer, jako nieprzeczytaną. Całe szczęście pozostałe 300 rekompensuje początkowy marazm. I oficjalnie mogę powiedzieć, że jest to dobra książka, w której skróciłbym pewne 100 stron do 50. Już się szykują sequele, co trochę mnie dziwi, bo koniec jest podsumowujący. Ale, że pieniądz jest mocniejszy od zdrowego rozsądku...


Opinia po trzech latach:

Po takim czasie jeszcze nie wyszła druga część? Już sam nie wiem, czy to wyjdzie, czy nie. Widziałem nawet plotkę, że Meyer obawia się wracać do tego uniwersum, bo jest tam na tyle groźnie, że któryś z głównych bohaterów mógłby zginąć, czego wszyscy byśmy nie chcieli! To tworzy pytanie: to w serii "Zmierzch" żaden nie zginął? Nawet ten gołoklaty? Jezus!

Książka ciekawa. Nie wiem, czy potrzebny jest sequel, ale to nieuchronne. Film już czeka w lodówce, bieda w postaci kryzysu puka we wszystkie drzwi. Meyer, będziesz musiała zabić!

piątek, 7 września 2012

Arthur C. Clarke - Odyseja kosmiczna 2001
















Data ukończenia: 4 września 2012

Data  utworzenia recenzji: 7 września 2012

Recenzja:

Nie przepadam za Kubrickiem. Rozumiem, co ludzie w nim widzą, ale nie mogę tego na chama polubić. Podejrzewam, że bardzo duży odsetek ma bardzo podobne odczucia, ale "mistrz jest mistrz" i ciężko podważać autorytet, by nie być zjedzonym przez obrońców Stanleya. "Mechaniczna pomarańcza" jest przeciętna, "Lśnienie" dobre, a Nicholson genialny, "Dr Strangelove" tylko dobry. "Full Metal Jacket" przez pierwszą połowę jest rewelacyjny, by później stać się przeciętnym filmem. Może trzeba do niego dorosnąć, odświeżam sobie powoli niektóre z jego filmów i rzeczywiście, obraz jest kapitalny, ale nie chce mi się wierzyć, że przy natłoku wymagających filmów, właśnie ten reżyser został okrzyknięty najlepszym.

Ale jest jeden obraz, który mnie zawsze bardzo ciekawił - "Odyseja kosmiczna 2001". Wiem, że są tam Dave i Hal, jakaś podróż, ale filmu nie widziałem. Czas nadrobić zaległości, ale zaczynając od pierwowzoru - powieści Arthura C. Clarka. Okazało się, że oba dzieła tworzone były w tym samym czasie.

Nie przepadam za książkami science-fiction i może dlatego tak ocenię zaraz tę powieść. Wzloty i upadki w tej 200-stronicowej historii są tak częste, że zaczynałem się zastanawiać, czy Clarke potrafi chociaż trochę utrzymać poziom pisania. Jest świetny moment ukazania początków ludzkości, by zaraz w następnym rozdziale opisać bardzo nudnie podróż Floyda na księżyc. Kolejna scena to wspaniale opisane życie na statku Odkrywca (Discovery), by później wynudzić samotną drogę Davida w stronę księżyca Saturna. 

Tam, gdzie napotykamy dłużyzny, występują wielobarwne opisy, które są godne Elizy Orzeszkowej. Nie mówię, że Clarkowi brak kunsztu, pięknie to opisuje, ale ja potrzebowałem scen z HALem, Frankiem, a nie malownicze pejzaże czarnej, jak noc przestrzeni kosmicznej z lampkami choinkowymi zawieszonymi na firance. Można to nawet namalować.

Książka opowiada o tajemniczym czarnym monolicie, który trzy miliony lat temu nauczył małpoludy posługiwać się narzędziami i spowodował, że mogła narodzić się ludzkość. Dzięki sześcianowi poznano, co to zazdrość, gniew i nienawiść. A to, jak wiadomo, cechy charakteryzujące człowieka. Monolit znika i ludzkość nie pamięta o jego istnieniu. W 1999 roku na księżycu odnaleziono AMT-1, który jest niczym innym, jak czarnym monolitem, który wysyła sygnał w przestrzeń kosmiczną. W 2001 roku Frank Poole, David Bowman, Hunter, Kaminski i Whitehead wyruszają w podróż kosmiczną w stronę Saturna, a kieruje ich komputer pokładowy HAL 9000. To co się od tej pory stanie, to jeden z najlepszych momentów w historii literatury!

