piątek, 30 grudnia 2011

Jaroslav Hašek - Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej. Tom 1 i 2


















Data ukończenia: 24 grudnia 2011

Data utworzenia recenzji: 30 grudnia 2011

Recenzja:

Jedną z moich zabaw w dzieciństwie było oglądanie obrazków w książkach. Potrafiłem popatrzeć na okładkę, a potem biegać i wydawać dźwięki sugerujące strzelanie, "pyfanie" i inne onomatopeje. Okładka recenzowanej książki posiadała kilka walorów, które sprawiało mi szczególną przyjemność. Kukiełkowy bohater, bardzo podobny do uwielbianych przeze mnie "Sąsiadów", a także takie wyrazy, jak "wojna" i "wojak". Ale się wtedy "napyfałem"...

Po wielu latach postanowiłem zmusić się do przeczytania. Powodów wielkich nie było. Znam postać z opowieści, ale nawet filmu obejrzeć nie miałem możliwości. Wyczytałem w "1001 książek, które musisz przeczytać", że warto - no to wziąłem pod uwagę. Ale dopiero, jak pojawiła się postać Szwejka w "Ostatnim rozdziale, czyli Paragrafie 22 bis", stwierdziłem, że najwyższy czas zebrać się do roboty i zobaczyć z kim ma się do czynienia. Wojak w książce Hellera był marudny i nieszczęśliwy. Ci, co czytali powieść Jaroslava Haška wiedzą, że to przeciwieństwo głównego bohatera. Może to był efekt przemęczenia już wojnami, albo pewien "żart" Hellera, które pojawiały się w książce, niczym niepotrzebna trzecia skarpeta w opakowaniu.

Miałem wiele wątpliwości, czy Szwejk jest idiotą, czy jest to jego sposób na życie. Z jednej strony robi tak kuriozalne rzeczy, że niemożliwością jest zrobienie tego, nie będąc totalnym młotem. Z drugiej, kwestie, które wygłasza swoim znajomym, sugerują, że zna receptę na przeżycie w austro-węgierskiej armii. Namawia ich, by udawali idiotów, to mniej surowa kara ich dosięgnie. Bo, jak żyć normalnie, gdzie za stwierdzenie, że "muchy srają na obraz najjaśniejszego pana" robi się tak wiele problemów.

Ciekawą cechą Szwejka jest zdolność do opowiadania. W jakimkolwiek kierunku nie toczyłaby się rozmowa, potrafi znaleźć historię, która będzie do niej pasować. W większości wypadków tylko niewielkim elementem, co doprowadza do furii współrozmówców.

Pierwszy tom, to usługiwanie kapelanowi wojskowemu, bardzo kontrowersyjnemu, który jest przechrzczonym Żydem i w Boga nie wierzy. Szybko się czyta, bo i wiele humoru jest. Widać, że obaj pasują do siebie. Pijanica i służący mu idiota.

Drugi, to tułaczka Szwejka, w poszukiwaniu swego pana - porucznika Lukasza. Jeden szuka, drugi przed nim ucieka. Problem tego tomu jest taki, że za dużo jest scen podróży, które nużą. Zanim Szwejk odnajdzie swego porucznika, zdążę się już kilka razy wynudzić. Ale tylko, gdy pojawia się trio: Szwejk, Lukasz i Baloun zaczyna być znowu śmiesznie i ciekawie. 

I w tym momencie, kiedy najbardziej mnie bawiła książka - skończyła się. Przede mną jeszcze trzeci i czwarty tom, ale oceniam w tym momencie to, co trzymałem w ręku. Nie jest to może arcydzieło, ale czyta się dobrze. Chwila przerwy i do następnego.

piątek, 23 grudnia 2011

Terry Pratchett - Potworny regiment















Data ukończenia: 23 listopada 2008

Data utworzenia recenzji: 23 listopada 2008

Recenzja:

Już dawno nie czytałem jego książek. Prawdopodobnie za dużo go było u mnie w ciągu kilku ostatnich lat. Zmusiłem się jednak do przeczytania tej części i jestem sympatycznie zaskoczony. Co prawda humor nie jest jakiś prześmieszny, ale daje radę, w stosunku do innych tomów ze Świata Dysku. Jedna z lepszych książek, stawiam obok "Pomniejsze bóstwa" i cyklu o Straży Miejskiej. Co do wulgaryzmów (czytałem dużo słów krytyki), są na miejscu i niczego im nie brakuje. To książka o wojsku, więc brak tego elementu szkodziłby tylko sprawie.

Swoją drogą, na tyle mi się spodobała, że może odświeżę sobie cykl.


Opinia po trzech latach:

Uwielbiałem tego faceta! Pratchett dał mi wspaniałe "Pomniejsze bóstwa", "Straż! Straż!" i inne części o Straży Miejskiej. Byłem skłonny przeczytać wszystkie książki, ale czar prysł, gdzieś w połowie drogi. Zaczęło się od "Morta" i wszystkie tomy ze Śmiercią w roli głównej doprowadzały mnie do skrajnej nudy. Wraz z tym zacząłem zauważać, gdzie są rozmieszczone dowcipy, ale jedyne na co mnie było stać to lekki uśmieszek, ni to drwina, ni sympatia. Aż po jakimś czasie powiedziałem dość i dobrych kilka lat musiało minąć, żebym zmusił się do sięgnięcia po następny tytuł. Trafiło na "Potworny regiment", a tom wybrałem ze względu na tęsknotę za mundurem.

I tak, rzeczywiście jedna z lepszych książek Pratchetta, jaką czytałem. Ale przewidywalna, przez co nieśmieszna. Może i za pierwszym razem, rzeczywiście było lekkie zdziwienie, gdy pierwsza postać okazała się kobietą, ale każdy kolejny "coming out" był tylko próbą ożywienia niemrawej fabuły, która się wlekła i wlekła. Dlaczego uważam, że to lepsza książka? Bo z tego co pamiętam, nie było jeszcze stworzonego takiego klimatu w Świecie Dysku. Pomysł ciekawy, realizacja mierna. Niczym fatalnie pozszywany Igor.

sobota, 3 grudnia 2011

Connie Willis - Zaćmienie















Data ukończenia: 5 lipca 2009

Data utworzenia recenzji: 5 lipca 2009 i 4 września 2009

Recenzja #1 (5 lipca 2009):

Pierwsza kobieta zajmująca się sf, którą w ogóle kojarzę. Sam z tego typu książek lubię jedynie serię o Diunie, a cała reszta jest przeważnie infantylnymi opowiastkami. To co dziś przeczytałem to zbiór opowiadań jednego z najlepszych pisarzy sf, z jakimi miałem przyjemność się zetknąć. Jeśli dorzucimy do tego wojnę płci, to mężczyżni z tą panią przegrywają. Porusza dzisiejsze problemy, tylko w innym czasie. Nie bawi się w pokazywanie laserorubinów, filtrfraków i innych kosmicznych pierdół.

Na 11 opowiadań, tylko jedno było dla mnie nie do przyjęcia, tytułowe "Zaćmienie", którego albo nie zrozumiałem, albo jest pokrętne. To bardzo dobry wynik w porównaniu z innymi zbiorami, z którymi musiałem się męczyć. Chociaż czuję, że każde z nich bardzo szybko wyleci mi z głowy. Nie jest to książka, którą trzeba przeczytać, ale w wolnym czasie, z braku laku...


Recenzja #2 (4 września 2009):
           
Książki, które w ciągu ostatnich kilku miesięcy czytałem, można by było w większości wypadków nazwać tomiskami. Podróże komunikacją miejską lub przesiadywanie na wykładach z "Grą Anioła" raczej nie wchodziło w grę. Musiałem sobie wybrać w takim wypadku książkę bardziej poręczną. W praktyce to wygląda tak, że mam jedną główną powieść, a druga książka jest czytana bardzo marudnie i tylko wtedy, gdy nie mam możliwości czytać pierwszej.

Moja mama zaproponowała mi przeczytanie książki pt. „Przewodnik stada” Connie Willis. Rzadko kiedy mam do czynienia z science-fiction, nie miałem wiele okazji do zapoznania się z takimi książkami, ale za perłę zawsze będę uważał „Diunę” Herberta. Jeszcze rzadziej zdarza mi się spotkać kobietę, autorkę, piszącą prawdziwą fantastykę naukową. Nie wybrałem jednak „Przewodnika stada”, a wziąłem zbiór opowiadań – „Zaćmienie”. Stwierdziłem, że opowiadania bardziej będą pasować do moich celów, czyli książki do podróży.
            
