poniedziałek, 30 maja 2011

Maria Kędziorzyna - Wędrówki Szyszkowego Dziadka















Data ukończenia: 17 maja 2011

Data utworzenia recenzji: 23 maja 2011

Recenzja:

Rok temu zacząłem przypominać sobie dziecięce książki i stwierdziłem, że muszę sobie zrobić większą przerwę między kolejnymi pozycjami. Jednak nie próżnowałem! Zacząłem szukać dalej tytułów, które kiedyś robiły na mnie wrażenie.

Problem polegał tylko na tym, że o ile fabułę i wygląd książki potrafiłem opowiedzieć, o tyle nie znałem tytułu i autora. Tak było z książką, którą właśnie recenzuję. Opowiadałem o "ludziku zrobionego z żołędzia", który zwiedzał las i spotykał owady. Gdy nikt nie potrafił przypomnieć mi tytułu, stwierdziłem więc, że może jednak był zrobiony z kasztana.

Wpisywanie w wyszukiwarkach nic nie dało, bo i konkretnego pytania zadać nie potrafiłem. Zostało Allegro, gdzie na dziale literatury dziecięcej, strona po stronie, wyszukiwałem czegoś, co mogłoby być tamtym tytułem sprzed lat. I w końcu znalazłem! Zapisałem sobie tytuł i teoretycznie tyle mi wystarczało. Chęć znalezienia odpowiedzi została zaspokojona.

Dopiero w kwietniu, tego roku, będąc w rodzinnym domku mojej lepszej połowy znalazłem przez przypadek w biblioteczce "Wędrówki Szyszkowego Dziadka". Wybłagałem i dostałem. Po miesiącu skonsumowałem książkę.

Historyjka opowiada o Szyszkowym Dziadku, stworzonym przez Łukasza, który zostaje podarowany małej Hanusi. Pozostawiony w lesie podejmuje się zebrania informacji na temat zwierząt, które żyją w tym miejscu. I to teoretycznie wyczerpujący skrót fabuły.

Podobały mi się bardzo dwie rzeczy. Pierwsza to podejście do tematu. Szyszkowy Dziadek dowiaduje się, jak zdobywają pokarm węże i ważki. Potrafi rozróżnić, co można przekazać małej dziewczynce, a które informacje mogą spowodować, że będzie miała traumę. Nie ma tutaj obłudnego ukrywania faktów przed dziećmi, jak w innych książkach. Najlepszy dowód, to po macoszemu potraktowane świnki w bajkach dla dzieci, wynika z nich, że świnia to zwierzątko pokroju psa lub kota. Mleka nie daje, jaj nie składa, czyli wiejski darmozjad. W "Wędrówkach..." węże zjadają słabe żaby. Kropka.

Druga sprawa to rysunki, za które odpowiedzialna jest Anna Seifertowa. Tak, jak pisałem przy "Dzieciach z Bullerbyn", niektóre książki ze starych lat miały wspaniałe rysunki, które budowały klimat. Także i tu jest to świetnie pokazane. Nie jestem pewien, czy zapamiętałbym książkę po tylu latach, gdyby nie widok zgarbionego Szyszkowego Dziadka na okładce, którego nawet żal się nieco robiło. Rysunki są tak klimatyczne, że przez długi czas myślałem, że akcja dzieje się podczas deszczu, co jest tylko w 1/4 prawdą.

Wydaje mi się, że warto przeczytać książkę, zwłaszcza dziecku. Jest bardzo zgrabnie napisana i nie ma efektu zażenowania w trakcie czytania dialogów, co często mnie na przykład dopada. Ja, o dziwo po tylu latach, bawiłem się bardzo dobrze. W przyszłości zamierzam przeczytać "Wędrówki..." swemu dziecku.

piątek, 20 maja 2011

Włodzimierz Iljicz Lenin, Slavoj Žižek - Rewolucja u bram. Pisma Lenina z roku 1917
















Data ukończenia: 15 maja 2011

Data utworzenia recenzji: 20 maja 2011

Recenzja:

Slavoj Žižek zaplusował sobie u mnie występem w filmie dokumentalnym pod tytułem "Žižek", tam właśnie poznałem jego podejście do rzeczywistości, filozofii, filmów i od cholery innych tematów. Ale nie mnogość zainteresowań sprawiła, że zacząłem go lubić, a sposób przekazywania swoich racji.

Slavoj Žižek do każdej rzeczy podchodzi filozoficznie. Sam uważa się za marksistę, jest komentatorem psychoanalityka Jacques'a Lacana. Jeśli sprawdzi się jego umiejętności, to można zauważyć, że "zna się" na wszystkim. A każdy w nim znajdzie plusy i minusy.

Dla mnie Slavoj Žižek to świetny krytyk kultury, który za pomocą pozostałych swoich "tytułów", analizuje scena po scenie każdy film. Jego "Z-boczona historia kina", trzy odcinkowy miniserial dokumentalny, pokazuje multum tytułów, z jego własnym komentarzem. Można się nie zgadzać z tym co mówi, ale trzeba to zobaczyć, ile można wynieść z jednego filmu.