Warte przeczytania, ale jestem zawiedziony. Gdyby poezja i barwy tego utworu były bardziej stonowane to stwierdziłbym, że jest to najlepsza książka science-fiction, jaką czytałem. Nawet biłaby "Diunę" Franka Herberta. A tak, zobaczę film i może wtedy po seansie bardziej docenię tę powieść. Poinformuję o tym, w recenzji "Odysei kosmicznej 2010".

piątek, 31 sierpnia 2012

Joanne K. Rowling - Harry Potter i Czara Ognia
















Data ukończenia: 27 sierpnia 2012

Data utworzenia recenzji: 31 sierpnia 2012

Recenzja:

Jest to pierwsza książka, którą kupiłem kilkanaście godzin po premierze. Moja pierwsza oczekiwana premiera! Nigdy więcej nie przeżyłem sytuacji, jak wśród moich znajomych wszyscy przychodzili na zajęcia niewyspani, bo czytali "jeszcze jeden" rozdział "Czary Ognia". Dojście do takich emocji odczuwałem podczas premiery Diablo II i każdej następnej części Atlantis. Niezapomniane przeżycie.

A ocena? Owszem, uwielbiałem wracać do świata czarodziejów, ale zauważyłem, że fabuła odstaje jakością od "Więźnia Azkabanu". Miło było czytać te dziesięć lat temu, o tym, jak Potter ma trudności z zaproszeniem dziewczyny na bal. Ja w tym czasie miałem bal gimnazjalny, a moja chroniczna nieśmiałość, spowodowana lenistwem, robiła mi niezłe psikusy w smarkatych latach. Jednak wątek główny nie był piorunujący.

Kilka lat później obejrzałem film, by się przekonać, czy mam rację. Rzeczywiście, po seansie stwierdziłem, że fabuła jest słabsza od "Komnaty Tajemnic".  Czwartą część widziałem tylko raz, wcześniejsze minimum dwa. Był to też ostatni film z serii, jaki widziałem. Stwierdziłem, że wolę to czytać, niż oglądać.

Po kolejnych pięciu latach od zaliczenia obrazu, musiałem stanąć po raz kolejny przed papierową "Czarą Ognia". Niechęć brała, ale przemogłem i zatopiłem się w jednej z NAJLEPSZYCH części Pottera. Jakżeż to? Ano, nie zmieniam zdania, co do minusów. Nadal uważam, że sam motyw Turnieju Trójmagicznego mógł być lepiej stworzony. Wiktor Krum daje radę, ale Fleur jest tak nijaka, że głowa mała. Choć to zamierzone. Czytanie o każdym następnym etapie turnieju było męczące, ciężko było wykrzesać tam nutkę rywalizacji. 

Za to wątki poboczne, stworzone są świetnie. Wnikać nie ma sensu, ale znając zakończenie tomu, znalazłem jedno ciekawe pytanie dotyczące Moody'ego, które mogło pogrążyć Rowling. Cholera wybrnęła nawet z tego. 4:0 dla niej. 

Dlaczego ocena tak się zmieniła? Pierwsza sprawa, film. To chyba największe spłycenie bardzo dobrej książki, jakie widziałem. Pozamieniane elementy, wyrzucone ciekawe wątki. To one budowały klimat wokół Turnieju Tójmagicznego. Jeśli zabrakło tych elementów, nic dziwnego, że coś wyglądało jak przeżuty papier.

Po drugie, smarkate lata i czytanie w stresie. Połykanie "ze wszystkimi" w czasie premiery może doprowadzić do niestrawności. Śpieszy się człowiek, by nadgonić koleżanki, nie zostawać w tyle. Zauważyłem, że tak dużo wątków ominąłem w pośpiechu, że równie dobrze mógłbym napisać, że nie zrozumiałem fabuły lub byłem na nią za młody. Wiem, że to wina dziesięciu lat, ale pewien jestem, że te elementy nieźle dały mi się we znaki.