Wytyczna została zrealizowana i mogę teraz spokojnie zrecenzować zbiór dzieł Connie Willis. Jest to o tyle prostsze, że nie jest to książka tak mocno wychodząca poza ludzkie zrozumienie, jak na przykład „Progi tolerancji” Bronisława Kijowskiego – mojej największej zmory science-fiction. 

„Zaćmienie” składa się z jedenastu historii, które są łatwo strawne. Nie ma tutaj co prawda walk kosmicznych, laserorubinów, filtrfraków i innych wymyślnych, pseudonaukowych definicji, które mogą wygładzić nam mózg. Autorka skupiła się raczej na opisywaniu dzisiejszych problemów w nieco innej scenerii, lekko ulepszonej technicznie. Oto krótkie recenzje opowiadań:

Praktyka dyplomowaotwierające opowiadanie jest rozpisane na kilka dni, dokładnie wiemy, w którym dniu dzieje się akcja. Pewien student w ramach praktyki dyplomowej zostaje wysłany w rok 1940 do Katedry Świętego Pawła. Okres II Wojny Światowej, czyli ciągłe bombardowania, zmusza praktykanta i ówczesnych lokatorów katedry do bezustannej walki o życie nie tylko swoje, ale i katedry. Całkiem ciekawa historia, jednak rozmach, z jakim zostało to napisane, prowokuje do oczekiwania jakiegoś bardzo ciekawego zakończenia. Tymczasem koniec (a raczej ostatni akapit) psuje lekko całość.

Pogrzeb – Elliot przychodzi na swój własny pogrzeb, gdy Anna go zauważa zaczyna na wszelkie sposoby ukrywać ten fakt przed wszystkimi. Jednak sprawa okazuje się „pokręcniejsza” niż na początku się wydawało. Ogólnie całkiem ciekawe, niestety koniec podsuwa tyle różnych interpretacji, że nie wiem, które słowa brać na poważnie, a które nie. Lubię tego typu chwyty, ale w tym opowiadaniu, jakoś to nie przeszło.

Znalezisko – kolejne kościelne opowiadanie. Tym razem każdy pracownik kościoła podejrzewa innych o szpiegowanie. I chyba tylko tyle można zdradzić. Krótkie i dużo się dzieje. Dużym minusem jest właśnie wielkość historii, czuć po prostu, że to powinna być część czegoś większego, a nie takie małe coś.

Wszystkie moje ukochane córki – chyba najmocniejsza część książki. Mocno wulgarne, poruszające tematy seksu i perwersji (pedofilia, zoofilia). Dziewczyny w internacie zauważają, że chłopaczyska (trudno mi nazwać płeć męską w wieku smarkaterii, chłopcy to trochę upadlające, za to mężczyźni - zbyt dostojne) nie są zainteresowane seksem. Nad wszystkimi czuwa Ojciec, niczym Wielki Brat. Jedno z lepszych opowiadań, jeśli nie najlepsze. Absolutnie nic do zarzucenia.

Ojciec panny młodej – próba walki z happy endem w bajkach i baśniach. Autorka stwarza baśniowy świat, gdzie księżniczka jednak nie zacięła się wrzecionem. Raczej tylko ciekawostka.

Zaćmienie – tytułowe opowiadanie i najsłabsza część zbioru. Cała fabuła poświęcona jest, o dziwo, zaćmieniu. Wszyscy chcą je zobaczyć, jednak warunki atmosferyczne budzą wątpliwości. Główna bohaterka zauważa dziwne zbiegi okoliczności i dochodzi do pewnych wniosków. No tak, wszystko teoretycznie jest dane, jak na tacy, jednak i tak nie wiadomo skąd te wnioski, dlaczego tak się stało i czy warto było o czymś takim pisać. Na koniec niczym w starych filmach (i w większości filmów fantastyczno-nad-wyraz-naukowych) wszyscy wiedzą, o co chodzi i puszczają do siebie oczko. Może gdyby autorka wpisała mnie do tego świata, wiedziałbym, o co tyle krzyku do cholery! Bo całość zrozumiałem, a jednak ostatnia scena sugeruje, że w tym było coś więcej. Przekartkowałem opowiadanie i stwierdziłem, że się nie mylę. Może gdybym przeczytał jeszcze raz wyciągnąłbym esencję, tak dobrze zakamuflowaną, niczym owsiki. Do tego czasu jednak uznaję, że coś nie wypaliło.

Sydon w Lustrzaku – tutaj zaszło jakieś nieporozumienie. Wprowadzanie nowych nazw powinno być trochę bardziej zrozumiałe dla czytelnika. Lustrzak to osoba kopiująca zwykłych ludzi, Sydon to potwór zamieszkujący planetę górniczą Solfatar. Sydon to również potocznie nazywane odwierty przez górników. Gdy dochodzi do rozmów, wspomnień, rozmyślań można się pogubić, o czym w tym momencie czytamy. Problemem jest fakt, że zostało to zrobione na krótkie opowiadanie, a nie na jakiś większy projekt. Ma w sobie jakiś kryminalny klimat, niestety zagmatwanie mocno psuje ten obraz. Myliłem się z początku, to jedyna część zbioru, gdzie mamy do czynienia z różnymi kosmicznymi przedmiotami. Historia dotyczy Lustrzaka, który przylatuje na Solfatar do czegoś, co nazwałbym górniczym burdelem, tutaj przyjęło nazwę „klasztoru”. Wszyscy wiedzą, kim jest i obawiają się jego reakcji, jednak ten siada przy pianinie i wybrzdękuje ładne kawałki. Zaczyna poznawać historię „zakonnic” w „klasztorze” i zauważa, że nie jest jedyną osobą, która może być niebezpieczna. Ciekawe, jednak już pomijając Sydony, koniec po raz kolejny mi się nie spodobał. Pewne rzeczy, które wyszły na jaw, spowodowały, że dla świętego spokoju w myślach powiedziałem do siebie: „Achaaaaaa!”.

Daisy w słońcu – jednak zmieniam zdanie. To właśnie te opowiadanie jest najmocniejsze. Poznajemy Daisy, której mieszają się różne wspomnienia ze swego życia. Potrafi rozmawiać z własną matką na tematy dojrzewania, by przejść w mgnieniu oka o kilka lat w tył, do swojego brata i wypytywać go o książkę, którą czyta. Wszystkie sceny dzieją się pod grozą wypalającego się słońca. Może nie klimat, ale spójność opowiadania najbardziej zachwyca. Tutaj nic nie trzeba dopowiadać, wnioski same wychodzą na wierzch, nie ma żadnych oczek, tylko trzymająca w napięciu historia.

Klon na zamówienie – komedia poruszająca temat klonowania. Czy jeśli zapuka do nas o kilkanaście lat młodsza osoba i oznajmi, że jest naszym klonem, to czy pozwolimy mu spać z naszą żoną? Czy może będziemy mieli jednak jakieś wątpliwości? Bardzo ciekawa i miła w czytaniu opowiastka.

Samaryt… - autorka zastanawia się nad kwestią Jakuba i Ezawa z Biblii. Skoro jesteśmy potomkami Jakuba, to kto jest potomkiem owłosionego Ezawa? „Samaryt…” opowiada o małpie, która pracując, jako pomoc, w klasztorze, zaczyna nawiązywać z ludźmi kontakt i daje znać, że tak samo jak chrześcijanie, kocha Boga. Czy można dać chrzest małpie? Bardzo ciekawa historia, pomimo tematyki, trzymająca w napięciu.

Niebieski księżyc – Niebieski księżyc oznacza niesamowity zbieg okoliczności. Ostatnie opowiadanie w tym zbiorze jest właśnie poświęcone takim przypadkom. Poznajemy wielu bohaterów, którzy tylko z początku nie mają ze sobą nic wspólnego. Niczym w filmie „Magnolia” pokazywane są nam różne sceny z życia, które zachodzą na siebie i odkrywają nowe karty. Jedyny minus to bardzo dużo postaci i nazwisk, które powodują, że można przeoczyć, kto z kim rozmawia, zwłaszcza, gdy nie są to pierwszoplanowi bohaterowie. Mimo wszystko, bardzo dobre zakończenie zbioru opowiadań.
            