Po oglądaniu, chciałem się zabrać za którąkolwiek z książek, jaka została przez niego napisana. Na święta wymusiłem na bracie sprezentowanie mi losowego tytułu. Głównie liczył się stosunek ilość stron/cena. Takim sposobem dostałem do ręki "Rewolucje u bram".

I polskie wydanie, moim zdaniem, mocno próbuje oszukać okładką. Każde zagraniczne ma informację, że autorem jest Lenin, a "edited by Slavoj Žižek". Tutaj wydaje się pomijać tę kwestię. Chociaż to jest czepianie się na siłę.

Już na pierwszy ogień mamy przedmowę Sławomira Sierakowskiego, który mnie przestraszył i zniechęcił do książki... Pamiętam, że czytałem gdzieś komentarz na temat relacji Wydawnictwa Krytyki Politycznej, a autora. Slavoj Žižek ponoć nie byłby zadowolony z samych poglądów, a co za tym idzie,  z publikowania jego książek, przez to wydawnictwo. Ile w tym prawdy? Nie wiem. Biorę pod uwagę, że jeśli chodzi o politykę, to różne brudy wprawiane są w ruch, niekoniecznie prawdziwe. W każdym razie w przedmowie dowiaduję się, że mowa będzie o lewicy na świecie, jakie błędy popełnia, jak je zwalczać i jaką postawę powinno się przyjmować.

Po przedmowie mamy głównego bohatera - Lenina. Są tu opublikowane jego listy, które pisane były pomiędzy dwoma rewolucjami. Moim zdaniem problem w nich polega na tym, że analizowane powinny być na bieżąco. Tutaj mamy przez kilkaset stron listy Lenina, które po setnej zaczęły mnie nużyć. Aż chce się krzyknąć: "Załapałem!", ale nikt nie słucha. Musiałem to zaliczyć, większość pewnie dałaby sobie spokój i przeszła do komentarza. Jednak, by móc napisać recenzję książki, powinno się ją całą przeczytać. Lenin nieźle mnie wynudził...

Kolejny etap książki, to Slavoj Žižek i jego komentarz. W tym momencie następuje jakieś odrodzenie. Chce się czytać! Anegdoty są kapitalne, analizowanie filmów przyprawia o dreszcze. A wszystko to w kontekście Lenina, lewicy i społeczeństwa. To najjaśniejszy punkt tej książki.

I jak wrażenia? Wydaje mi się, że umieszczanie pism Lenina na początku było błędem. Nie było w nich, moim zdaniem, nic takiego, by nie można byłoby ich pominąć. Zamiast przedmowy Sierakowskiego, można byłoby w skrócie opisać o tym, co Lenin chciał przekazać.

Ciężko powiedzieć, czy można polecić ten tytuł. Slavoj Žižek spisał się perfekcyjnie, chociaż czuję się za głupi na jego psychoanalizę. Co nie zmienia faktu, że dobrze się bawiłem podczas czytania. Jeśli ktoś ma zamiar brać do ręki tę książkę, spokojnie może zacząć od komentarza. Za wiele się nie traci, a Žižek i tak przytacza słowa Lenina, gdy są mu akurat w danym momencie potrzebne. Chętnie przeczytam "Lacrimae rerum", które traktuje o filmach.

A dla zainteresowanych, jakie filmy Slavoj Žižek wziął na warsztat podczas analizowania pism Lenina, umieszczam listę:
- Co się wydarzyło w Madison County;
- The Thin Blue Line;
- Wróg u bram;
- Exotica;
- Intymność;
- Zgadnij kto przyjdzie na obiad;
- Rób co należy;
- When a Stranger Calls;
- cały Dekalog (głównie: VIII, I, X);
- Vertigo;
- Gasparone;
- Przełamując fale;
- Tańcząc w ciemnościach;
- Orkiestra;
- Medea (a raczej tłumacz o tym wspomina);
- Taksówkarz;
- Ścigany;
- Salo, czyli 120 dni Sodomy;
- Truman Show;
- Zardoz;
- Ucieczka Logana;
- Ptaki;
- Matrix;
- Ucieczka z Nowego Jorku;
- Dzień Niepodległości;
- Podziemny krąg;
- Ja, Irena i Ja;
- Brudny Harry;
- Czas Apokalipsy: Powrót;
- Październik;
- Łąki Bieżyńskie;
- Last Bolshevik;
- Szczęście;
- Mężowie i żony;
- Mężczyźni wolą blondynki;
- Wróg publiczny;
- Informator;
- Buena Vista Social Club;
- Memento;
- Miłość Elviry Madigan;
- Metropolis;
- seria James Bond, jako całość;
- Przypadek;
- Podwójne życie Weroniki;
- Rodzice miejcie się na baczności.

niedziela, 15 maja 2011

Andy Borowitz - Kto mi zwędził mydło?
















Data ukończenia: 21 października 2009

Data utworzenia recenzji: 21 października 2009

Recenzja:

Dalsze podtytuły to: "Jak przetrwać więzienne lata. Podręcznik dla dyrektorów generalnych".

