czwartek, 28 lipca 2011

Albert Wojt - Zielone i złote

















Data ukończenia: 14 lipca 2011

Data utworzenia recenzji: 28 lipca 2011

Recenzja:

W tym roku nie udaje mi się, w przeciwieństwie do poprzedniego, znaleźć czegoś ciekawego do czytania. Rzucam się z jednego rodzaju w drugi, a w każdym czuję się mocno wynudzony. Jedynie "Ja, Najwyższy" jest moim jasnym punktem w 2011 roku.

Stwierdziłem, że mógłbym sprawdzić jeszcze polskie kryminały, które zostały wydane na przełomie PRL-u, a III RP. Książki te były wydawane przez Ministerstwo Obrony Narodowej, Wydawnictwo Bellona, a każdy tom był częścią serii nazwanej "Labiryntem". Cechował je mały format, co jest o tyle praktyczne, że książkę mogłem wsadzić sobie w lewą kieszeń marynarki (w prawej zwykłem mieć rolkę papieru toaletowego).

Z kilku tytułów, które posiadam, wybrałem sobie najbardziej kolorową okładkę (bo przecież im barwniejsza, tym ciekawsza treść). Po przeczytaniu kilku rozdziałów zacząłem trochę szperać i stwierdziłem, że autor - Albert Wojt, to pseudonim Wojciecha Sadrakuły. A sama fabuła książki, to jedna ze spraw porucznika Mazurka, warszawskiego policjanta.

No to zacznę pisać o fabule. Kałucki wychodzi z więzienia, chce odzyskać swoją część doli, za którą siedział. Jego dziewczyna, Ewa Malinowska, prawdopodobnie pojechała do Jeziorowskiego, do Legionowa. A Grąbiela coś kręci nosem i nie chce oddać pieniędzy. O! I jeszcze ten belg, Francois Desquriac wjeżdża do Polski i podrywa celniczkę na granicy. A Jeziorowski zginął. Do akcji wkracza porucznik Mazurek i chorąży Pozorski.

Gdzieś w tym momencie następuje totalne zaćmienie i ziewanko. Odpuściłem sobie na dwa tygodnie czytanie, bo stwierdziłem, że w tej książce akcja nie zając - nie ucieknie (w sumie też pasowałoby, że z pustego i Salomon nie naleje). Jednak widok coraz ciekawszych tytułów na moim biurku zmotywował mnie do ruszenia swoich zwojów mózgowych i uczestniczenia w niemrawym pościgu za zabójcą, policyjnym polonezem.

Gdyby ktoś mi wcześniej powiedział, że w tej książce znajdę strzelaninę na warszawskich ogródkach działkowych, pomyślałbym, że musiała by to być jedna z najbardziej oryginalnych akcji, jakie czytałem w kryminałach (obok morderstwa ptasimi odchodami w "Dr. No"), a przy okazji jedna z najbardziej apatycznych. I może nie było tak źle, ale ten punkt kulminacyjny, był opisany w taki sposób, jak wyglądałaby taka akcja w ogródkach w rzeczywistości.

A koniec, jak koniec. Udało im się rozwiązać. I tyle. Zwroty akcji bywały, bywały. Ale wyjątkowo anemiczne i nieinteresujące. A jak już same takie zabiegi nie przyciągają, to i koniec czytało się, jak gazetę z programem.

Wydaje mi się, że właśnie tak powinny wyglądać kryminały z milicjantami w roli głównej. Ten był o policjantach, ale napisany w takich czasach, że pierwsze szlify mogły być właśnie o milicjancie Mazurku, a do druku wszedł policjant Mazurek. Nie wiele to zmienia, ale jakaś taka bezpłciowa propaganda tam zaistniała.

I książka nie jest taka zła, ale robi wszystko, żeby jej nie przeczytać. Bardziej nadawałaby się do jakiegoś miesięcznika typu "Detektyw" (z podniecającym "Tylko dla dorosłych" na okładce) niż na oddzielną pozycję w biblioteczce. Wtedy miałoby to więcej sensu niż w tym wypadku.

sobota, 23 lipca 2011

Dan Brown - Kod Leonarda da Vinci

















Data ukończenia: 4 grudnia 2007

Data utworzenia recenzji: 4 grudnia 2007

Recenzja:

Jak się zaczęła cała ta moda na "Kod...", zdołałem obejrzeć wypowiedź Browna na temat swojej książki. Uważał on, że wszystko co w niej napisał to prawda. Teraz wiem o co mu chodziło i stwierdzam, że facet ma posrane we łbie. Sam Plantard powiedział, że cały ten Zakon to bujda. Leigh, który napisał "Święty Graal. Święta krew" też przynał, że to bujda (inna sprawa, że Plantard go oszukał, a ten dał się nabrać, jak nikt inny). Tylko największy plagiator Brown wierzy we wszystko...