Podsumowując, nie jest to taka książka, którą bym rozpamiętywał latami. Pomimo kilku słabych opowiadań, jest czego szukać w tym zbiorze, aż cztery z jedenastu to kawał dobrej zabawy. Pozostałe potrafiły zanudzić. Jedno jest pewne, jako nieorientujący się za bardzo w fantastyce naukowej czytelnik, mogę stwierdzić, że Connie Willis w niepisanej wojnie płci wypada znacznie lepiej niż jej męscy odpowiednicy. Daleko jej jednak do Stanisława Lema i jego przemyśleń. Tak, jak na początku napisałem, potrzebowałem zbioru opowiadań do zajęcia się w środkach komunikacji. Misja została wykonana, miłośnikom science-fiction mogę polecić bez wyrzutów sumienia, a pozostałym osobom, no cóż, warto się otworzyć na nowe horyzonty i spróbować fantastyki w wykonaniu Connie Willis. Ja spróbowałem i nie żałuję. I po cichu zbieram czas na „Przewodnika stada”, który ma być ponoć znacznie ciekawszy.


Opinia po dwóch latach:

Myślę, że wszystko zostało tutaj powiedziane. Po tych dwóch latach z niedowierzaniem czytam swoje recenzje, bo nieszczególnie pamiętam zawartość książki. Ale z tego co pamiętam, "Daisy w słońcu" to szczerze, jedno z najlepszych opowiadań, jakie czytałem.

niedziela, 6 listopada 2011

Joanne K. Rowling - Harry Potter i więzień Azkabanu
















Data ukończenia: 1 listopada 2011

Data utworzenia recenzji: 6 listopada 2011

Recenzja:

Gdy rozmawiam o całej serii, zawsze w myślach widzę tę okładkę. Gadka do "trzech razy sztuka" to często nie przestroga, ale fakt. Trzecie tomy przeważnie określają, czy warto brnąć dalej w historii, czego najlepszym przykładem jest Fleming i jego "Moonraker".

Znam wielu ludzi, którzy zaczęli Pottera i zakończyli swoją udrękę na pierwszym/drugim tomie. Nie znam ani jednej, która po "Więźniu Azkabanu" nie chciałaby więcej. Za pierwszym razem, dziesięć lat temu, pierwsze trzy części czytałem jedna po drugiej. I po niezbyt fajnej, jak na tamte czasy, "Komacie Tajemnic" "Więzień..." był czymś wspaniałym!

Po tylu latach zastanawiałem się, czy coś jeszcze zostanie z tej magii. Nie ukrywam, że i mnie właśnie przeczytanie trzeciego tomu przybiło do całej serii. Podejrzewałem, że ta gęsta atmosfera, gdzie głównymi antagonistami są z jednej strony dementorzy, a z drugiej morderca Syriusz Black, po takim czasie, może się ulotnić. Być może na takim dzieciaku mogło robić to wrażenie, ale da radę dzisiaj?

Początek marudnie mi się zaczynało, ale to tylko z tego powodu, że zawsze najsłabszym fragmentem Potter'ów jest dla mnie czas przed Hogwartem. Ale od momentu spotkania się z Ronem i Hermioną praktycznie czyta się do końca. Na jednym wdechu. Nie było to dla mnie już odkrywcze, główny wątek jest  "nowy" za pierwszym razem, jak w większości książek niestety... Fabułę kojarzę przez ciągłe powtórki filmów. Jednak czytałem książkę, by bawić się pedantycznością Rowling, która świetnie skonstruowała ten tom, nawet w podróżach w czasie nie mogłem się dopatrzeć jakiejś niekonsekwencji. Jest wspaniała!

I to nie tylko autorka, ale i książka. Jak pierwszy raz czytałem wszystkie sześć tomów, uważałem "Więźnia Azkabanu" za najlepszą część przygód Potter'a. Gdy po dziesięciu latach zacząłem od początku, nadal uważam, że jest to najlepsza książka serii.

niedziela, 30 października 2011

Stephen King - Mroczna Wieża V: Wilki z Calla
















Data ukończenia:  5 sierpnia 2007

Data utworzenia recenzji: 5 sierpnia 2007

Recenzja:

Wzorowana na filmach Kurosawy i Leone, czyli ratowanie miasteczek z rąk bestialskich Wilków. Pod sam koniec okazuje się, że dużo krzyku o nic, bo scena walki to kilka kartek. Ta część nie miała być chyba o potyczce, a raczej wyjaśniać "zbiegi okoliczności" zachodzące w serii. I szczerze, jestem usatysfakcjonowany, bo po tej części stwierdzam, że zakończenie może wgnieść w fotel. Nie trzymała mnie ta książka, tak jak czwarta część, ale i tak jest jedną z fajniejszych. 

A teraz trochę spoilerów. Bardzo podobało mi się wtrącenie tutaj wątku Kinga i Callahana. "Miasteczka Salem" nie czytałem, więc nie wiem na ile straciłem z przyjemności wtapiania się w historię księdza. Fajnym pomysłem było wrzucenie naszych ikon popkultury: jak pierwszy raz został opisany znicz, od razu wyobraziłem sobie Harrego Pottera, ale nie sądziłem, że King zdecyduje się na ten krok. Fajnie puszczone oczko. Tak samo z Andym. Jak opisano jego posturę, zacząłem wyobrażać sobie bardzo wychudzonego Dr. Dooma, połączonego z tym robotem z przygodówki - "Syberia". I może on tak konkretnie nie wyglądał, za to były w książce postacie wyglądające, jak ten charakter z komiksu. I co do dwóch zdrajców w książce: jednego domyślałem się od samego początku i nie wiem, czy to niewypał fabularny Kinga, czy może też tego specjalnie nie ukrywał...


Opinia po czterech latach:

Przypomina mi się pewna historia. Jadę pociągiem razem z bratem do Warszawy. Z braku laku wtapiamy się w swoje lektury. Po jakimś czasie zostałem wyśmiany, ponieważ po kilku akapitach stwierdziłem, że bardziej interesuje mnie to, co dzieje się za oknem. Za każdym razem, kiedy przyłapałem się, że nie czytam, musiałem zmusić się do kolejnego akapitu. I tak w kółko.

Patrząc na swoje stare opinie widzę, że bardzo ciężko było mi przyznać przed samym sobą, że książki, które na okładce świecą sławnymi nazwiskami (jak King) zwyczajnie mnie nudzą. Ten tom ma kilka felerów. Więc po latach naprawiam swoje zaniedbanie.

Jest rozciągnięta. Ciekawa historia jest tak mocno wydłużona, że tylko "Ziemie jałowe" przebijają wiejącą nudą. Niby są wątki trzymające w napięciu, ale zanim doczekałem się finałowej konfrontacji, brało mnie już lekkie rozdrażnienie tym tomem. Zresztą sama walka, po tylu stronach czekania, zajmuje dosłownie kilka stron.

I żeby jeszcze trochę się ponakręcać (choć trzeba to zweryfikować!), czyż nie chodziło o to, by wyszkolić całą osadę przed atakiem najeźdźców? Odniosłem wrażenie, że po prawie siedmiuset stronach, ta wyszkolona ekipa nie zrobiła dosłownie nic. Można to było powierzyć po prostu głównym bohaterom (o darowaniu sobie całego wątku osady już nawet nie będę mówił). Po ostatnich stronach stwierdziłem, że pomysł był ciekawy, ale taka zagrywka z nabijaniem stron nie przystoi poważanemu autorowi, jakim jest King. Książka byłaby dobra, gdyby skrócono ją o kilkaset stron, moim zdaniem zupełnie niepotrzebnych.

niedziela, 16 października 2011

Joseph Heller - Ostatni rozdział, czyli Paragraf 22 bis














Data ukończenia: 14 października 2011

Data utworzenia recenzji: 16 października 2011

Recenzja:

Nigdy nie podejrzewałem, że będę czytał tak słaby sequel uwielbianej przeze mnie książki. Pewnie większość czytelników stwierdzi, że skoro oryginał posiada nazwę: Closing Time, to polska wersja z dodanym "Paragraf 22" do tytułu, to jedynie wątpliwej jakości chwyt marketingowy. Otóż nie! To jest prawdziwa kontynuacja przygód Yossariana, Mila, kapelana i kilku innych postaci z pierwowzoru.

