sobota, 27 sierpnia 2011

Mówi MajinFox: Rok pierwszy


Osoby, które mnie znają, wiedzą, że jeśli chodzi o moją twórczość, to można po czasie określić ją mianem "słomianego zapału".

Z tego powodu stwierdziłem, że nie będę zamieszczał żadnych przywitań i deklaracji w pierwszym poście na blogu. Miałem to zrobić w pierwszą rocznicę, bo nie ufałem swojej wytrwałości.

Rok temu zamieściłem recenzję "Małego Księcia", a dziś dziękuję wszystkim spektatorom (tym wiernym, ale i też przypadkowym), osobom komentującym i pomagającym (Wasze sugerowane gnioty powodują, że blog funkcjonuje!).

Tym razem również nie będę się deklarować. Mogę mieć jedynie nadzieję, że za rok będę mógł coś skrobnąć, nie wstydząc się swojego zaniedbania

MajinFox

P.S. A oto najczęściej czytane recenzje w pierwszym roku działalności (co niestety nie za wiele wspólnego ma z terminem "moje najlepsze recenzje"):

10. Antoine de Saint-Exupery - Mały Książę
09. Joseph Heller - Paragraf 23
08. Ian Fleming - Tylko dla twoich oczu
07. Julio Cortázar - Gra w klasy
06. Stephen King - Mroczna Wieża III: Ziemie jałowe
05. Stephen King - Mroczna Wieża IV: Czarnoksiężnik i kryształ
04. Joseph Heller - Paragraf 22
03. Raymond Chandler - Głęboki sen
02. Hans Helmut Kirst - Bohater w wieży
01. Agnieszka Graff - Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym


Autorom tych książek dziękuję szczególnie!

czwartek, 25 sierpnia 2011

Deborah Rodriguez - Szkoła piękności w Kabulu. Za zasłoną afgańskiej kobiety
















Data ukończenia: 21 sierpnia 2011

Data utworzenia recenzji: 25 sierpnia 2011

Recenzja:

A stwórzmy człowieka, kobietę po prostu. Dajmy jej zawód, ale prosty, typu sprzątaczka, kucharka, albo o! Fryzjerka. Trzeba też nadać narodowość, ale musi być to kraj rozwinięty. Niemcy, Japonia, ale najlepiej Stany Zjednoczone. Pokażmy, że jest przedsiębiorcza - niech założy salon piękności. Ale nie w Stanach. Niech będzie to Afganistan po 2001 roku. Dla podkreślenia charakteru współczesnej kobiety, szczypta problemów z mężczyznami. Początkowo projekt miał się zwać: "Tępota, hipokryzja i skryta nienawiść", ale poprzestańmy na czymś mniej rzucającym się w oczy. Nazwiemy ją Deborah Rodriguez.

Kiedyś Philip K. Dick był święcie przekonany, że Stanisław Lem to prowokacja komunistów, a pod tym nazwiskiem kryją się autorzy tworzący na zlecenie partii. Po przeczytaniu recenzowanej właśnie książki długo nie mogłem rozgryźć, co się działo od kilku ostatnich dni, które poświęciłem na dokończenie tego dzieła. Mam dwie teorie. Albo pod imieniem i nazwiskiem autorki kryje się grupa pisarek nacjonalistyczno-feministycznych ze Stanów Zjednoczonych, które stworzyły fikcyjną osobę (pisarzynę), która udając słodką idiotkę, kopie męskie, afgańskie jajka. Inna teoria, że to dobrze zorganizowani afgańscy fundamentaliści, którzy ukrywając się pod pseudonimem "Rodriguez", próbują podburzyć własny naród przeciwko napływowi Stanowych Zjednoczeńców do ich kraju. Nie wierzę, by istniała autentyczna osoba, która mogłaby napisać i wydalić taką książkę.

Bo kto mi wytłumaczy, że prawdziwa kobieta mogłaby zdradzić swoją najlepszą przyjaciółkę w Afganistanie, już na samym początku książki? Przecież nie była dziewicą i podstępem udało im się podłożyć tę cholerną zakrwawioną chusteczkę, by uspokoić jej męża. Skoro jest to książka autobiograficzna, gdzie "autorka" w treści używa swojego kryptonimu z okładki, śmiem twierdzić, że jej koleżanka również jest prawdziwa. Że co, że może imię zmienili? Nie ma nic o tym, a znajomi i tak będą wiedzieć o kogo chodzi, a zwłaszcza chusteczkowy mąż. Na okładce jest napisane, że to ŚWIATOWY bestseller, co oznacza, że może i w Amsterdamie ktoś nieumyślnie wydał książkę. A przecież z tego, co pisze Debbie w "Szkole..." to kobiety mają ciężkie życie, jeśli coś wyda się po niewczasie. Mam nadzieję, że Roshanna przeżyła premierę tego dzieła i było warto...