Tyle słowem inteligencji autora. Książka mi się podobała, prosto napisana, dużo ciekawostek itp. Niestety, epilog został dodany tam na silę. Wolałbym, żeby w ogóle się nie pojawił, bo to co zostało tam przedstawione to jakieś badziewko. Nikt chyba nie wierzył, że zostanie tam coś ukazane, ale po jakiego grzyba robić takie 'nic' na sam koniec. 

Inna sprawa, że to jest ten sam szablon co w "Aniołach i demonach", przez przypadek nie odgadłem, kto jest głównym złym - za szybko historia jest opowiedziana, nie dali czasu nawet zacząć zabawy w detektywa.

Kolejna sprawa to fenomen - nie rozumiem o co tutaj walczyć. Wszystko to było już powiedziane wcześniej, a robi się z tego jakieś wielkie odkrycie (robiło). Ogółem - przeczytam następne książki z Langdonem, ale na bestseller to nie zasłużyło i jestem bardzo zawiedziony...

A posłowie w książce napisane przez jakiegoś barana jeszcze bardziej mnie zdenerwowało. Kolejny "maestro pióra" będzie mi tłumaczył, że Brown mija się z prawdą. Do roboty pisać własne książki!


Opinia po czterech latach:

Parę dni po przeczytaniu książki, miałem okazję obejrzeć film. Był tak nudny, że chyba jasno i wyraźnie pokazane mi zostało, że historię opowiedzianą przez Browna można strawić tylko raz. Aktorzy, którzy w nim wystąpili, to chyba największe drewna, jakie znaleziono w świecie filmowym.

Po tylu latach mogę bez problemu napisać, że "Anioły i demony" podobały mi się bardziej. Może wina leży po stronie książki, którą czytałem, bo nie zawierała kolorowych zdjęć wszystkich opisywanych dzieł sztuki, jak to było w recenzowanej przeze mnie wersji ilustrowanej pierwszej części.

Na dodatek mam wrażenie, że "Kod..." był o wiele nudniejszy od "Aniołów..." i szczerze powiedziawszy w ogóle nie trzymał mnie w napięciu.

piątek, 15 lipca 2011

José Carlos Somoza - Namalowane okno

















Data ukończenia: 14 czerwca 2011

Data utworzenia recenzji: 15 lipca 2011

Recenzja:

Literatura iberoamerykańska, to ostatnimi czasy, dosyć popularny u mnie temat. Na "gwiazdkę" otrzymałem cztery pstrokate okładki kolejnych tomów z serii Salsa, z wydawnictwa Muza. Dużo czasu upłynęło, kiedy w końcu mogłem się do nich zabrać. Na pierwszy ogień wziąłem "Namalowane okno".

Książka opowiada o Javierze, który występuje w dwóch postaciach: ojca, którego problemem jest chory syn, oraz maniaka filmowego, którego problemem jest niemożliwość znalezienia nowych zdjęć jego ulubionej aktorki - Jodie Foster. Pewnego dnia, jedna z tych postaci dowiaduje się przykrych rzeczy o swojej żonie, a druga o istnieniu pewnej filmoteki, zwanej SOLEDAD (Samotność), gdzie można zamawiać seanse filmowe, po których ludzie zaczynają wariować.

Problem polega tylko na tym, że nie zauważyłem jakiegoś punktu łączącego te dwie historie. Jedyne, co je łączy, to postać głównego bohatera. W trakcie czytania, byłem pewny, jakie będzie zakończenie. Stawiałem, że nagra na kasecie video ostatnie dni życia syna, aby wykorzystać umiejętności filmu do zachowania obrazu. Banalne? Może i tak. Ale przynajmniej moja interpretacja miała jakikolwiek sens, bo to co czytałem w rzeczywistości nie ma, moim zdaniem, ani logiki, ani spójności, ani nie daje przyjemności z lektury.

Książka zapowiadała się z początku bardzo ciekawie, jednak z biegiem stron zacząłem zauważać, że dojdzie to do bredni, gdzie prosta, intrygująca historia została zniszczona intelektualnym popiardywaniem, którego nie rozumiem.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...