Jeszcze przed zabawą z książką sprawdziłem opinie. Nie były one pochlebne, wytykające mniej więcej to samo, co i ja wytykałem w swoich recenzjach pozostałych powieści Hellera. Facet napisał tylko jedną książkę! W trakcie czytania miałem ambiwalentne uczucia, bo z jednej strony dziwiłem się, dlaczego wszyscy uważają ten tytuł za słaby, czytałem gorsze. Z drugiej strony, o w mordę! Jak można było stworzyć tak słabą powieść. Wychodzi na to, że nie jest to potworek, napisany przez bardzo słabego autora, pokroju: "Alchemika", czy recenzowanej niedawno "Szkoły piękności w Kabulu". "Ostatni rozdział" to jest najzwyczajniej w świecie słaba książka napisana przez faceta, który potrafi składać zdania i ma pomysły na treść. Co jest chyba najsmutniejsze.

No i co można było wsadzić do kontynuacji "Paragrafu 22"? Dużo, nawet za dużo. Yossarian ma 70 lat, pracuje dla Milo, angażuje się w organizowanie wesela na dworcu autobusowym na trzy i pół tysiąca osób (najbliżsi znajomi). Milo i Wintergreen tworzą niewidzialny bombowiec, którego nikt nie widzi i w gruncie rzeczy, nie wiadomo, czy w ogóle istnieje. Kapelan sika ciężką wodą i pierdzi trytem, na co nie ma koncesji.

Pojawiają się też nowe postacie. Sammy to ten, który na przemian wybudzał się i tracił przytomność tego feralnego dnia w samolocie, kiedy Snowden pokazał światu swoją najskrytszą tajemnicę. Lew Rabinowitz służył w piechocie. Claire to jego żona. Michael to syn Yossariana, a M2 - Mila. Wszystkie te stare, jak i nowe postacie to jeszcze nic. Znajdziemy tutaj również: Szwejka, doktora Strangelove, Kurta Vonneguta, a także samego Hellera.

Fabułę ciężko streścić, bo każda z wymienionych postaci ma swoją historię do opowiedzenia, a czytelnik ma nadzieję, że do ostatniego rozdziału wszystko się to zawiąże/rozwiąże. Nic z tego. Książka jest zbudowana, jakby to był film: "Doktor Strangelove, lub jak przestałem się martwić i pokochałem bombę". Pod koniec wydaje się, że ktoś zapomniał dokręcić/napisać końcówki.

Ale skoro to kontynuacja "Paragrafu 22", to nawet słabą książkę, może poratować dobry humor. I tutaj jest problem, ponieważ Heller dodaje odrobinę świeżego dowcipu (który ze świeżością ma tyle wspólnego, że Heller jeszcze tych popularnych w każdym domu, nie włożył do swoich książek) przyprawionym dowcipem z "Paragafu 22". Dosłownie!  To są te same dowcipy. Nie czepiałbym się, gdyby to były tylko te anegdoty, ale Heller dopisał "komentarz". Zaczął tłumaczyć dowcipy, które nigdy nie powinny być wyjaśniane. Cała magia poprzedniej części polegała na niedopowiedzeniu. Tutaj humor został zepsuty i to nie przez tłumacza, czy faceta z ulicy, który dostał do zrobienia drugą część arcydzieła. To zrobił Heller!

W książce "Portret artysty" (której nie czytałem) Heller tworzy postać autora, który próbuje napisać powieść tak spektakularną, jak wcześniejsze jego dzieła. Oczywistym jest, że pisze o sobie samym. Dlaczego się nie udało zrobić kolejnego arcydzieła? Jeśli odstawimy "Paragraf 22" na bok i popatrzymy co jeszcze ten autor opisywał w swoich książkach to wyjdzie nam, że ulubione tematy to: Żydzi, relacja Żydzi - goje, polityka i przekręty, problemy głównego bohatera z rodziną, multum kochanek, biznes, pieniądze, kontakty (brzmi to, jak: "apatia, chciwość, korupcja..." - kto wie, ten wie). Rozumiem, gdyby to była seria książek. Ale nie, to są oddzielne powieści, które teoretycznie nie wchodzą na siebie, a są niemal identyczne klimatem, humorem i sytuacją.

Kiedyś mówiłem, że nieszczęściem Hellera było to, że jego debiut okazał się mistrzowski, a później nie mógł napisać nic wspanialszego. Dziś napiszę to samo, tylko inaczej. Joseph Heller to autor jednej książki, góra dwóch, jeśli doliczyć "Bóg wie".

środa, 12 października 2011

Garth Nix - Lirael. Córka Clayrów


















Data ukończenia: około 30 września 2006

Data utworzenia recenzji: 30 września 2006

Recenzja:

"Sabriel" miała być ponoć zamkniętą całością, ale tak się spodobała powieść czytelnikom, że autor został "zmuszony" do napisania kontynuacji. Historia "Lirael" dzieje się 14 lat po pierwszym tomie i rozłożona jest na dwie osoby: Lirael - córkę Clayrów, która nie potrafi obudzić w sobie zdolności Widzenia (przyszłości) i Księcia Sameth'a - żeby nie zdradzać fabuły, to po prostu księcia. Osobiście wolałem Lirael, bo była nieco mniej niedołężna.

Plusem jest stworzenie konkurencji dla Moggeta - Podłego Psiska, dwa razy więcej humoru niż w pierwszym tomie. Książka jest obszerniejsza, więc autor pozwolił sobie na wytłumaczenie niektórych rzeczy z magii, które, według mnie, mogły być nieco niezrozumiałe w "Sabriel". Wiele osób uważa "Lirael" za najsłabsze ogniwo trylogii o Starym Królestwie, ja stawiam ją nieco wyżej od pierwszego tomu. W pogotowiu już trzymam trzecią część: "Abhorsen".


Opinia po pięciu latach:

Problem identyczny, jak przy "Sabriel". Nie pamiętam zupełnie jakichś ważniejszych punktów w fabule. Pamiętam jedynie, jak musiałem się zmuszać do uczestniczenia w tej podróży. Jest to o tyle dziwne, że seria Nix'a "Klucze do Królestwa" dałbym radę w kilku zdaniach opowiedzieć. Tej serii nijak.

Śmieszne jest również to, że dopiero w tej części zostały wyjaśnione pewne nazwy, które przez cały pierwszy tom pojawiały się tak często, niczym wulgaryzmy. Moim zdaniem, jasno dowodzi to, jak ciężko było wejść w klimat sagi od pierwszej części. Sam pomysł miał potencjał, ale jest tak niemrawy i często nudny, że seria tylko bardzo ładnie wygląda na półce.

wtorek, 4 października 2011

Eric-Emmanuel Schmitt - Odette i inne historie miłosne
















Data ukończenia: około 13 lipca 2010

Data utworzenia recenzji: 13 lipca 2010

Recenzja:

Ostatnio stwierdziłem, że powinienem raz na jakiś czas otworzyć się na książki, które innym sie podobały, a których nawet ze względu na tytuł, nigdy bym nie wziął do ręki. W taki sposób otrzymałem ten zbiór opowiadań, w zamian za "Paragraf 22". Z tego co pamiętam, koleżanka stwierdziła, że "Odette" to ciekawa książka, której nie miała czasu do końca przeczytać. 

Autora zupełnie nie rozpoznałem, po głębszej analizie przypomniałem sobie, że jest to ta sama osoba, która stworzyła uwielbianą przez wszystkich "Oskara i panią Różę". Z o wiele większą przyjemnością zacząłem czytać, bo samo "miłosne" w tytule powodowało raczej odpychanie, niż przyciąganie. 

Jest to osiem historii, niekoniecznie miłosnych, ale dotyczących ludzkich problemów. To takie historie, lekko przypominające to, co poruszał Coelho (a raczej chciał poruszyć). Tutaj jednak brak jest tego mistycyzmu, co uznaję za plus. Czyste emocje, nietłumaczone paznokciem Boga, czy innymi ustawieniami księżyca. Każda opowieść to inna kobieta i jej problemy. Zdrada męża, choroba, problemy psychiczne i inne. 

Największym problemem jest to, że nie można nawet w najmniejszym stopniu zdradzać fabuły, bo są na tyle krótkie, że można popsuć przyjemność z odkrywania tych postaci. 

