poniedziałek, 28 lutego 2011

Raymond Chandler - Głęboki sen
















Data ukończenia: 22 grudnia 2009

Data utworzenia recenzji: 22 grudnia 2009

Recenzja:

Dokładnie rok temu latałem jeszcze po antykwariatach spełniając życzenie mojego brata - sprezentować mu tanie kryminały (ilość, nie jakość). Wśród kilku książek znalazł się "Doktor No" (ok, wykorzystałem okazję, by to kupić, ale akurat ta część wchodzi w ramy kryminału) i "Morderca w deszczu" Chandlera. Pierwsza okazała się strzałem w dziesiątkę dla mnie, druga dla mojego brata. W ciągu roku zebrał całą kolekcję, a razem mieliśmy okazję porównywać swoich bohaterów, odstawiając na bok takie gwiazdy, jak Poirot czy pannę Marple. Przyszedł czas, kiedy wymieniliśmy się powieściami.

"Głęboki sen" to pierwsza prawdziwa powieść Chandlera i zarazem pierwsza książka, gdzie pojawia się Philip Marlowe - prywatny detektyw. Fabuła dotyczy afery pornograficznej, która lada chwila wyjdzie na jaw. Jednak to tylko początek, bo na stronicach jest tyle wątków, że sam Chandler się pogubił i był w szoku, że zapomniał o jednym morderstwie! Trudno cokolwiek napisać nie psując fabuły. To opiszę książkę nieco inaczej. Ponieważ Fleming i Chandler to przyjaciele, a książki o Bondzie to takie późniejsze o Philipie, to pozwolę sobie porównać obie postacie.

To, jak się zachowuje Marlowe można określić jednym słowem - arogancja. Wchodzi bez pistoletu do mieszkań bandziorów, rzuca ironiczne komentarze, bierze co chce i wychodzi. Podobne do Jamesa Bonda? Tak, ale filmowego, nie tego książkowego. Powieści o Bondzie naładowane są brutalnością: łamane palce, wycinanie znaków na ciele, bolesne do tego stopnia, że zdarza się Jamesowi negocjować cenę uwolnienia. Marlowe, pomimo przystawionej broni do głowy, uśmiecha się i rzuca chandleryzmami na prawo i lewo. Tak, jak do tej pory nie widziałem związku między Bondem w filmach, a Bondem w książkach - tak teraz widzę te brakujące ogniwo, a jest nim Marlowe.

Jest jednak nieco irytująca sprawa, która bardzo często się w literaturze powtarza, ale komentarz wystawię właśnie tutaj. Nie lubię, jak cała narracja jest pierwszoosobowa, gdzie czytamy co Marlowe myśli, dedukuje itp. Daje nam to wrażenie, że wiemy tyle co Marlowe. Jednak, jak już wychodzi wytłumaczenie całej sprawy, wnioski są wyciągnięte, jakby nie z tej dziury w którą się patrzyło. I dopóki główny bohater sam nam tego nie wytłumaczy, za nic w świecie nie domyśliłbym się o co chodzi. Osobiście uważam, że to takie ukrywanie pewnych części historii w celu podkreślenia inteligencji głównego bohatera.

Mimo tego, książka jest rzeczywiście świetna. Czuć, że Fleming przy Chandlerze jest tylko średniowykształconym uczniem. To są początki i jeszcze czuć, że nawet chandleryzmy nie są takie, jakie powinny być. Trzyma przez cały czas w napięciu. Jak ktoś chciałby zacząć czytać kryminały to tylko od tego pana. Robert Stiller scharakteryzował kiedyś Chandlera takimi słowami: "amerykański autor powieści kryminalnych, którego twórczość uznano bezdyskusyjnie za równie wybitną artystycznie jak autorów tzw. literatury poważnej". I ja się pod tym podpisuję.

Drogi braciszku (wiem, że to przeczytasz) pamiętaj, że obiecałeś przeczytać "Casino Royale", ja swoje przeczytałem!


Opinia po roku:

Parę miesięcy później, gdy już sięgałem po następny tom, stwierdziłem, że mam co innego do czytania. I to jest chyba największy problem "Głębokiego snu", może w trakcie przyjemnie się czytało, ale nie mam żadnych ciągot, by sięgnąć po inną książkę Chandlera. Być może kolejne części są o wiele lepsze, ale na razie nie spieszy mi się sprawdzać.