Innym dowodem na nienaturalną tępotę, jest sytuacja, gdy Debbie jedzie z męskim przewodnikiem, gdy ten niespodziewanie musi zawrócić do domu, bo wszystkie jego żony zachciały winogron. Ta sytuacja dzieje się, gdy jest ona już któryś raz w Afganistanie i mówimy tu o miesiącach. Główna bohaterka dziwi się mniej więcej tymi słowami: "to ja przejechałam pół Afganistanu, a one nie mogą wyjść z domu po winogrona". Tak! Ty samolubna kobieto! Jesteś tam od kilku miesięcy i nie widzisz jeszcze, co się dzieje? Ale nie, przecież widziałaś, bo od dwustu stron pokazujesz czytelnikom, jak traktowane są kobiety. I w każdym rozdziale dziwisz się na nowo z tych samych rzeczy!

Inna sprawa to hipokryzja. Gdy Afganki, pracownice "autorki", znajdują miłość lub jej namiastkę, ta zabrania się im spotykać, ponieważ może stać się im krzywda. Jedna może zostać posądzona o prostytucję, druga za zdradę, może zostać ukamienowana. Ale czytać trzeba między wierszami. Debbie ma to gdzieś, że ta zostanie prostytutką. Przejmuje się wtedy, gdy mogą zamknąć salon ze względu na powiązanie z burdelem. A ukamienowanie? Odstraszy klientów.

Ukryta nienawiść. Debbie to postać wyszczekana, której wydaje się, że wszystko załatwi, gdy otworzy swoją jadaczkę. Na początku miałem wrażenie, że jako osoba, która zdecydowała się żyć w Afganistanie po 2001 roku, próbuje wybielić ten kraj, pokazać, że tam też są ludzie. Jednak w żaden sposób się to nie udaje. Za każdym razem wychodzi na to, że Afgańczycy to zwierzęta wypuszczone z ZOO. Jestem przekonany, że nie jest to specjalnie zrobione. Ale brak jakiegoś wyważenia przekazywanych treści lub brak odpowiedniego komentarza, potęguje pewną nienawiść do opisywanego narodu. Nie zaraz do aktywnej nienawiści, ale tej pasywnej, skrytej.

Nieświadomość "autorki" do popełnienia takiej gafy, wyklucza jedną z moich początkowych teorii. Jednak z ratunkiem przychodzi mi "Mężczystan", czyli męski Afganistan. I tu ją mam! Biadolenie o kraju, w którym kobiety ciemiężone są przez mężczyzn, a dla radości Debbie buduje salon. Salon piękności w "Mężczystanie", niczym dorodna pieczarka na końskim łajnie. Ot i cała fabuła w jednym zdaniu.

Koleżanka pożyczyła mi tę książkę, bo jest to jej ulubiona lektura. Twierdziła, że i mi się spodoba. Się nie spodobała.

piątek, 19 sierpnia 2011

Stephen King - Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika
















Data ukończenia: 3 maja 2009

Data utworzenia recenzji: 3 maja 2009

Recenzja:

Uwielbiam czytać przedmowy i posłowia Kinga. Czasem zdarza się, że jego komentarze są bardziej pochłaniające niż sama treść powieści, której dotyczy. Od kilku miesięcy trzymam tę książkę, po to, by ją na spokojnie przekartkować. 

To co z pozoru mogłoby się wydawać nudne, okazało się cholernie wciągające. Na swój, często ironiczny, sposób opisuje wszystkie kroki sztuki pisania. Od życiorysu typowego pisarza (czyli swojego) poprzez natchnienia, miejsce pracy i sztuki sprzedawania się. Dużo alzuji do ulubionych filmów Kinga, przykłady topornych dialogów i tekstów przesiąkniętych przysłówkami. Wszystko to okraszone humorystycznym komentarzem. Po tego typu lekturze, każdy pisarz amator nabierze w usta dozę optymizmu. Albo rzygnie, albo połknie. Ja połknąłem.


Opinia po dwóch latach:

Jestem raczej totalnym laikiem, jeśli chodzi o Kinga. Nie mogę się poszczycić tym, że czytałem więcej niż dziesięć tytułów. Pamiętam, że "Jak pisać..." kupiłem wyłącznie ze względu na brata, z dwóch powodów. Pierwszy - jest on miłośnikiem Stephena. Drugi - mój brat miał zabawny epizod pisarski, który skończył się rozstrojem żołądka (trzecim i najpoważniejszym powodem, było to, że rzeczywiście chciał ją mieć, ale nie mogłem sobie odmówić przypomnienia sobie tej sytuacji w tej recenzji. Wątpliwe, bym miał okazję recenzować kolejną książkę traktującą o pisaniu. Jak nie teraz, to kiedy?).

Od dwóch lat nie tknąłem Stephena Kinga, ale bardzo dobrze wspominam czas spędzony nad tą książką i patrząc na to obiektywnie, dziwnie to wygląda, gdy za najlepszą książkę Mistrza Grozy uważam książkę o pisaniu książek. Zmotywowała mnie też do ruszenia mózgownicy i stworzenia własnego dzieła literackiego. Jednak, jak często bywa z motywacją, olała mnie po pierwszej randce i zostałem sam ze swoimi krótkimi recenzjami.