Poradnik pisany jest w pierwszej osobie przez skorumpowanego dyrektora generalnego, który pokazuje nam w 11 rozdziałach między innymi: jak urządzić celę zgodnie z feng shui, przewodnik po stołówkach, jak radzić sobie pod prysznicem, jak założyć własną firmę w więzieniu i inne ciekawe rzeczy, które przyszłym dyrektorom na pewno wkrótce będą potrzebne (w końcu żaden nie jest bez winy).

Prześmiewcza, krytykująca menedżerów wyższego szczebla, którzy wegetują na wysokich stanowiskach. Główny bohater to osoba, która wykorzystuje Sześć Sigma, a nie zarządzanie jakością w swoim nowym przedsiębiorstwie stworzonym w więzieniu. Dlaczego? Bo zarządzanie jakością rozumie tylko w 19%, a Sześć Sigma już w 29%! 

Książeczka zawiera 100 stron i nie ma nawet czasu się nudzić. Jak ktoś lubi satyrę, która może nie powoduje płakania ze śmiechu, ale jest na pewno na dobrym poziomie. Wszystko napisane w inteligentny sposób, głupie opisy zawierają wskazówki, jakie warto wykorzystać w perswazji, motywacji i zarządzaniu. Podsumowując, bardzo ciekawie napisana pozycja, nie tylko dla studentów zarządzania i ekonomii.


Opinia po półtorej roku:

Być może, gdybym poczekał jeszcze kilka godzin z napisaniem tamtej recenzji, nie musiałbym się teraz tłumaczyć. Doszły mnie słuchy, że jest to parodia książki, po którą raczej jeszcze długo bym nie sięgnął. Tytuł to "Kto zabrał mój ser?". I to chyba było gwoździem do trumny. Jak jeszcze z początku myślałem, że to świeży pomysł, to oceniałem to jako próbującą być śmieszną książeczką o zarządzaniu. Teraz jest to nieśmieszna parodia tego typu książek.

A jedną z rzeczy, która mnie bardzo irytuje, to nieśmieszna parodia. Studenckie żarciki są fajne, póki nie trzeba za nie płacić.

środa, 11 maja 2011

Paulo Coelho - Walkirie
















Data ukończenia: 23 kwietnia 2011

Data utworzenia recenzji: 11 maja 2011

Recenzja:

Chwilę po zakończeniu "Ja, Najwyższy", wziąłem do ręki "Walkirie" przecenianego według mnie Paulo Coelho. Obiecałem sobie, że przez dłuższy czas będę omijał tego "oświetleńca" szerokim łukiem. Jednak jest to kolejna książka na wymianę, więc musiałem ją zaliczyć, by funkcjonować jeszcze w swoim towarzystwie.

Fabuła jest prościutka. Paulo Coelho opisuje swoją podróż po pustyni Mojave, gdzie przez czterdzieści dni szukał swego Anioła, którego chciał zobaczyć i porozmawiać z nim. Ważne w całej powieści jest to, że cała historia zdarzyła się naprawdę, a tylko nieliczne elementy są fikcyjne. Przynajmniej tak sugeruje autor.

Towarzyszyć mu będzie w podróży jego żona, Chris Coelho, dzięki której Paulo będzie mógł wstawić opinię jaką ma on sam o samym sobie. Żenujące by było przecież, gdyby sam Paulo opowiadał o sobie w samych superlatywach. Dlatego "wrzuca" w usta swojej żony opisy, przymiotniki i inne wykwintne wyrażenia, które sugerują, że bycie obok Coelho to bardzo orgazmiczne przeżycie. I tak już na samym początku, Chris Coelho  oświadcza nam, że seks z Paulo to duchowe/niebiańskie doświadczenie. I tak jest mniej więcej przez całą książkę. Każda kobieta czytająca "Walkirie" powinna przy niemal każdej stronicy być zazdrosna o takiego faceta. Ach ten Paulo!

Przypomina mi to pewne autobiografie, w którym ludzie porównują się do Bonda (między innymi Ibisz). Gdzie wypada to po prostu żenująco. Są pewne określenia, które mogą być co najwyżej nadane przez inne osoby. Jeśli stajemy się "samozwańczym" Bondem musimy liczyć się z drwiną osób, które będą świadkami "samoukoronowania". Identycznie jest i z tą książką.

I chciałoby się jeszcze coś z tego wykrzesać, ale książka jest nawet niewarta zjechania tak, jak zrobiłem to w recenzji "Alchemika" rok temu. Krótka i nudna. Tak jak w tamtej pozycji jest dużo haseł i pseudogłębi, tak i tutaj tego nie zabrakło.

No i zastanawia mnie jedno. Czy takie książki nie powinny być wydawane po śmierci autora? Wtedy nie byłyby żenujące. Dziwi mnie to, że ktoś nie miał wstydu bawić się w takie pisarstwo. Ta książka to taki "niewinny pomnik" Paulo Coelho, przez niego samego pisany/wystawiony.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...