Najsłabszą historią, ale wciąż bardzo dobrą, jest tytułowa "Odette". Powstała na podstawie filmu, który Schmitt reżyserował. Cały zbiór powstał wtedy, gdy musiał podpisać umowę, że nie będzie nic pisał podczas produkcji filmu. Efektem jest właśnie to. 

Jest to najlepsza książka, którą można zakupić, jako prezent. Najlepiej dziewczynie, żonie. Po czym w nocy, nieafiszując się, zakraść się do szafki i przeczytać przed snem jedną historię.


Opinia po roku:

Przyłapałem się na tym, że za każdym razem, kiedy "zmuszony" jestem w uczestniczeniu w urodzinach/imieninach moich znajomych płci żeńskiej, ta książka to pierwszy pomysł na prezent. Inna sprawa, że nigdy nie spełniłem swojego postanowienia. Nie, żeby to była niesamowicie rewelacyjna książka. Jest lekka i przyjemnie się ją czyta, a historie w niej zawarte są wciągające. Jak sprawdzam raz na jakiś czas, co chciałbym sobie następnego przeczytać, zawsze gdzieś tam głęboko jest myśl, by sięgnąć po następny tytuł Schmitt'a. A niewielu autorów potrafi tak zainteresować.

wtorek, 27 września 2011

Joanne K. Rowling - Harry Potter i Komnata Tajemnic
















Data ukończenia: 20 września 2011

Data utworzenia recenzji: 27 września 2011

Recenzja:

Lata temu, gdy zakończyłem pierwszy tom Harry'ego Pottera, miałem możliwość sięgnięcia od razu po następny. Nie dałem serii nawet chwili wytchnienia i zabrałem się za rozwiązywanie zagadki dotyczącej Komnaty Tajemnic. Skończyło się na tym, że nie byłem zadowolony z tej części i poważnie się zastanawiałem, czy dalej mam grzęznąć w serii.

Tym razem podchodziłem bardzo sceptycznie do tej części, bo przypomina mi o tym, że ze wszystkich sześciu tomów, które czytałem, jest to najsłabsze dzieło Rowling. Teraz również nie obyło się bez irytacji, ale  przynajmniej wiem, co mnie tak w tej książce wynudziło.

Wydaje mi się, że pierwsze dwa tomy pisane były w tym samym okresie. Każdy następny tom, to nie tylko starsi bohaterowie, ale także odbiorcy, do których kierowana jest książka. Poważniejsze tematy, straszniejsze motywy i dojrzalszy klimat samych powieści. Ale "Komnata Tajemnic" to w 95% "Kamień Filozoficzny", a ostateczna konfrontacja to klimat z "Więźnia Azkabanu".

Ale nic mnie tak nie irytowało, jak na siłę streszczanie poprzedniego tomu przez pierwszą połowę książki. Dzięki pojawieniu się w Hogwarcie pierwszoroczniaków, mamy możliwość uczestniczenia w sytuacjach, w których po raz kolejny dowiemy się, co to znicz, peron 9 i 3/4 oraz inne zupełnie niepotrzebne przypominanie zasad, które zostały wprowadzone i wyjaśnione w "Kamieniu Filozoficznym". Zawsze mnie dziwi ta troska o czytelnika, kiedy autor próbuje wyjaśniać osobom, które zaczęły czytać historię od środka, niuanse rządzące w danym świecie. Po pierwsze, irytuje to osoby, które szanują kolejność wydawania książek. Po drugie, ile by nie zostało przemycone z poprzedniego tomu do następnego, nowy czytelnik i tak nie podnieci się tymi strzępkami informacji, dopóki nie przeczyta tomu pierwszego. Autor w tym wypadku nie dopieści jednych, a wkurzy drugich. Jaki jest tego sens, i który czytelnik jest ważniejszy?

Ale koniec minusów, bo książkę lepiej oceniłem, niż za pierwszym razem. Z jednej tylko przyczyny. W 2006 roku przeczytałem szósty tom, "Harry Potter i Książę Półkrwi". Te dwie części mają tyle wspólnego ze sobą, że dopiero po szóstej części można w pełni docenić "Komnatę Tajemnic". Ponoć w pierwotnych planach, recenzowany tom miał mieć nazwę "Książę Półkrwi". I dzięki temu połączeniu historia nabiera rumieńców, a ja po tylu latach mogę przyznać, że druga część Pottera, jest tylko nieco słabsza od pierwszej.

niedziela, 18 września 2011

Marek Hłasko - Baza Sokołowska. Pierwszy krok w chmurach















Data ukończenia: 3 września 2011

Data utworzenia recenzji: 18 września 2011

Recenzja:

Gdy ma się w rękach książkę słabą, przyjemnie jest się wyżyć podczas pisania recenzji. O wiele nieprzyjemniej jest, gdy czytałem dwa tygodnie temu coś bardzo dobrego, a w recenzji będę musiał to jakoś udowodnić. Gdyby mi się całkowicie już nie chciało, mógłbym zakończyć pisanie w tym akapicie kończąc go: "bardzo dobra książka, warta przeczytania".

Marek Hłasko to osoba dla mnie zupełnie anonimowa. Owszem, gdzieś ktoś kiedyś mówił, że lubi go czytać, ale nigdy specjalnie nie interesowało mnie, żeby zajrzeć kim on jest, jak pisze itp. Prawdopodobnie spowodowane to było polskim pochodzeniem. Rzadko mam chęć sięgania po polskich autorów, a jak już jakiegoś mam w ręce, to jest to zwykły przypadek, z braku laku.

Tak właśnie trafiła mi się ta niewielka książeczka. Uciekając od wiejącej nudy z salonu fryzjerskiego, zatopiłem się w dwa opowiadania Marka Hłaski.

Pierwsze to "Baza Sokołowska", w której Michał Kosewski, nowy pracownik bazy transportowej, musi zmierzyć się ze starszymi pracownikami, do których nie pasuje, a także z samym sobą. Sam autor po czasie nie był z tego opowiadania zadowolony, ponieważ napisane jest zgodnie z założeniami innych książek wydanych w dobie socrealizmu. Pracownicy = kolektyw, mentorzy i szczęśliwe zakończenie. Wyczytałem to znacznie później, a pomimo tego, że zauważałem te zabiegi, czytałem to z przejęciem do końca. I trzymałem kciuki, by się wreszcie Kosewskiemu udało...

Drugie, to "Pierwszy krok w chmurach". Jest bardzo krótkie, więc za dużo fabuły zdradzić nie można. Grupa zdecydowanie znudzonych życiem ludzi idzie obserwować kochającą się parę w ogródkach działkowych. Wiele emocji uaktywnia to maleństwo podczas czytania. Ukazuje totalny syf, jaki funkcjonuje w niektórych głowach. Pokazuje, jak uczucie żalu wypacza postrzeganie sprawiedliwości.

Opowiadania są w jakiś sposób obrzydliwe, ale w pozytywnym sensie. Bardzo łatwo przychodzi autorowi opisywanie normalnego życia, bez żadnych kolorów. Są na dodatek tak napisane, że zupełnie się nie starzeją. Równie dobrze akcja tych historii mogła się dziać wczoraj, dziś, a także jutro. Bo w bardzo przystępny sposób omija elementy, które mogłyby sugerować czas akcji (no, może w pierwszym opowiadaniu za dużo techniki i odniesień do komunizmu), a skupia się na człowieku i jego psychice.

Opinia dotyczy niestety tylko tych dwóch opowiadań, ale teraz chętnie przeczytałbym coś kolejnego Hłaski. Wydaje mi się, że przez przypadek trafiłem na całkiem ciekawego autora. Bardzo dobry zbiór opowiadań, warty przeczytania!

poniedziałek, 5 września 2011

Joanne K. Rowling - Harry Potter i Kamień Filozoficzny

















Data ukończenia: 29 sierpnia 2011

Data utworzenia recenzji: 5 września 2011

Recenzja:

Po ostatnich książkach, jakie miałem okazję przeczytać, zacząłem szukać czegoś lekkiego, ale przyjemnego zarazem. "Harry Potter i..." to seria książek, która od pierwszej klasy gimnazjum trzymała mnie w napięciu, jednak jeszcze nie znalazłem odwagi  zacząć siódmej, ostatniej części przygód młodego czarodzieja. Pamiętam, jak czytałem szóstą część, że miałem niemałe problemy z odnalezieniem się pomiędzy postaciami drugoplanowymi. Kwestią był czas wydawania poszczególnych tomów. Czytając na bieżąco (i nie po kilka razy, jak fanatycy), można stracić niektóre wątki. Z tego powodu recenzuję "Kamień Filozoficzny", a nie "Insygni śmierci". Zaczynam czytać od początku sagę o Potterze, nie znając jeszcze zakończenia.

