niedziela, 30 października 2011

Stephen King - Mroczna Wieża V: Wilki z Calla
















Data ukończenia:  5 sierpnia 2007

Data utworzenia recenzji: 5 sierpnia 2007

Recenzja:

Wzorowana na filmach Kurosawy i Leone, czyli ratowanie miasteczek z rąk bestialskich Wilków. Pod sam koniec okazuje się, że dużo krzyku o nic, bo scena walki to kilka kartek. Ta część nie miała być chyba o potyczce, a raczej wyjaśniać "zbiegi okoliczności" zachodzące w serii. I szczerze, jestem usatysfakcjonowany, bo po tej części stwierdzam, że zakończenie może wgnieść w fotel. Nie trzymała mnie ta książka, tak jak czwarta część, ale i tak jest jedną z fajniejszych. 

A teraz trochę spoilerów. Bardzo podobało mi się wtrącenie tutaj wątku Kinga i Callahana. "Miasteczka Salem" nie czytałem, więc nie wiem na ile straciłem z przyjemności wtapiania się w historię księdza. Fajnym pomysłem było wrzucenie naszych ikon popkultury: jak pierwszy raz został opisany znicz, od razu wyobraziłem sobie Harrego Pottera, ale nie sądziłem, że King zdecyduje się na ten krok. Fajnie puszczone oczko. Tak samo z Andym. Jak opisano jego posturę, zacząłem wyobrażać sobie bardzo wychudzonego Dr. Dooma, połączonego z tym robotem z przygodówki - "Syberia". I może on tak konkretnie nie wyglądał, za to były w książce postacie wyglądające, jak ten charakter z komiksu. I co do dwóch zdrajców w książce: jednego domyślałem się od samego początku i nie wiem, czy to niewypał fabularny Kinga, czy może też tego specjalnie nie ukrywał...


Opinia po czterech latach:

Przypomina mi się pewna historia. Jadę pociągiem razem z bratem do Warszawy. Z braku laku wtapiamy się w swoje lektury. Po jakimś czasie zostałem wyśmiany, ponieważ po kilku akapitach stwierdziłem, że bardziej interesuje mnie to, co dzieje się za oknem. Za każdym razem, kiedy przyłapałem się, że nie czytam, musiałem zmusić się do kolejnego akapitu. I tak w kółko.

Patrząc na swoje stare opinie widzę, że bardzo ciężko było mi przyznać przed samym sobą, że książki, które na okładce świecą sławnymi nazwiskami (jak King) zwyczajnie mnie nudzą. Ten tom ma kilka felerów. Więc po latach naprawiam swoje zaniedbanie.

Jest rozciągnięta. Ciekawa historia jest tak mocno wydłużona, że tylko "Ziemie jałowe" przebijają wiejącą nudą. Niby są wątki trzymające w napięciu, ale zanim doczekałem się finałowej konfrontacji, brało mnie już lekkie rozdrażnienie tym tomem. Zresztą sama walka, po tylu stronach czekania, zajmuje dosłownie kilka stron.

I żeby jeszcze trochę się ponakręcać (choć trzeba to zweryfikować!), czyż nie chodziło o to, by wyszkolić całą osadę przed atakiem najeźdźców? Odniosłem wrażenie, że po prawie siedmiuset stronach, ta wyszkolona ekipa nie zrobiła dosłownie nic. Można to było powierzyć po prostu głównym bohaterom (o darowaniu sobie całego wątku osady już nawet nie będę mówił). Po ostatnich stronach stwierdziłem, że pomysł był ciekawy, ale taka zagrywka z nabijaniem stron nie przystoi poważanemu autorowi, jakim jest King. Książka byłaby dobra, gdyby skrócono ją o kilkaset stron, moim zdaniem zupełnie niepotrzebnych.

niedziela, 16 października 2011

Joseph Heller - Ostatni rozdział, czyli Paragraf 22 bis














Data ukończenia: 14 października 2011

Data utworzenia recenzji: 16 października 2011

Recenzja:

Nigdy nie podejrzewałem, że będę czytał tak słaby sequel uwielbianej przeze mnie książki. Pewnie większość czytelników stwierdzi, że skoro oryginał posiada nazwę: Closing Time, to polska wersja z dodanym "Paragraf 22" do tytułu, to jedynie wątpliwej jakości chwyt marketingowy. Otóż nie! To jest prawdziwa kontynuacja przygód Yossariana, Mila, kapelana i kilku innych postaci z pierwowzoru.