Rowling po raz kolejny udowadnia, że jest dobra w tym, co robi. "Czara Ognia" trzyma poziom. Jest doroślejsza, mroczniejsza i powoli staje się nie serią dla dzieci, a niezłym thrillerem. O jej kunszcie nie chce mi się nawet pisać, żeby się nie powtarzać. Warte przeczytania, malkontentom zostaje słaby film.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Mówi MajinFox #2: Operacja "MajinFox & Watson Do Holmes", plany i druga rocznica


Przeczytana dzisiaj książka "Harry Potter i Czara Ognia" jest siedemnastą zaliczoną pozycją w 2012 roku, a mamy dopiero koniec sierpnia, więc rekord jest możliwy do pobicia. Jednak ten dzień, to coś ważniejszego, niż przeczytanie czwartego tomu. Dziś jest DRUGA ROCZNICA bloga!!!

No, to tyle celebracji i przechodzimy do statystyk. 90 recenzji na blogu, a najchętniej czytane to:

10. Ayn Rand - Atlas zbuntowany
  9. Antoine de Saint-Exupery - Mały Książę
  8. Maria Kędziorzyna - Wędrówki Szyszkowego Dziadka
  7. Paulo Coelho - Walkirie
  6. Michał Grzesiek - James Bond. Szpieg, którego kochamy
  5. Hans Helmut Kirst - Bohater w wieży
  4. Stephen King - Mroczna Wieża III: Ziemie jałowe
  3. Salman Rushdie - Szatańskie wersety
  2. Raymond Chandler - Głęboki sen
  1. Agnieszka Graff - Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym


Oznacza to tylko, że mamy takie, a nie inne zboczenia - nie jest to związane z moim kunsztem, bo wśród osiemdziesięciu pozostałych recenzji bywały lepsze i ciekawsze.

A teraz plany na następny rok działalności:

  1. Zniknąć za jakiś czas podtytuł "Recenzje książek, filmów i gier" - niestety, blog jest o książkach i recenzji filmów się tu nie znajdzie. Jak widać blog jest jak szablon i rzadko kiedy pozwalam sobie na zmiany ascetycznego wizerunku. Wprowadzenie recenzji filmów i gier zniszczy mi tutaj wypracowany porządek.
  2. Dokończyć wstawianie starszych recenzji z opinią po latach - wiele ich nie zostało, więc zrobi się praktycznie samo. Wiąże się to z późniejszym, wolniejszym, wstawianiem recenzji na bloga. Mistrzem szybkości czytania nie jestem. A to prowadzi do punktu trzeciego.
  3. Założyć oddzielne blogi poświęcone recenzjom gier i filmów - nie ma co ukrywać, niemożność pisania i poprawiania recenzji, spowoduje, że będę musiał wyładować piśmienną nienawiść w innym kierunku. Filmy, które oglądam z moją Księżniczką Purchaweczką (brane są z książek "100 najlepszych filmów" i "1001 filmów, które musisz obejrzeć"), wymagają często opinii i analizy. Nie przepuszczę tej możliwości.
  4. Nadzorować operację "MajinFox & Watson Do Holmes" - będzie to trwało latami, ale efekt może być bardzo nostalgiczny, dla mnie.

A co to za operacja? Oto wstęp do recenzji, jaką oficjalnie umieszczę za kilkadziesiąt miesięcy:

To będzie najdłuższy projekt na tym blogu! "Atlas zbuntowany" czytałem długo, ale recenzja przyszła łatwo. "1001 książek, które musisz przeczytać", biorąc pod uwagę, że czytam opis jednej książki dziennie, musi jeszcze poczekać na swoją opinię. Ale teraz mam nie lada orzech do zgryzienia!

Gdy zobaczyłem na półkach w księgarniach TAKIE wydanie Sherlocka Holmesa, nie zastanawiałem się czy kupić. Nie kupiłem! Na spokojnie wróciłem do domu i zacząłem się zastanawiać, nie nad wydaniem 60 złotych, ale nad tym, jak ja taką kobyłę zrecenzuję.

Założenia bloga mam proste. Recenzuję to, co trzymam w ręku. Na przykładzie starego wydania "Fabryki oficerów": jeśli powieść przez polskiego wydawcę została podzielona na dwa tomy, recenzuję każdą część oddzielnie.