Pierwszy raz zacząłem czytać ten tom gdzieś w pierwszej klasie gimnazjum. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, za co się zabieram. Z ambony nie krzyczeli, dzieci nie wariowały, media nie podjudzały. A ja podczas choroby, po cichutku zabrałem się za konsumowanie jednej z ciekawszych książek dla młodzieży. I niestety zakończyłem czytanie w najgłupszym momencie - w tym rozdziale, gdzie jadą pociągiem. Natłok lektur (które czytałem za wszelką cenę), spowodował, że musiałem odpuścić sobie czytanie książek, które chciałbym dokończyć, na rzecz tych wymuszanych przez nauczycieli.

Dopiero rok później dowiedziałem się, że gdybym przeczytał wtedy jeszcze jeden rozdział (gdzie zaczynają się zajęcia w szkole), nie odstąpiłbym od tej książki za żadną cenę. To była jedna z najlepszych powieści, jakie czytałem (a czytałem dużo). Zwroty akcji, pomysł, ale przede wszystkim umiejętność utrzymania czytelnika przy lekturze. Nie była to infantylna historyjka typu "Casper i przyjaciele", ale nie była to też nudna książka dla młodzieży, udająca, że jest czymś więcej, jak np. opowieści Gartha Nix'a.

I po dziesięciu latach zasiadłem znów do lektury. Spodziewałem się lekkiego zawodu, że będąc już znacznie starszym, zacznę wykręcać gałami podczas czytania niektórych rozdziałów, że zepsuję sobie urok wypracowany lata temu. Ale nic się takiego nie stało! Znając historię wcześniej, nie mogła mnie już tak zaskoczyć, jak za pierwszym razem. Sprawiało mi jednak przyjemność odszukiwanie sposobów, w jaki autorka manipuluje czytelnikiem i narzuca mu swoje opinie.

Książka jest fantastyczna! Zarówno w treści, jak i w jakości.

sobota, 27 sierpnia 2011

Mówi MajinFox: Rok pierwszy


Osoby, które mnie znają, wiedzą, że jeśli chodzi o moją twórczość, to można po czasie określić ją mianem "słomianego zapału".

Z tego powodu stwierdziłem, że nie będę zamieszczał żadnych przywitań i deklaracji w pierwszym poście na blogu. Miałem to zrobić w pierwszą rocznicę, bo nie ufałem swojej wytrwałości.

Rok temu zamieściłem recenzję "Małego Księcia", a dziś dziękuję wszystkim spektatorom (tym wiernym, ale i też przypadkowym), osobom komentującym i pomagającym (Wasze sugerowane gnioty powodują, że blog funkcjonuje!).

Tym razem również nie będę się deklarować. Mogę mieć jedynie nadzieję, że za rok będę mógł coś skrobnąć, nie wstydząc się swojego zaniedbania

MajinFox

P.S. A oto najczęściej czytane recenzje w pierwszym roku działalności (co niestety nie za wiele wspólnego ma z terminem "moje najlepsze recenzje"):

10. Antoine de Saint-Exupery - Mały Książę
09. Joseph Heller - Paragraf 23
08. Ian Fleming - Tylko dla twoich oczu
07. Julio Cortázar - Gra w klasy
06. Stephen King - Mroczna Wieża III: Ziemie jałowe
05. Stephen King - Mroczna Wieża IV: Czarnoksiężnik i kryształ
04. Joseph Heller - Paragraf 22
03. Raymond Chandler - Głęboki sen
02. Hans Helmut Kirst - Bohater w wieży
01. Agnieszka Graff - Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym


Autorom tych książek dziękuję szczególnie!

czwartek, 25 sierpnia 2011

Deborah Rodriguez - Szkoła piękności w Kabulu. Za zasłoną afgańskiej kobiety
















Data ukończenia: 21 sierpnia 2011

Data utworzenia recenzji: 25 sierpnia 2011

Recenzja:

A stwórzmy człowieka, kobietę po prostu. Dajmy jej zawód, ale prosty, typu sprzątaczka, kucharka, albo o! Fryzjerka. Trzeba też nadać narodowość, ale musi być to kraj rozwinięty. Niemcy, Japonia, ale najlepiej Stany Zjednoczone. Pokażmy, że jest przedsiębiorcza - niech założy salon piękności. Ale nie w Stanach. Niech będzie to Afganistan po 2001 roku. Dla podkreślenia charakteru współczesnej kobiety, szczypta problemów z mężczyznami. Początkowo projekt miał się zwać: "Tępota, hipokryzja i skryta nienawiść", ale poprzestańmy na czymś mniej rzucającym się w oczy. Nazwiemy ją Deborah Rodriguez.

Kiedyś Philip K. Dick był święcie przekonany, że Stanisław Lem to prowokacja komunistów, a pod tym nazwiskiem kryją się autorzy tworzący na zlecenie partii. Po przeczytaniu recenzowanej właśnie książki długo nie mogłem rozgryźć, co się działo od kilku ostatnich dni, które poświęciłem na dokończenie tego dzieła. Mam dwie teorie. Albo pod imieniem i nazwiskiem autorki kryje się grupa pisarek nacjonalistyczno-feministycznych ze Stanów Zjednoczonych, które stworzyły fikcyjną osobę (pisarzynę), która udając słodką idiotkę, kopie męskie, afgańskie jajka. Inna teoria, że to dobrze zorganizowani afgańscy fundamentaliści, którzy ukrywając się pod pseudonimem "Rodriguez", próbują podburzyć własny naród przeciwko napływowi Stanowych Zjednoczeńców do ich kraju. Nie wierzę, by istniała autentyczna osoba, która mogłaby napisać i wydalić taką książkę.

Bo kto mi wytłumaczy, że prawdziwa kobieta mogłaby zdradzić swoją najlepszą przyjaciółkę w Afganistanie, już na samym początku książki? Przecież nie była dziewicą i podstępem udało im się podłożyć tę cholerną zakrwawioną chusteczkę, by uspokoić jej męża. Skoro jest to książka autobiograficzna, gdzie "autorka" w treści używa swojego kryptonimu z okładki, śmiem twierdzić, że jej koleżanka również jest prawdziwa. Że co, że może imię zmienili? Nie ma nic o tym, a znajomi i tak będą wiedzieć o kogo chodzi, a zwłaszcza chusteczkowy mąż. Na okładce jest napisane, że to ŚWIATOWY bestseller, co oznacza, że może i w Amsterdamie ktoś nieumyślnie wydał książkę. A przecież z tego, co pisze Debbie w "Szkole..." to kobiety mają ciężkie życie, jeśli coś wyda się po niewczasie. Mam nadzieję, że Roshanna przeżyła premierę tego dzieła i było warto...

Innym dowodem na nienaturalną tępotę, jest sytuacja, gdy Debbie jedzie z męskim przewodnikiem, gdy ten niespodziewanie musi zawrócić do domu, bo wszystkie jego żony zachciały winogron. Ta sytuacja dzieje się, gdy jest ona już któryś raz w Afganistanie i mówimy tu o miesiącach. Główna bohaterka dziwi się mniej więcej tymi słowami: "to ja przejechałam pół Afganistanu, a one nie mogą wyjść z domu po winogrona". Tak! Ty samolubna kobieto! Jesteś tam od kilku miesięcy i nie widzisz jeszcze, co się dzieje? Ale nie, przecież widziałaś, bo od dwustu stron pokazujesz czytelnikom, jak traktowane są kobiety. I w każdym rozdziale dziwisz się na nowo z tych samych rzeczy!

Inna sprawa to hipokryzja. Gdy Afganki, pracownice "autorki", znajdują miłość lub jej namiastkę, ta zabrania się im spotykać, ponieważ może stać się im krzywda. Jedna może zostać posądzona o prostytucję, druga za zdradę, może zostać ukamienowana. Ale czytać trzeba między wierszami. Debbie ma to gdzieś, że ta zostanie prostytutką. Przejmuje się wtedy, gdy mogą zamknąć salon ze względu na powiązanie z burdelem. A ukamienowanie? Odstraszy klientów.