środa, 3 sierpnia 2011

Salman Rushdie - Szatańskie wersety
















Data ukończenia: 21 kwietnia 2008

Data utworzenia recenzji: 21 kwietnia 2008

Recenzja:

Autor skazany na śmierć (Salman Rushdie Prison Break, by być jazzy), zainspirowany "Mistrzem i Małgorzatą", śmierć japońskiego tłumacza, polskie anonimowe wydanie w niskim nakładzie... Same argumenty, by przeczytać i ocenić.

Ostatnio nic tak ciekawego nie czytałem. Czego ta książka nie opisuje? Nie mam zielonego pojęcia. Na sześciuset stronach było tego tak wiele, że przydałoby się jeszcze raz to przeczytać z kartką papieru i długopisem.

Fabuła główna to opowieść o Gibrilu Fariszcie, hinduskim aktorze wcielającym się w bóstwa, i Saladynie Czamczy, zakochanego w angielskiej kulturze człowieku o tysiącu i jednym głosie. Obaj spadając z nieba, ze sterroryzowanego samolotu przeistaczają się: jeden w Anioła, drugi w Diabła. Co oczywiście musi doprowadzić do pojedynku między tymi postaciami.

Jednak główny wątek uzupełniony jest miniopowieściami, które wkurzyć mogą (i do dziś denerwują) islamistów. A zwłaszcza ta, o Mahomecie, przyjmującym tytułowe szatańskie wersety do Koranu.

W opinii krytyków, książka jest trudna dla polskich czytelników, ze względu na słabą znajomość arabskich opowieści, i ogólnie religii panującej na wschodzie. Przyznam się, że sam mam wiele wątpliwości, co do interpretacji całej historii, jednak moje domysły prawdopodobnie bardziej mnie bawią niż wysłuchiwanie wywodów kolejnych "znawców" literatury.

Jednyny minus - jakość tłumaczenia. Czasem, aż się czuje, że w oryginale był inny sens zdania, niż się widzi gołymi oczyma. Miałem przed chwilą do czynienia z angielskimi cytatami i zauważyłem, że brak jednego słowa w polskim tłumaczeniu zmienia całkowicie wydźwięk (brakuje słowa 'hell') końcówki książki.

Ale z tego co czytałem, jedyne polskie wydanie z 1992 roku w nakładzie 30 000 egzemplarzy, sprawia, że jest to swego rodzaju jeden z "białych kruków" w biblioteczkach czytelników.

Komentarz na koniec. Jako wielbiciel "Mistrza i Małgorzaty", mogę polecić "Szatańskie wersety", a jak ktoś lubi "Paragraf 22", to pokocha/znienawidzi absurd pewnych sytuacji, które opisywane są w książce. A, no i osobiście pokochałem Spoono - kto wie, ten wie...


Opinia po trzech latach:

Pamiętam, że niedługo po przeczytaniu książki, wiele osób przyznało się, że skończyli czytać już w pierwszym rozdziale. Nie czepiam się do tego, bo się nie dziwię. Jeśli chodzi o książki, to "Szatańskie wersety" są jedną z trudniejszych, choć nie tak trudną, jak "Ja, Najwyższy" (zdaję sobie sprawę, że ten tytuł pojawia się w moich wypowiedziach zbyt często, ale skoro mam przeginać, to dlaczego nie zrobić tego w recenzji "Szatańskich wersetów"?), a sama scena spadania źle nastraja do reszty fabuły. Mogę nawet przyznać, że początek wyjątkowo mnie odpychał, ale przezwyciężenie pierwszego rozdziału daje dostęp do jednej z lepszych książek, do której, w Polsce, można nie mieć okazji sięgnąć.

No właśnie. "Lepszych". Zdaję sobie sprawę, że "wszyscy mówią", ale wydaje mi się, że tylko "mówią". Jest umieszczona w "1001 książek, które musisz przeczytać", ale nie zmienia to faktu, że mam pewne wątpliwości, co do popularności książki Rushdiego. Sam się przyłapałem na tym, że sama otoczka, wyrok śmierci i rozboje po wydaniu tej książki, zachęciły mnie do zaliczenia tego tytułu. Z takich samych powodów, sprezentowałem swojej drugiej połówce polską wersję na gwiazdkę (pikanterii dodaje fakt, że to wydanie jest strasznie tajemnicze). Bo co tu ukrywać? Jak książka nie byłaby dobra, historia z nią związana jest najbardziej podniecająca.

I nadal uważam, że książka jest TYLKO bardzo dobra. Przeczytałem i wiem. Gdyby nie cała sytuacja, byłaby jedną z wielu wartych przeczytania książek. Co tylko jasno dowodzi, że ta ingerencja polityki i religii w kulturę, bardziej szkodzi prowodyrom, niż samemu autorowi.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...