Tutaj problem jest inny. Fenomenalny pomysł Wydawnictwa REA, by wydać wszystkie dzieła Doyle'a o Sherlocku Holmesie w jednym tomie, nie pasuje trochę do mojej konwencji bloga. Nie uczciwe by było, gdybym po dwóch latach czytania, ocenił całą twórczość recenzją tego wydania. Stopniowo czytając "Księgę..." będę tworzył recenzje poszczególnych opowieści.

Gdy rozmyślałem o tym, jak je tworzyć, nie miałem podstawowej rzeczy - książki. Z dniem 3 marca 2012 roku, moja Księżniczka Purchaweczka, przejęta moją kontemplacją, dała mi do ręki narzędzie zbrodni. Biorąc pod uwagę gabaryty, nie pójdzie tak łatwo, jak z Bondem, którego czytałem od stycznia 2009 do lutego 2011. Teraz przerwy będą dłuższe: czytanie wyłącznie w domu (w newralgicznych pokojach) doprowadzi do dużego wydłużenia procesu twórczego.

Z dniem 27 sierpnia 2012 roku, operację "MajinFox & Watson Do Holmes" uznaję za rozpoczętą!


I to chyba wszystko, co miałem do zakomunikowania. Dzięki za obserwowanie, wpadanie, komentowanie materialne (w postaci Komentarza), jak i niematerialne (bez zostawiania po sobie znaku).

niedziela, 26 sierpnia 2012

Garth Nix - Pan Poniedziałek
















Data ukończenia:  25 listopada 2006

Data utworzenia recenzji: 25 listopada 2006

Recenzja:

Najświeższa seria Nix'a, "Klucze do Królestwa", jest troszkę bardziej skierowana do młodszych czytelników, niż w przypadku trylogii "Starego Królestwa". Jednak, jak ktoś nie wstydzi się "spedalenia" czytając Harry'ego Pottera, tak jak ja, to nie powinno nic tutaj przeszkadzać. 

Niestety, na początku miałem złe przeczucia, bo historia głównego bohatera jest bardzo podobna do tej stworzonej przez Rowling. Też jest w rodzinie zastępczej, chory na astmę, a przede wszystkim jest dzieciakiem. Na początku jest to nieco odpychające, ale jak już się spotyka Pana Poniedziałka, historia nabiera tempa i przykuwa do książki. 

Kolejny minus - cholernie krótka, 300 stron, można przeczytać w niecałe 24 godziny, jak jeszcze się pomyśli że trzeba płacić 25 złotych za każdy tom (a jest ich 7), to trochę zniechęca. Nix nie zawiódł mnie, jeśli chodzi o pomysły w książce. Stworzył własne potwory, własne schwarzcharaktery, swój kodeks. 

Fabuła: Arthur Penhaligon otrzymuje od Pana Poniedziałka klucz minutowy od zegara, tylko po to, by ten mu go zaraz oddał. Całe to zamieszanie prowadzi nas do Domu Poniedziałka, a tam spotykamy Poniedziałkowych: Jutrzenkę, Zmierzchnika i Południka ze swoja armią, czyli wpadamy do innego świata - świata biurokracji, gdzie policji jest więcej niż robotników. 

Książka bardzo dobra, choć krótka, zachęca do wzięcia do ręki kolejnej części, "Ponury Wtorek". I tak też niedługo zrobię.


Opinia po sześciu latach:

Po przeczytaniu "Ponury Wtorek" miałem już dosyć Nix'a na bardzo długi czas. W 2006 roku była to moja piąta jego książka, a "Utopioną Środę" darowałem sobie. Niestety, nic nie ginie. Wyrzuty sumienia wracają i zmuszają mnie do skończenia serii "Klucze do Królestwa". Po tak długim okresie, musiałbym czytać jeszcze raz dwa pierwsze tomy, by dowiedzieć się, co się stało w trzecim. Ale nie ze mną te numery. Zaprzęgnąłem do roboty swoją rodzinkę.

Dałem książkę dwóm osobom, mamie i bratu, zaproponowałem przeczytanie i stworzenie planu akcji. Opowiadają mi historię, którą czytałem dawno temu, a ja wiedzę wykorzystam do napisania recenzji i ostatecznie do zakończenia pozostałych pięciu tomów.

