środa, 30 marca 2011

Ian Fleming - Ośmiorniczka
















Data ukończenia: 23 lutego 2011

Data utworzenia recenzji: 30 marca 2011

Recenzja:

Ostatni tom przygód 007 jest niestety zbiorem opowiadań. Na dodatek bardzo krótkim, bo zawiera 100 stron na które przypadają cztery niewielkie historie.

W rok po opublikowaniu "Człowieka za Złotym Pistoletem", stwierdzono, że powinno się wydać opowiadania, które nie zostały umieszczone wcześniej w żadnym zbiorze. I tak w 1966 roku opublikowano dwie historie w tomie pod tytułem Octopussy & The Living Daylights,  w którym znalazły się oba wymienione. W 1967 roku został powiększony o kolejny tytuł: The Property of a Lady. A w 2002 ukazała się czwarta historia, której tytuł ewoluował z Reflections in a Carey Cadillac poprzez Agent 007 in New York w 007 in New York.

Często piszę, że podchodzę do jakichś tytułów Fleminga sceptycznie. Nie byłem zadowolony, że będę musiał czytać kolejny zbiór opowiadań, ale sceptycyzmu u mnie za grosz. Stwierdziłem, że sto stron, to wystarczająco mało, by nie przejmować się tym, ugryźć się w język i nawet "na chama" ukończyć kolejny tom. Całe szczęście okazało się, że jest to jedyny zbiór opowiadań, jaki przetrawiłem i przy którym dobrze się bawiłem w ciągu ostatnich sześciu lat.


Ośmiorniczka - o kontrowersyjnym tytule (Octopussy) pisałem już we wcześniejszych recenzjach. I tak, to ta sama. Była "Ośmiornica" i "Ośmiornisia", a teraz przyszło na najbardziej pasujący tytuł: "Ośmiorniczka", chociaż nadal stoję za swoim tytułem - "Ośmiornizda".

Film był tak słaby, że całe szczęście, że nie mają wiele ze sobą wspólnego. Ośmiorniczka występująca w filmie pod tym samym tytułem to córka głównego bohatera tegoż opowiadania, a sceny z filmu dzieją się w jakiś czas po fabule tej krótkiej historii. Major Dexter Smythe nieźle naskrobał podczas II wojny światowej. Żył w przeświadczeniu, że uszło mu na sucho. Jednak Bond zjawia się z propozycją nie do odrzucenia.

Może nie zrobiło na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia, ale jest na całkiem dobrym poziomie. Największą ciekawostką jest to, że 007 nie gra tutaj jakiejś znaczącej roli. Pierwsze skrzypce należą do majora Smythe'a.

John Griswold sugeruje, że "Ośmiorniczka" dzieje się zaraz po "Operacji Piorun". Nie wiem, dlaczego tak? Nie znalazłem jakiejś konkretnej aluzji co do tego, ale następnym razem, postaram się w takiej kolejności to przeczytać.

Własność pewnej damy - ten tytuł miał być wykorzystany do trzeciego filmu z Daltonem, niestety problemy z realizacją przyczyniły się do zaniechania projektu. Większość akcji, czyli dzieło Faberge i dom aukcyjny zostały wykorzystane w filmie "Ośmiorniczka". Biorąc pod uwagę to, że za Daniela Craig'a zaczęto wracać do niewykorzystanych tytułów, to właśnie ten jest moim faworytem w tym "wyścigu".

Pani Freudenstein, pracownica w MI6 jest podwójnym szpiegiem. Od Sowietów dostaje wynagrodzenie w postaci Szmaragdowej Sfery Faberge, którą chce "opchnąć" na aukcji. Bond ma za zadanie złapać rezydenta  sowieckiego wywiadu, który będzie podbijał cenę Sfery.

Niestety, najsłabsze opowiadanie w zbiorze. Jakoś specjalnie nie trzyma w napięciu, nie ma za wiele akcji. Umiejscowić ją można między kolejnym opowiadaniem "W obliczu śmierci", a pierwszymi, pięcioma rozdziałami "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości".