Z drugiej strony, Peter Boxall w swojej książce "1001 książek, które musisz przeczytać", uwzględnił ten tytuł, obok "Długiego pożegnania". Być może ja się, do tak skonstruowanej fabuły, nie mogłem przekonać, co nie oznacza, że inne osoby nie mogłyby się odnaleźć w tego typu kryminałach noir. Dla mnie jest to całkiem niezła książka do czytania podczas podróży pociągiem. I tak nie uda się rozwiązać zagadki, aż do zakończenia powieści, więc nie trzeba się mocno nawet "wczuwać w książkę".

środa, 23 lutego 2011

Joseph Heller - Paragraf 23
















Data ukończenia: 26 czerwca 2008

Data utworzenia recenzji: 26 czerwca 2008

Recenzja:

Tytuł oryginału: "Catch As Catch Can". 

Jest to zbiór opowiadań, który jest podzielony na 4 części. Wydany pośmiertnie przez syna/córkę i jego/jej meża/żonę (gdzieś zgubiłem tę informację, ale i tak nieważna jest). Książka zainteresować powinna raczej miłośników Hellera, tak jak w przedmowie napisane jest: "Literaccy adepci mogą nabrać śmiałości, śledząc okres, kiedy Heller sam był adeptem i uczył się pisać jak Joseph Heller". 

Pierwsza część to opowiadania publikowane. Są to ponoć wszystkie opowiadania, które nie doczekały się wydania w jakiejkolwiek książce, ale zagościły na łamach Playboya i innych czasopism. Obejmuje ona dzieła od 1945 do 1990 roku.

Muszę przyznać, że czyta się je naprawdę nieźle. W większości są to opowiadania o bukmacherach, narkotykach, młodzieńcach, a o dziwo o wojsku tak wiele nie ma. Jedynie "Uwaga, bukmacherzy!" jest bardzo słabym lub w ogóle nie załapałem klimatu tego opowiadania, lecz trudno mieć pretensje, jeśli weźmie się pod uwagę, że było to napisane w ramach zaliczenia angielskiego na studiach (ja bym mu po tym nie zaliczył). Pozostałe są bardzo dobre, ale wyróżnić trzeba 5 ostatnich z tego działu: "Dziennik pokładowy MacAdama", który mocno przyczynił się do napisania "Paragrafu 22"; "Pozdrowienia od taty" - rozdział wycięty z "Paragrafu 22", w którym znajdują się listy do Nately'ego, jak dla mnie dobre, ale rzeczywiście można było sobie darować to; "Paragraf 23: Yossarian żyje", czyli preludium do "Paragraf 22 bis: Ostatni rozdział", po przeczytaniu mam obawy przed tą książką; "Dzień, w którym odszedł Bush" kontynuacja "Paragrafu 23...", ale troszkę inny niż zwykle, bo porzuca bohaterów "Paragrafu...", a zajmuje się Bushem seniorem. Kapitalny wywiad!

Na osobną uwagę zasługuje "Yossarian przetrwa", który został wycięty z nieznanych powodów. Ponoć nawet Heller nie zdawał sobie z tego sprawy, że nie umieszczono tego rozdziału w książce. Powiem jedno, jak w autobusie czytałem książkę, to tyle rechotałem, że aż mi głupio było dojechać do domu. Najlepsze opowiadanie z całego zbioru. Jakby ktoś nie wiedział, "hubba, hubba" to dźwięk wydawany przez ochoczego borsuka. 

Druga część zbioru to opowiadania niepublikowane. I muszę stwierdzić, że niezła ciekawostka, ale czuć że jest to niedopracowane. Pomysły dobre, ale brak pointy. 5 bardzo ciężkich opowiadań, które są najsłabszym ogniwem tego zbioru. 

Trzecia część to "Proces Clevingera" - zrobiony na sztukę jeden rozdział z "Paragrafu 22". Kto był kiedyś na sztuce teatralnej "Paragrafu 22" to pewnie wie, o co chodzi, bardzo dobrze to zrobione i to przez samego Hellera, który ułatwił zadanie reżyserom. 

Czwarta część to eseje, dotyczące głównie "Paragrafu 22". Łącznie 5. Jeden opowiada o tym, jak Heller z rodziną szukał we Włoszech tego, co było bombardowane przez niego podczas wojny. Drugi, prześmieszny, mówi o perypetiach związanych z ekranizacją książki (tak nudną rzecz, tak śmiesznie opisać to tylko Heller potrafi). Trzeci opowiada o powstawaniu książki. Czwarty mówi o tym jak Heller miał 21 lat i był durny podczas wojny. A piąty pokazuje Coney Island (miejsce gdzie się wychowywał) z punktu widzenia dorosłego mężczyzny. 