Jeszcze przed zabawą z książką sprawdziłem opinie. Nie były one pochlebne, wytykające mniej więcej to samo, co i ja wytykałem w swoich recenzjach pozostałych powieści Hellera. Facet napisał tylko jedną książkę! W trakcie czytania miałem ambiwalentne uczucia, bo z jednej strony dziwiłem się, dlaczego wszyscy uważają ten tytuł za słaby, czytałem gorsze. Z drugiej strony, o w mordę! Jak można było stworzyć tak słabą powieść. Wychodzi na to, że nie jest to potworek, napisany przez bardzo słabego autora, pokroju: "Alchemika", czy recenzowanej niedawno "Szkoły piękności w Kabulu". "Ostatni rozdział" to jest najzwyczajniej w świecie słaba książka napisana przez faceta, który potrafi składać zdania i ma pomysły na treść. Co jest chyba najsmutniejsze.

No i co można było wsadzić do kontynuacji "Paragrafu 22"? Dużo, nawet za dużo. Yossarian ma 70 lat, pracuje dla Milo, angażuje się w organizowanie wesela na dworcu autobusowym na trzy i pół tysiąca osób (najbliżsi znajomi). Milo i Wintergreen tworzą niewidzialny bombowiec, którego nikt nie widzi i w gruncie rzeczy, nie wiadomo, czy w ogóle istnieje. Kapelan sika ciężką wodą i pierdzi trytem, na co nie ma koncesji.

Pojawiają się też nowe postacie. Sammy to ten, który na przemian wybudzał się i tracił przytomność tego feralnego dnia w samolocie, kiedy Snowden pokazał światu swoją najskrytszą tajemnicę. Lew Rabinowitz służył w piechocie. Claire to jego żona. Michael to syn Yossariana, a M2 - Mila. Wszystkie te stare, jak i nowe postacie to jeszcze nic. Znajdziemy tutaj również: Szwejka, doktora Strangelove, Kurta Vonneguta, a także samego Hellera.

Fabułę ciężko streścić, bo każda z wymienionych postaci ma swoją historię do opowiedzenia, a czytelnik ma nadzieję, że do ostatniego rozdziału wszystko się to zawiąże/rozwiąże. Nic z tego. Książka jest zbudowana, jakby to był film: "Doktor Strangelove, lub jak przestałem się martwić i pokochałem bombę". Pod koniec wydaje się, że ktoś zapomniał dokręcić/napisać końcówki.

Ale skoro to kontynuacja "Paragrafu 22", to nawet słabą książkę, może poratować dobry humor. I tutaj jest problem, ponieważ Heller dodaje odrobinę świeżego dowcipu (który ze świeżością ma tyle wspólnego, że Heller jeszcze tych popularnych w każdym domu, nie włożył do swoich książek) przyprawionym dowcipem z "Paragafu 22". Dosłownie!  To są te same dowcipy. Nie czepiałbym się, gdyby to były tylko te anegdoty, ale Heller dopisał "komentarz". Zaczął tłumaczyć dowcipy, które nigdy nie powinny być wyjaśniane. Cała magia poprzedniej części polegała na niedopowiedzeniu. Tutaj humor został zepsuty i to nie przez tłumacza, czy faceta z ulicy, który dostał do zrobienia drugą część arcydzieła. To zrobił Heller!

W książce "Portret artysty" (której nie czytałem) Heller tworzy postać autora, który próbuje napisać powieść tak spektakularną, jak wcześniejsze jego dzieła. Oczywistym jest, że pisze o sobie samym. Dlaczego się nie udało zrobić kolejnego arcydzieła? Jeśli odstawimy "Paragraf 22" na bok i popatrzymy co jeszcze ten autor opisywał w swoich książkach to wyjdzie nam, że ulubione tematy to: Żydzi, relacja Żydzi - goje, polityka i przekręty, problemy głównego bohatera z rodziną, multum kochanek, biznes, pieniądze, kontakty (brzmi to, jak: "apatia, chciwość, korupcja..." - kto wie, ten wie). Rozumiem, gdyby to była seria książek. Ale nie, to są oddzielne powieści, które teoretycznie nie wchodzą na siebie, a są niemal identyczne klimatem, humorem i sytuacją.

Kiedyś mówiłem, że nieszczęściem Hellera było to, że jego debiut okazał się mistrzowski, a później nie mógł napisać nic wspanialszego. Dziś napiszę to samo, tylko inaczej. Joseph Heller to autor jednej książki, góra dwóch, jeśli doliczyć "Bóg wie".

środa, 12 października 2011

Garth Nix - Lirael. Córka Clayrów


















Data ukończenia: około 30 września 2006

Data utworzenia recenzji: 30 września 2006

Recenzja:

"Sabriel" miała być ponoć zamkniętą całością, ale tak się spodobała powieść czytelnikom, że autor został "zmuszony" do napisania kontynuacji. Historia "Lirael" dzieje się 14 lat po pierwszym tomie i rozłożona jest na dwie osoby: Lirael - córkę Clayrów, która nie potrafi obudzić w sobie zdolności Widzenia (przyszłości) i Księcia Sameth'a - żeby nie zdradzać fabuły, to po prostu księcia. Osobiście wolałem Lirael, bo była nieco mniej niedołężna.