Ukryta nienawiść. Debbie to postać wyszczekana, której wydaje się, że wszystko załatwi, gdy otworzy swoją jadaczkę. Na początku miałem wrażenie, że jako osoba, która zdecydowała się żyć w Afganistanie po 2001 roku, próbuje wybielić ten kraj, pokazać, że tam też są ludzie. Jednak w żaden sposób się to nie udaje. Za każdym razem wychodzi na to, że Afgańczycy to zwierzęta wypuszczone z ZOO. Jestem przekonany, że nie jest to specjalnie zrobione. Ale brak jakiegoś wyważenia przekazywanych treści lub brak odpowiedniego komentarza, potęguje pewną nienawiść do opisywanego narodu. Nie zaraz do aktywnej nienawiści, ale tej pasywnej, skrytej.

Nieświadomość "autorki" do popełnienia takiej gafy, wyklucza jedną z moich początkowych teorii. Jednak z ratunkiem przychodzi mi "Mężczystan", czyli męski Afganistan. I tu ją mam! Biadolenie o kraju, w którym kobiety ciemiężone są przez mężczyzn, a dla radości Debbie buduje salon. Salon piękności w "Mężczystanie", niczym dorodna pieczarka na końskim łajnie. Ot i cała fabuła w jednym zdaniu.

Koleżanka pożyczyła mi tę książkę, bo jest to jej ulubiona lektura. Twierdziła, że i mi się spodoba. Się nie spodobała.

piątek, 19 sierpnia 2011

Stephen King - Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika
















Data ukończenia: 3 maja 2009

Data utworzenia recenzji: 3 maja 2009

Recenzja:

Uwielbiam czytać przedmowy i posłowia Kinga. Czasem zdarza się, że jego komentarze są bardziej pochłaniające niż sama treść powieści, której dotyczy. Od kilku miesięcy trzymam tę książkę, po to, by ją na spokojnie przekartkować. 

To co z pozoru mogłoby się wydawać nudne, okazało się cholernie wciągające. Na swój, często ironiczny, sposób opisuje wszystkie kroki sztuki pisania. Od życiorysu typowego pisarza (czyli swojego) poprzez natchnienia, miejsce pracy i sztuki sprzedawania się. Dużo alzuji do ulubionych filmów Kinga, przykłady topornych dialogów i tekstów przesiąkniętych przysłówkami. Wszystko to okraszone humorystycznym komentarzem. Po tego typu lekturze, każdy pisarz amator nabierze w usta dozę optymizmu. Albo rzygnie, albo połknie. Ja połknąłem.


Opinia po dwóch latach:

Jestem raczej totalnym laikiem, jeśli chodzi o Kinga. Nie mogę się poszczycić tym, że czytałem więcej niż dziesięć tytułów. Pamiętam, że "Jak pisać..." kupiłem wyłącznie ze względu na brata, z dwóch powodów. Pierwszy - jest on miłośnikiem Stephena. Drugi - mój brat miał zabawny epizod pisarski, który skończył się rozstrojem żołądka (trzecim i najpoważniejszym powodem, było to, że rzeczywiście chciał ją mieć, ale nie mogłem sobie odmówić przypomnienia sobie tej sytuacji w tej recenzji. Wątpliwe, bym miał okazję recenzować kolejną książkę traktującą o pisaniu. Jak nie teraz, to kiedy?).

Od dwóch lat nie tknąłem Stephena Kinga, ale bardzo dobrze wspominam czas spędzony nad tą książką i patrząc na to obiektywnie, dziwnie to wygląda, gdy za najlepszą książkę Mistrza Grozy uważam książkę o pisaniu książek. Zmotywowała mnie też do ruszenia mózgownicy i stworzenia własnego dzieła literackiego. Jednak, jak często bywa z motywacją, olała mnie po pierwszej randce i zostałem sam ze swoimi krótkimi recenzjami.

środa, 3 sierpnia 2011

Salman Rushdie - Szatańskie wersety
















Data ukończenia: 21 kwietnia 2008

Data utworzenia recenzji: 21 kwietnia 2008

Recenzja:

Autor skazany na śmierć (Salman Rushdie Prison Break, by być jazzy), zainspirowany "Mistrzem i Małgorzatą", śmierć japońskiego tłumacza, polskie anonimowe wydanie w niskim nakładzie... Same argumenty, by przeczytać i ocenić.

Ostatnio nic tak ciekawego nie czytałem. Czego ta książka nie opisuje? Nie mam zielonego pojęcia. Na sześciuset stronach było tego tak wiele, że przydałoby się jeszcze raz to przeczytać z kartką papieru i długopisem.

Fabuła główna to opowieść o Gibrilu Fariszcie, hinduskim aktorze wcielającym się w bóstwa, i Saladynie Czamczy, zakochanego w angielskiej kulturze człowieku o tysiącu i jednym głosie. Obaj spadając z nieba, ze sterroryzowanego samolotu przeistaczają się: jeden w Anioła, drugi w Diabła. Co oczywiście musi doprowadzić do pojedynku między tymi postaciami.

Jednak główny wątek uzupełniony jest miniopowieściami, które wkurzyć mogą (i do dziś denerwują) islamistów. A zwłaszcza ta, o Mahomecie, przyjmującym tytułowe szatańskie wersety do Koranu.

W opinii krytyków, książka jest trudna dla polskich czytelników, ze względu na słabą znajomość arabskich opowieści, i ogólnie religii panującej na wschodzie. Przyznam się, że sam mam wiele wątpliwości, co do interpretacji całej historii, jednak moje domysły prawdopodobnie bardziej mnie bawią niż wysłuchiwanie wywodów kolejnych "znawców" literatury.

Jednyny minus - jakość tłumaczenia. Czasem, aż się czuje, że w oryginale był inny sens zdania, niż się widzi gołymi oczyma. Miałem przed chwilą do czynienia z angielskimi cytatami i zauważyłem, że brak jednego słowa w polskim tłumaczeniu zmienia całkowicie wydźwięk (brakuje słowa 'hell') końcówki książki.

Ale z tego co czytałem, jedyne polskie wydanie z 1992 roku w nakładzie 30 000 egzemplarzy, sprawia, że jest to swego rodzaju jeden z "białych kruków" w biblioteczkach czytelników.

Komentarz na koniec. Jako wielbiciel "Mistrza i Małgorzaty", mogę polecić "Szatańskie wersety", a jak ktoś lubi "Paragraf 22", to pokocha/znienawidzi absurd pewnych sytuacji, które opisywane są w książce. A, no i osobiście pokochałem Spoono - kto wie, ten wie...


Opinia po trzech latach:

Pamiętam, że niedługo po przeczytaniu książki, wiele osób przyznało się, że skończyli czytać już w pierwszym rozdziale. Nie czepiam się do tego, bo się nie dziwię. Jeśli chodzi o książki, to "Szatańskie wersety" są jedną z trudniejszych, choć nie tak trudną, jak "Ja, Najwyższy" (zdaję sobie sprawę, że ten tytuł pojawia się w moich wypowiedziach zbyt często, ale skoro mam przeginać, to dlaczego nie zrobić tego w recenzji "Szatańskich wersetów"?), a sama scena spadania źle nastraja do reszty fabuły. Mogę nawet przyznać, że początek wyjątkowo mnie odpychał, ale przezwyciężenie pierwszego rozdziału daje dostęp do jednej z lepszych książek, do której, w Polsce, można nie mieć okazji sięgnąć.

No właśnie. "Lepszych". Zdaję sobie sprawę, że "wszyscy mówią", ale wydaje mi się, że tylko "mówią". Jest umieszczona w "1001 książek, które musisz przeczytać", ale nie zmienia to faktu, że mam pewne wątpliwości, co do popularności książki Rushdiego. Sam się przyłapałem na tym, że sama otoczka, wyrok śmierci i rozboje po wydaniu tej książki, zachęciły mnie do zaliczenia tego tytułu. Z takich samych powodów, sprezentowałem swojej drugiej połówce polską wersję na gwiazdkę (pikanterii dodaje fakt, że to wydanie jest strasznie tajemnicze). Bo co tu ukrywać? Jak książka nie byłaby dobra, historia z nią związana jest najbardziej podniecająca.