Ogólnie, całkiem ciekawy pomysł, by po śmierci zebrać wszystko w jedną całość i przekazać miłośnikom. Dobrze się bawiłem i mieszane uczucia mam może tylko do tych niepublikowanych, ale jak sama nazwa wskazuje, Hellerowi też coś z nimi nie pasowało, poza tym to jest ciekawostka, która nigdy nie miała ujrzeć światła dziennego. 

Dla miłośników Hellera pozycja obowiązkowa, dla miłośników "Paragrafu 22" pozycja obowiązkowa, przeciwników i tak nic nie skłoni do sięgnięcia po tę książkę.


Opinia po trzech latach:

Odświeżyłem sobie po kilku latach, w związku z przeczytaniem "Paragrafu 22" i rozpoczęciem "Paragrafu 22 bis", te ważniejsze opowiadania. "Yossarian przetrwa" jest fenomenalny, za każdym razem, kiedy go czytam. Cała reszta, kręcąca się wokół "Paragrafów..." już niekoniecznie.

Te dotyczące "Paragrafu 22 bis", traktowane są, jako zapowiedź do powieści. Czegoś im przez cały ten czas brakuje. Jednak, jak zasiadłem do "Ostatniego rozdziału", zauważyłem, że są wykorzystane wszystkie te krótkie opowiadania. Są wszystkie poprawione i mają nawet elementy humorystyczne, co w pierwowzorach też było, ale bardzo słabo rozwinięte. Wydaje mi się, że te opowiadania traktujące o "Paragrafie 22 bis" były jedynie słabymi schematami, które później ewoluowały w "Ostatni rozdział".

Jeśli jest warta polecenia, to tylko fanom "Paragrafów". To istna kopalnia wiedzy, ciekawostek i rozdziałów, które nigdzie indziej nie były publikowane. Jakość pozostałych opowiadań niestety nie jest zachwycająca, ale tak jak pisałem kilka lat temu - przyklasnę, każdemu zbiorowi wszelkich tekstów skupionych w jednym tomie.

piątek, 18 lutego 2011

Feridun Zaimoglu - Leyla
















Data ukończenia: 11 lutego 2011

Data utworzenia recenzji: 18 lutego 2011

Recenzja:

Książki, które straszą okładką, a zarazem mają tak nudne streszczenie, na jej końcu, że nie potrzeba pomocy Piaskowego Dziadka, by sobie nieźle "podzymać", omijam szerokim łukiem. Jedyną dla takich tytułów szansą jest polecenie przez osobę, której ufam w doborze literatury. I "Leyla" jest właśnie taką książką, której bym nie tknął, gdyby koleżanka mi jej nie poleciła.

Historia opowiada o życiu Leyli, córki Halida. Widzimy jej większość etapów dorastania, która przechodzi je pod czujnym okiem despotycznego ojca, którego hobby jest katowanie swojej rodziny. Całość dzieje się we Wschodniej Turcji w latach pięćdziesiątych XX wieku, więc mamy okazję sprawdzić, jak miały/mają się paskudne tradycje w tym kraju.

I muszę przyznać, że jedyne co mnie zachęcało do szybszego przeczytania książki, to właśnie ta tradycja. Bo cała reszta to historie pokroju tego, co produkuje Goździkowa z Zielonką pod blokiem. Same ploty. Na dodatek styl produkowania akapitów mi się nie podoba. Brakuje myślników, więc ciężko nie zgubić się w dialogach. Zwłaszcza, jak w jednym akapicie, po kropce, mamy całą rozmowę, wraz z tłumaczeniami typu: "powiedziałam". Po jakimś czasie przestałem się martwić i wyłącznie czytałem, nie wczuwając się w rolę i nie analizując konkretnych wypowiedzi. Inna sprawa, że narrator w postaci głównej bohaterki raz jest wszystko wiedzący, by potem zmienić się, we wszystko zapominającego.

Bardziej czekałem na pojawienie się brutalnego ojca i jego zabobonów, niż na to, czy uda się Leyli ułożyć życie. Bardziej podobały mi się sceny drastyczne, włącznie z bardzo okrutną aborcją, niż sielankowe życie na wsi.