W obliczu śmierci - tytuł oryginalny to The Living Daylights. Polskie tłumaczenie filmu miało również takie nazwy, jak "Światło dnia" i "Żywe światło dnia", co chyba bardziej było fair w stosunku do angielskiego związku frazeologicznego. Pierwsza część z Daltonem była dla mnie powiewem świeżości, po zmęczonym  i "prześmiesznym" Rogerze. Dalton to powrót do pierwszych dwóch Bondów oraz ukłon w stronę literackiego pierwowzoru. Uwielbiam tę część z tego powodu, że przynajmniej na chwilę powrócono do "mroczności" serii, a kolejną taką próbą był dopiero "Casino Royale" z Craigiem.

Fabuła opowiadania traktuje o próbie ucieczki agenta 272 z Berlina Wschodniego do Zachodniego. Pech chciał, że sowieci dowiadują się o planach i na straży czatuje jeden z ich najlepszych snajperów, o pseudonimie "Kurok". MI6 za to, dowiaduje się, że "oni wiedzą" i kierują tam swojego strzelca - Jamesa Bonda.

Może brzmieć banalnie, ale uważam te opowiadanie za gwóźdź programu całego zbioru. Większość utworu została wykorzystana w pierwszych dwudziestu minutach filmu o tym samym tytule, a chronologicznie stawia się go między "Ośmiorniczką", a "Własnością pewnej damy". Trzyma w napięciu i jest bardzo dynamicznie, jak na trzy dniowe leżenia na materacu z karabinem w dłoniach.

007 w Nowym Jorku - filmu o takim tytule brak i jakoś nie wierzę, by w najbliższej przyszłości ten tytuł został wykorzystany. Przy masie produkcji sequeli, które w tytule kończą się na "... in New York", myślę, że nie pójdą w tę stronę twórcy.

Historia powstania tego dziesięcio stronicowego opowiadania sięga innej książki napisanej przez Fleminga - Thrilling Cities, które są raczej reportażami o miastach, które zwiedził. Niezbyt przychylnie wypowiedział się w niej o Nowym Jorku, więc wydawca poprosił go o napisanie opowiadania, które zneutralizowałoby nieco traumę nowojorczyków po przeczytaniu reportażu. I mniej więcej tak powstało opowiadanie, które po około czterdziestu latach trafiło do Wielkiej Brytanii.

James Bond siedząc w samolocie rozmyśla o sprawie, jaką ma do załatwienia w Nowym Jorku. Przy okazji układa sobie plan dnia, co zwiedzi, gdzie będzie kochać się z Solange i co zje. Całe rozwiązanie akcji znajduje się w ostatnim akapicie, wszystko wcześniejsze to opinia 007 o tym mieście, która jest tak sarkastyczna, że ciekaw jestem, czy wydawcy się to spodobało. Najbardziej znanym aspektem opowiadania, jest przepis na jajecznicę Bonda.

To jest niewielkie arcydziełko, jeśli chodzi o Fleminga. Dopiero tutaj skondensowana jest cała esencja humoru, kunsztu i sarkazmu Iana. Najlepsze opowiadanie, jakim można zakończyć taką długą serię, jaką jest James Bond. A akcja dzieje się między pierwszymi pięcioma rozdziałami "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości", a "Szpiegiem, który mnie kochał".


Podsumowując, jest to najlepszy zbiór opowiadań, jaki czytałem ostatnimi czasy. Może "Własność..." trochę odstaje od reszty, ale nie jest złe. I cieszę się, że pod sam koniec serii nie zostało to w jakiś sposób zniszczone. Będę dobrze wspominał wszystkie tomy. Dobrze się bawiłem robiąc sobie dłuższe przerwy między tomami. Miałem wiele wątpliwości co do poszczególnych tytułów i opinia się nie zmienia, ale jako całość jestem na serio zachwycony. Od czasu "Mrocznej Wieży" dawno mnie żadne tomiszcza nie przyciągnęły, nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. I wiele można mówić złego na Fleminga, ale wybaczam mu wszystko co popełnił w tych książkach, bo bawiłem się wybornie.

Serię o agencie 007 Iana Fleminga czytałem od 6 stycznia 2009 do 23 lutego 2011.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...