Książka jest irytująca. Nix wprowadza za dużo ciekawych elementów, co powoduje, że wygląda to jak magazyn z niewykorzystanymi pomysłami od kilkudziesięciu lat. Gdy brat opowiadał mi fabułę, a ja co kilka zdań zadawałem pytania do niej, typu: "Dlaczego?", "Skąd?", jego odpowiedzią przeważnie było: "nie wiadomo, książka tego nie wyjaśnia". Nie ma żadnych wyjaśnień wielu irracjonalnych elementów w tej powieści, pozostawione są sobie samym, a czytelnik, być może, przez chaos i szybkość prowadzonej akcji, może nie zauważyć dużych luk w fabule.

Wygląda to, jak mierna kopia Pottera. Historia i pomysł jest ciekawy, ale sposób wykonania już nie. Brak tu stabilności fabuły, energii i konsekwencji. Wchodząc do świata stworzonego przez Nix'a można się czuć jak w cyrku, w sytuacji, gdy wszystkie osoby i zwierzęta wychodzą na arenę, a my nie możemy żadnemu poświęcić całej uwagi (a i tak obserwujemy klauna). Chaos. Zdecydowanie, lepiej "Pana Poniedziałka" usłyszeć, niż przeczytać.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Jan Edmund Burel (Mundek Sild) - Kawior ze sliedzia, czyli kryminałki po obu stronach Białki. Tom 1: Oseski kapitalizma















Data ukończenia: 13 sierpnia 2012

Data utworzenia recenzji: 19 sierpnia 2012

Recenzja:

Pamiętam z wojska różne przezwiska. Był "Chemik", który studiował chemię, a po posiłkach puszczał silne i głośne wiatry. "Dombek", "Pajk", "Bigos" i "Ciopak" pochodziły od nazwiska. "Młody" to 29-latek, który wyglądał, jakby miał 16. "Starszy", bo był starszym. "Tęczowy chłopiec", bo jego zachowanie, wygląd i uśmiech, wskazywały, że ma wielobarwne wytryski. "Człowiek świstak", bo wyglądał, jakby był w fazie świstaka. "Kapa" z powodu wypowiedzianej głupoty. "Roman", bo tak miał na imię, co dla niektórych już to było niedorzeczne. Ja sam miałem ksywę "Makao", bo po wysiłkach fizycznych, nie lubiłem się przemęczać jeszcze gadaniem, więc ograniczałem się do rozmowy podczas karcianych gier. A "Kułwa" to biedny chłopak, który gadał za dużo i lubił często przeklinać, ale bozia nie obdarzyła go możliwością wymawiania spółgłoski "r".

W tym wszystkim jest sens, pseudonimy były tworzone na podstawie pewnych informacji. Z tego powodu, gdy na jednego mówili "Śledzik", nie mogłem zrozumieć, co jest grane. Nie śmierdział, nie miał na nazwisko Śledziński, nie było incydentu z jedzeniem. Musiałem zapytać! Był Białostoczaninem, a ci, jak pewnie wszyscy wiedzą "sledzikują". Rzeczywiście coś było na rzeczy. Mając 21 lat, a będąc od 11 Białostoczaninem, nie miałem zielonego pojęcia, że tak nas postrzegają. Co śmieszniejsze, nie mnie! Nikt nigdy mi czegoś takiego nie powiedział, w twarz.

Wydaje mi się, że chyba tego typu określenie musi drażnić, skoro mój brat znalazł w sklepie PSS Społem, taką właśnie książkę. Sprzedawana przy kasach, stanowi jedną z największych tajemnic literackich, jakie w swojej karierze znalazłem. Historia książki jest jeszcze bardziej tajemnicza, niż polskie wydanie "Szatańskich wersetów". Mundek Sild i Wojciech Hering (tak! jak śledź) to autorzy tego zbioru opowiadań, ale nigdzie nie można nic znaleźć na ich temat. Trzeba było wejść na stronę Książnicy Podlaskiej i tam wyszukać, że są to pseudonimy. Teraz w sieci w końcu jest informacja na temat tego wydania, bo umieściłem ją na lubimyczytać.pl i goodreads. Jak widać minimalizm na całego.

Te dziesięć opowiadań to typowe kryminały, których głównymi bohaterami są typy spod ciemnej gwiazdy. Jest tu pełno aluzji do białostockich największych cudów: Fasty, Dojlidy, Suraska, Grochowa... Przypomina mi, gdy na ankietach zdumieni Białostoczanie piszą czym możemy się pochwalić. Odpowiedzi to: żubr, Żubr i wielokulturowość (puste hasło). Smutne jest to, że ludzie żyją w nieświadomości, jak wspaniałe to jest miasto i że mamy czym się pochwalić, niekoniecznie wielokulturowością.