Uważam, że książka jest przeciętna. Samo zakończenie mnie również poirytowało. Po 500 stronach nie ma żadnego zakończenia. Brak pomysłu? Otwarta furtka na drugi tom? Żeby dobrze zilustrować, jak wygląda zakończenie, musiałbym zakończyć recenzję w tym momen...

poniedziałek, 14 lutego 2011

Stephen King - Mroczna Wieża III: Ziemie jałowe
















Data ukończenia: 4 maja 2007

Data utworzenia recenzji: 4 maja 2007

Recenzja:

No, nie wiem. Pierwsza księga nie jest zła, ale tak nużyło po jakimś czasie, że musiałem odwlekać czytanie i dokończyć ją znacznie później. Druga księga 3 tomu za to ma taką dynamikę, że pochłonąłem ją przed chwilą. Szkoda mi trochę tych początkowych rozdziałów, bo za szybko zacząłem obczajać o co z tym biega, a niemoc bohaterów, która przedłużała się aż do 300 stron była po prostu wnerwiająca. Książka może nie tak dobra jak drugi tom, ale i tak kawał dobrej literatury.


Opinia po pięciu latach:

Patrzę na swoją recenzję z 2007 roku i dziwię się samemu sobie, że tak ciężko mi było przyznać się do tego, że tak się wynudziłem tym tomem. W tamtym czasie miałem zamiar po tej części rzucić w cholerę "Mroczną Wieżę" i zająć się czymś zupełnie innym, czymś po czym nie poczuję utraty czasu.

Pierwsza księga, tego tomu, irytowała mnie od początku do końca. Miałem wrażenie, że próba przeniesienia Jake'a ze świata do świata była tak maksymalnie wydłużona, by jedynie pozapełniać stronice. Traktowane jako dopychacz.

Druga księga jest o wiele bardziej przystępna. Jednak pojawienie się pociągu i zabawa w zagadki strywializowała cały pomysł. Może jednak nie pomysł, ale same jego wykończenie. Bo kończy się to, jak każdy następny odcinek "Czarnych chmur", co po raz kolejny pokazuje, moim zdaniem, że nie było pomysłu na ten tom.

To jest najnudniejsza książka Stephena Kinga, jaką miałem okazję przeczytać. Przeczytanie tej części trwało wiele dni. Potrafiłem znaleźć więcej ciekawszych rzeczy od powrotu do powolnej podróży ku Mrocznej Wieży. Susanah dalej była u mnie kołem u wozu, a mnie już cała historia przestała interesować. Jednak czwarty tom przewrócił po raz kolejny moją opinię, o tej serii, do góry nogami.

czwartek, 10 lutego 2011

Ian Fleming - Człowiek ze Złotym Pistoletem



Data ukończenia: 10 stycznia 2011

Data utworzenia recenzji: 10 lutego 2011

Recenzja:

Tytuł "Człowiek ze Złotym Pistoletem" od wielu lat kojarzy się wyłącznie z czymś niedobrym, zarówno jeśli chodzi o film, jak i książkę. Ten z Moore'em był według krytyków tak słaby, że na kilka dobrych lat przestano myśleć o kręceniu nowych części. Potrzebna była zmiana formuły, dzięki czemu powstały takie "potworki", jak "Szpieg, który mnie kochał" i "Moonraker".

Mi osobiście z Rogerem podobał się wyłącznie "Tylko dla twoich oczu", ale lubię też "Żyj i pozwól umrzeć" oraz właśnie "Człowieka ze Złotym Pistoletem". Przypominają mi klimatem te z Seanem i Georgem, które wręcz uwielbiam.

Jednak o wiele więcej kontrowersji wywołało wydanie powieści pod tym tytułem. Problem polegał na tym, że Fleming nie żył, a jego dzieło, które szlifował przed śmiercią, nie zostało wydane za jego życia. I tutaj zaczęły się teorie spiskowe. Jedni mówili, że Fleming tego nie napisał, tylko Kingsley Amis. Kolejne plotki twierdziły, że dokończył to jego syn. A wszystko za sprawą śmierci autora oraz słabej literatury, jaka została wypuszczona na rynek. Znawcy zauważali pewne niedociągnięcia, których Ian nie robił. Oficjalne oświadczenie mówi jednak, że Fleming na kilka tygodni przed śmiercią przesłał do wydawcy "Człowieka..." z listem, że nie będzie nic poprawiał, że nie "czuje" już Bonda, a formuła całkowicie się mu wypaliła.