Plusem jest stworzenie konkurencji dla Moggeta - Podłego Psiska, dwa razy więcej humoru niż w pierwszym tomie. Książka jest obszerniejsza, więc autor pozwolił sobie na wytłumaczenie niektórych rzeczy z magii, które, według mnie, mogły być nieco niezrozumiałe w "Sabriel". Wiele osób uważa "Lirael" za najsłabsze ogniwo trylogii o Starym Królestwie, ja stawiam ją nieco wyżej od pierwszego tomu. W pogotowiu już trzymam trzecią część: "Abhorsen".


Opinia po pięciu latach:

Problem identyczny, jak przy "Sabriel". Nie pamiętam zupełnie jakichś ważniejszych punktów w fabule. Pamiętam jedynie, jak musiałem się zmuszać do uczestniczenia w tej podróży. Jest to o tyle dziwne, że seria Nix'a "Klucze do Królestwa" dałbym radę w kilku zdaniach opowiedzieć. Tej serii nijak.

Śmieszne jest również to, że dopiero w tej części zostały wyjaśnione pewne nazwy, które przez cały pierwszy tom pojawiały się tak często, niczym wulgaryzmy. Moim zdaniem, jasno dowodzi to, jak ciężko było wejść w klimat sagi od pierwszej części. Sam pomysł miał potencjał, ale jest tak niemrawy i często nudny, że seria tylko bardzo ładnie wygląda na półce.

wtorek, 4 października 2011

Eric-Emmanuel Schmitt - Odette i inne historie miłosne
















Data ukończenia: około 13 lipca 2010

Data utworzenia recenzji: 13 lipca 2010

Recenzja:

Ostatnio stwierdziłem, że powinienem raz na jakiś czas otworzyć się na książki, które innym sie podobały, a których nawet ze względu na tytuł, nigdy bym nie wziął do ręki. W taki sposób otrzymałem ten zbiór opowiadań, w zamian za "Paragraf 22". Z tego co pamiętam, koleżanka stwierdziła, że "Odette" to ciekawa książka, której nie miała czasu do końca przeczytać. 

Autora zupełnie nie rozpoznałem, po głębszej analizie przypomniałem sobie, że jest to ta sama osoba, która stworzyła uwielbianą przez wszystkich "Oskara i panią Różę". Z o wiele większą przyjemnością zacząłem czytać, bo samo "miłosne" w tytule powodowało raczej odpychanie, niż przyciąganie. 

Jest to osiem historii, niekoniecznie miłosnych, ale dotyczących ludzkich problemów. To takie historie, lekko przypominające to, co poruszał Coelho (a raczej chciał poruszyć). Tutaj jednak brak jest tego mistycyzmu, co uznaję za plus. Czyste emocje, nietłumaczone paznokciem Boga, czy innymi ustawieniami księżyca. Każda opowieść to inna kobieta i jej problemy. Zdrada męża, choroba, problemy psychiczne i inne. 

Największym problemem jest to, że nie można nawet w najmniejszym stopniu zdradzać fabuły, bo są na tyle krótkie, że można popsuć przyjemność z odkrywania tych postaci. 

Najsłabszą historią, ale wciąż bardzo dobrą, jest tytułowa "Odette". Powstała na podstawie filmu, który Schmitt reżyserował. Cały zbiór powstał wtedy, gdy musiał podpisać umowę, że nie będzie nic pisał podczas produkcji filmu. Efektem jest właśnie to. 

Jest to najlepsza książka, którą można zakupić, jako prezent. Najlepiej dziewczynie, żonie. Po czym w nocy, nieafiszując się, zakraść się do szafki i przeczytać przed snem jedną historię.


Opinia po roku:

Przyłapałem się na tym, że za każdym razem, kiedy "zmuszony" jestem w uczestniczeniu w urodzinach/imieninach moich znajomych płci żeńskiej, ta książka to pierwszy pomysł na prezent. Inna sprawa, że nigdy nie spełniłem swojego postanowienia. Nie, żeby to była niesamowicie rewelacyjna książka. Jest lekka i przyjemnie się ją czyta, a historie w niej zawarte są wciągające. Jak sprawdzam raz na jakiś czas, co chciałbym sobie następnego przeczytać, zawsze gdzieś tam głęboko jest myśl, by sięgnąć po następny tytuł Schmitt'a. A niewielu autorów potrafi tak zainteresować.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...