Ten zbiór opowiadań, to takie z przymrużeniem oka białostockiego pisarza, dla samych Białostoczan pisany. Nikt inny raczej nie będzie zachwycony, ani kunsztem, ani pomysłem. Ci co przyklasną, to z sentymentu, lub z faktu, że rozróżnia się dane miejsca w książce.

Białystok, to takie Miasto Grzechu, skorumpowani prezesi i mecenasi, gdzie przez cały czas, coś się kręci i "jest robota". Jest kilka dobrych historii, ale większość nie jest w żaden sposób odkrywcza.

Dlaczego warta przeczytania? Bo nie często zdarza się zobaczyć tak "rozpromowaną" książkę. Ciężko znaleźć, jakiekolwiek informacje o niej, więc myślę, że będzie to swojski "biały kruk". A i już w planach jest drugi tomik, który kupię. Warto brać udział w takich inicjatywach, być może następnym razem będzie to lepiej dopracowane.

niedziela, 12 sierpnia 2012

Eric-Emmanuel Schmitt - Pan Ibrahim i kwiaty Koranu
















Data ukończenia: 10 sierpnia 2012

Data utworzenia recenzji: 12 sierpnia 2012

Recenzja:

Z braku dostępu do swojej domowej biblioteki musiałem poszperać w tym, co było na miejscu. Grupa książek Schmitta zerkała na mnie już od dłuższego czasu i gdy wziąłem po raz kolejny w garść "Oskara i panią Różę", szybko zmieniłem zdanie i zabrałem najmniejszą z dostępnych: "Pana Ibrahima...".

Szybko się czyta twory Erica i to nie tylko za sprawą krótkiej formy opowiadań. Już w pierwszym zdaniu potrafi wciągnąć czytelnika w swój świat, który w prosty sposób mówi o ludzkich potrzebach. Nie musi wdrażać Dusz Świata, Języka Światła i innych Wojowniczych Żółwi Ninja, jak robi to Paulo Coelho. Nie. Schmitt nie ukrywa treści za hasłami, które zrozumiałe są wyłącznie autorowi i ludziom z betonu - zatwardziałym fanom, niezdolnym do przyjęcia negatywnej opinii. Wszystko dzieje się na płaszczyźnie zdrowego rozsądku, a jedyną pozamaterialną częścią, w jego historiach, są emocje ludzi.

Eric jest dla mnie przeciwległym biegunem Coelho i z tego powodu zawsze będę wywyższał tego pierwszego, który nie ucieka od wyjaśnień w kierunku tworów pokroju gadającego Słońca. Ale do książki wróć!

Główny bohater, Momo, ma 11 lat i wszelkie oszczędności odkłada na dziwki. W ten sposób szuka dojrzałości. Pewnego dnia zaczyna interesować się pewnym Arabem, sklepikarzem na żydowskiej, paryskiej ulicy, który powoli przeistacza się w ojca, o jakim zawsze marzył.

Krótkie to streszczenie, bo i z 60 stron najciężej wyłuskać fabułę, bez jej popsucia. Wydaje mi się, że ma dużo wspólnego z "Oskarem...", tylko spisany jest w drugą stronę. Tam dziecko było bohaterem, któremu się współczuło, tutaj jest to pan Ibrahim, który, dzięki Momo, znajduje coraz więcej szczęścia. Po przeczytaniu okazało się, że obie książki należą do serii, której nazwa brzmi: "Le cycle de l'invisible", a pierwszego tomu: "Milarepa" na polskim rynku znaleźć jeszcze nie sposób, chyba.

Książka bardzo dobra. I krótka, więc można bez przeszkody za jednym posiedzeniem przenieść się do Paryża i wrócić do rzeczywistości, bez przesiadek. Najlepsze jest to, że podczas czytania "książki o wierze i życiu" można odczuć lekkość bytu. Ale tylko, gdy w rękach trzymamy, którąś z powieści Schmitta, więc szanujmy własne zdrowie i wybierajmy książki, które nie popsują nam życia wewnętrznego.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...