I to były dla mnie informacje, które były ciekawe, zanim skończyłem czytać "Żyje się tylko dwa razy". Gdy zobaczyłem tak wspaniałą końcówkę książki, która wywracała całą serię do góry nogami, strasznie mnie zdenerwowała myśl, że ktoś tak sobie potrafił ubrudzić zbroję od wewnątrz wydając kolejny tom przygód, która się przecież skończyła!

Ale przejdźmy do fabuły. Bond ze swoją amnezją jedzie do ZSRR, by się jej w końcu pozbyć. Łapią go agenci KGB, którzy spiorą mu mózg na kwaśne jabłko (swoją drogą to Raymond Chandler podrzucił Flemingowi taki pomysł, twierdząc, że nie wyobraża sobie gorszej tortury, niż pranie mózgu), po czym wysyłają go do M, by go unicestwił. Nie udaje się tego osiągnąć, a zamiast zabijać/wyrzucić Bonda, M postanawia wysłać go na niebezpieczną misję zabicia Scaramangi, Człowieka ze Złotym Pistoletem i trzecim sutkiem - mordercą pracującym dla Smiersza i zabijającym agentów Secret Service.

Po zakończeniu lektury uważam, że nie jest wcale taka zła, ale wyżyny to to nie są. Miejscami naiwna, zwłaszcza, gdy zaczynamy kwestionować sens używania 007 po wielu traumatycznych przeżyciach, jakie doznał. Terapia potraktowana po macoszemu, biorąc pod uwagę, jak Ian potrafił budować tego typu rozdziały, brak takiego jest rozczarowaniem. Jest również pewien epizod, który przypomniał mi bezsensowną "współpracę" Jamesa z Goldfingerem w "Goldfingerze". Całe szczęście, tutaj jakoś łatwo idzie przejść różnego tego typu bajeczki. Brakuje wielu opisów przyrody, które wcześniej były znakiem rozpoznawczym Fleminga. Wygląda więc na to, że to co trzyma się w ręku to czysta esencja, którą bardzo łatwo się czyta, ale nie jest czymś co łatwo można zaliczyć do ciekawych dzieł. Pozbawienie opisów, które zawsze mnie drażniły jeśli były w nadmiarze, zrzuciło książkę na półkę dawnych kryminałów sprzedawanych na dworcach, o konsystencji "papiru do podciru". A końcówka jest taka, że można byłoby się spodziewać kolejnych części. Bohater cały i zdrowy kończy misję i jakiegoś epickiego zakończenia w nim nie ma. Co jest o tyle śmieszniejsze, że we wcześniejszym "Żyje się tylko dwa razy" było...

Ale największą frajdą, jaką mi sprawiła książka, było tłumaczenie. Do tej pory Rzeczpospolita w swoich wydaniach używała dobrej roboty Roberta Stillera. Nie wydali, o dziwo, "Casino Royale", ale nie mogłem się przyczepić do formy tych książek. Zawierały słowniczek, nie tylko obcych słów, ale także słów wprowadzających, które można było pominąć. W każdym razie troska o czytacza była. Nie wiem, jakim cudem, ale "Człowiek ze Złotym Pistoletem" jest przetłumaczony przez Jarosława Kotarskiego, który w słowniki nie wierzy. Wcześniejsze wydanie tej samej książki, również jest przetłumaczone przez tą samą osobę i również nie zawiera słowniczka. Oznacza to, że posłużono się pewnie starym tłumaczeniem, a nikt z redakcji nie miał zamiaru skorygować, dopełnić, stworzyć coś na wzór tego, co robił Stiller. W takim wypadku musimy działać na własną rękę, a żadne zwroty, miejsca i ich historia nie będą nam przybliżone. Idziemy z czasem - I will use Google before asking dumb questions...

A teraz autentyczna opowieść o tym, jak tłumacz, po cichaczu zrobiwszy z Fleminga debila, został złapany i publicznie zbesztany, przez sukinlisa spisana.

Styczeń 2011, dom mojej ukochanej. Ona pochrapuje, a ja oddaję się lekturze niepotrzebnemu światu "Człowieka ze Złotym Pistoletem". Gdy akcja zaczyna być w końcu wciągająca, natrafiam na tajemniczą stronę 92. Z rozdziawioną paszczęką studiuję od początku linijki do końca, razy kilka, i nie wierzę własnym oczom. Analizuję w myślach, rachuję wszystkie tomy Jamesa Bonda i przypisuję, zarówno postaci, jak i wydarzenia do konkretnych tytułów. Ciężko idzie coś. A co widzę na stronie 92? Takie oto zdanie:

"Choć Leiter miał stalowy hak zamiast prawej dłoni (pamiątka po pewnych diamentach), był jednym z najlepszych leworęcznych strzelców w USA, a hak jako taki stanowił w jego przypadku bardzo groźną broń na krótkie dystanse."

Nieźle! Flemingowi mocna przygrzało przed śmiercią w kopułę. Czasami zdarza się, że autor zapomina niektórych rzeczy wyjaśnić, czasem sam się gubi w swojej historii. Raymond Chandler zapomniał o jednym morderstwie w "Głębokim śnie", czego i większość normalnych czytelników nie zauważyło. Przyłapany na tym Chandler sam był zaskoczony, że coś takiego mu umknęło. Pratchett też mówił, że ma kłopoty z zapamiętaniem postaci, które tworzy. Chociaż u niego rozwinęło się to bardziej i dostał oficjalne zaproszenie do Alzheimera. A co u Fleminga? Wprowadził postać Felixa Leitera, który rzeczywiście miał hak i brał udział w akcji, gdzie chodziło o diamenty. Problem polega na tym, że te dwie informacje mają ze sobą tyle wspólnego, co Abbott i Laurel (Flip), albo Hardy (Flap) i Costello. Leiter stracił dłoń w "Żyj i pozwól umrzeć", drugim tomie o 007. Nie było tam diamentów, ale monety. Niech będzie, że skarb. Diamenty pojawiły się w czwartym tomie, w "Diamenty są wieczne", gdzie Leiter miał już w tym momencie hak (pamiątka po pewnym rekinie). W takim wypadku Fleming strzelił niezłą gafę. Ale cóż zdarza się. Zakładam jednak stronę 92 paragonem wydanym 5 stycznia 2011 roku za bilet ulgowy. Zaś w domu otwieram moją angielską kopię "The Man with the Golden Gun" z 1965 roku i szukam odpowiednika 92 strony. Niech mnie kobyłka u płotu!

'Although Leiter had only a steel hook instead of a right arm - a memento of one of those assignments - he was one of the finest left-handed one-armed shots in the States and the hook itself could be a devastating weapon at close quarters.'

Skąd te those? Ponieważ kilka zdań wcześniej było napisane o Bondzie: 'He had worked with Leiter on some of his most hazardous assignments.'.

Jak 'assignments' zmieniło się na "diamenty" do licha ciężkiego?! Przecież w tym momencie można było wszystko wstawić, a z angielskiego wyrazu można było nawet ułożyć, jakiś pieprzny tekścik. Występuje przecież tam ukryte słowo 'ass'. Ale dobra, niech będzie. Tłumacz chciał pokazać, że wie o czym pisze, temat ma obcykany, prawda? Prawda?!

A gówno! Już wcześniej udowodniłem, że żadnych diamentów z hakiem nie ma. Jak by wyglądała moja recenzja, gdybym nie sprawdził oryginału? "Widać pewne stetryczenie umysłowe Fleminga, ale cóż się dziwić, był stary i umierający. Każdy z nas może zapomnieć o pochodzeniu haka naszego własnego Felixa Leitera".

Można nie mieć szacunku do klientów, do własnej roboty. Ale trzeba walczyć o szacunek do samego siebie. Jeśli nie sprawdzi się sto razy informacji, której nie jest się do końca pewnym - trzeba się liczyć z tym, że wykrzyczy swój sprzeciw, jakiś wypierdek mamuta, który sprawdzi oryginał i wytknie błędy. Tego tłumacza wyszła jeszcze "Ośmiorniczka". Na czyjeś nieszczęście i tego również mam oryginał!

A wracając do Fleminga i do jego dzieła. Książka nie jest zła. Całkiem ciekawa, ale zarazem bardzo niepotrzebna. Ta powieść zinfantylizowała całą serię. Coś co można było zakończyć w "Żyje się tylko dwa razy", nie skończyło się w "Człowieku ze Złotym Pistoletem". Trzeba było może napisać nieco dłuższe, krótkie opowiadanie, które nie miałoby początku nawiązującego do końca wcześniejszego tomu. A tutaj, Bond odnalazł to, czego pragnął się dowiedzieć. A to coś, na samym końcu, okazało się... miałkie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...