I nadal uważam, że książka jest TYLKO bardzo dobra. Przeczytałem i wiem. Gdyby nie cała sytuacja, byłaby jedną z wielu wartych przeczytania książek. Co tylko jasno dowodzi, że ta ingerencja polityki i religii w kulturę, bardziej szkodzi prowodyrom, niż samemu autorowi.

czwartek, 28 lipca 2011

Albert Wojt - Zielone i złote

















Data ukończenia: 14 lipca 2011

Data utworzenia recenzji: 28 lipca 2011

Recenzja:

W tym roku nie udaje mi się, w przeciwieństwie do poprzedniego, znaleźć czegoś ciekawego do czytania. Rzucam się z jednego rodzaju w drugi, a w każdym czuję się mocno wynudzony. Jedynie "Ja, Najwyższy" jest moim jasnym punktem w 2011 roku.

Stwierdziłem, że mógłbym sprawdzić jeszcze polskie kryminały, które zostały wydane na przełomie PRL-u, a III RP. Książki te były wydawane przez Ministerstwo Obrony Narodowej, Wydawnictwo Bellona, a każdy tom był częścią serii nazwanej "Labiryntem". Cechował je mały format, co jest o tyle praktyczne, że książkę mogłem wsadzić sobie w lewą kieszeń marynarki (w prawej zwykłem mieć rolkę papieru toaletowego).

Z kilku tytułów, które posiadam, wybrałem sobie najbardziej kolorową okładkę (bo przecież im barwniejsza, tym ciekawsza treść). Po przeczytaniu kilku rozdziałów zacząłem trochę szperać i stwierdziłem, że autor - Albert Wojt, to pseudonim Wojciecha Sadrakuły. A sama fabuła książki, to jedna ze spraw porucznika Mazurka, warszawskiego policjanta.

No to zacznę pisać o fabule. Kałucki wychodzi z więzienia, chce odzyskać swoją część doli, za którą siedział. Jego dziewczyna, Ewa Malinowska, prawdopodobnie pojechała do Jeziorowskiego, do Legionowa. A Grąbiela coś kręci nosem i nie chce oddać pieniędzy. O! I jeszcze ten belg, Francois Desquriac wjeżdża do Polski i podrywa celniczkę na granicy. A Jeziorowski zginął. Do akcji wkracza porucznik Mazurek i chorąży Pozorski.

Gdzieś w tym momencie następuje totalne zaćmienie i ziewanko. Odpuściłem sobie na dwa tygodnie czytanie, bo stwierdziłem, że w tej książce akcja nie zając - nie ucieknie (w sumie też pasowałoby, że z pustego i Salomon nie naleje). Jednak widok coraz ciekawszych tytułów na moim biurku zmotywował mnie do ruszenia swoich zwojów mózgowych i uczestniczenia w niemrawym pościgu za zabójcą, policyjnym polonezem.

Gdyby ktoś mi wcześniej powiedział, że w tej książce znajdę strzelaninę na warszawskich ogródkach działkowych, pomyślałbym, że musiała by to być jedna z najbardziej oryginalnych akcji, jakie czytałem w kryminałach (obok morderstwa ptasimi odchodami w "Dr. No"), a przy okazji jedna z najbardziej apatycznych. I może nie było tak źle, ale ten punkt kulminacyjny, był opisany w taki sposób, jak wyglądałaby taka akcja w ogródkach w rzeczywistości.

A koniec, jak koniec. Udało im się rozwiązać. I tyle. Zwroty akcji bywały, bywały. Ale wyjątkowo anemiczne i nieinteresujące. A jak już same takie zabiegi nie przyciągają, to i koniec czytało się, jak gazetę z programem.

Wydaje mi się, że właśnie tak powinny wyglądać kryminały z milicjantami w roli głównej. Ten był o policjantach, ale napisany w takich czasach, że pierwsze szlify mogły być właśnie o milicjancie Mazurku, a do druku wszedł policjant Mazurek. Nie wiele to zmienia, ale jakaś taka bezpłciowa propaganda tam zaistniała.

I książka nie jest taka zła, ale robi wszystko, żeby jej nie przeczytać. Bardziej nadawałaby się do jakiegoś miesięcznika typu "Detektyw" (z podniecającym "Tylko dla dorosłych" na okładce) niż na oddzielną pozycję w biblioteczce. Wtedy miałoby to więcej sensu niż w tym wypadku.

sobota, 23 lipca 2011

Dan Brown - Kod Leonarda da Vinci

















Data ukończenia: 4 grudnia 2007

Data utworzenia recenzji: 4 grudnia 2007

Recenzja:

Jak się zaczęła cała ta moda na "Kod...", zdołałem obejrzeć wypowiedź Browna na temat swojej książki. Uważał on, że wszystko co w niej napisał to prawda. Teraz wiem o co mu chodziło i stwierdzam, że facet ma posrane we łbie. Sam Plantard powiedział, że cały ten Zakon to bujda. Leigh, który napisał "Święty Graal. Święta krew" też przynał, że to bujda (inna sprawa, że Plantard go oszukał, a ten dał się nabrać, jak nikt inny). Tylko największy plagiator Brown wierzy we wszystko...

Tyle słowem inteligencji autora. Książka mi się podobała, prosto napisana, dużo ciekawostek itp. Niestety, epilog został dodany tam na silę. Wolałbym, żeby w ogóle się nie pojawił, bo to co zostało tam przedstawione to jakieś badziewko. Nikt chyba nie wierzył, że zostanie tam coś ukazane, ale po jakiego grzyba robić takie 'nic' na sam koniec. 

Inna sprawa, że to jest ten sam szablon co w "Aniołach i demonach", przez przypadek nie odgadłem, kto jest głównym złym - za szybko historia jest opowiedziana, nie dali czasu nawet zacząć zabawy w detektywa.

Kolejna sprawa to fenomen - nie rozumiem o co tutaj walczyć. Wszystko to było już powiedziane wcześniej, a robi się z tego jakieś wielkie odkrycie (robiło). Ogółem - przeczytam następne książki z Langdonem, ale na bestseller to nie zasłużyło i jestem bardzo zawiedziony...

A posłowie w książce napisane przez jakiegoś barana jeszcze bardziej mnie zdenerwowało. Kolejny "maestro pióra" będzie mi tłumaczył, że Brown mija się z prawdą. Do roboty pisać własne książki!


Opinia po czterech latach:

Parę dni po przeczytaniu książki, miałem okazję obejrzeć film. Był tak nudny, że chyba jasno i wyraźnie pokazane mi zostało, że historię opowiedzianą przez Browna można strawić tylko raz. Aktorzy, którzy w nim wystąpili, to chyba największe drewna, jakie znaleziono w świecie filmowym.

Po tylu latach mogę bez problemu napisać, że "Anioły i demony" podobały mi się bardziej. Może wina leży po stronie książki, którą czytałem, bo nie zawierała kolorowych zdjęć wszystkich opisywanych dzieł sztuki, jak to było w recenzowanej przeze mnie wersji ilustrowanej pierwszej części.

Na dodatek mam wrażenie, że "Kod..." był o wiele nudniejszy od "Aniołów..." i szczerze powiedziawszy w ogóle nie trzymał mnie w napięciu.

piątek, 15 lipca 2011

José Carlos Somoza - Namalowane okno

















Data ukończenia: 14 czerwca 2011

Data utworzenia recenzji: 15 lipca 2011

Recenzja:

Literatura iberoamerykańska, to ostatnimi czasy, dosyć popularny u mnie temat. Na "gwiazdkę" otrzymałem cztery pstrokate okładki kolejnych tomów z serii Salsa, z wydawnictwa Muza. Dużo czasu upłynęło, kiedy w końcu mogłem się do nich zabrać. Na pierwszy ogień wziąłem "Namalowane okno".

Książka opowiada o Javierze, który występuje w dwóch postaciach: ojca, którego problemem jest chory syn, oraz maniaka filmowego, którego problemem jest niemożliwość znalezienia nowych zdjęć jego ulubionej aktorki - Jodie Foster. Pewnego dnia, jedna z tych postaci dowiaduje się przykrych rzeczy o swojej żonie, a druga o istnieniu pewnej filmoteki, zwanej SOLEDAD (Samotność), gdzie można zamawiać seanse filmowe, po których ludzie zaczynają wariować.

Problem polega tylko na tym, że nie zauważyłem jakiegoś punktu łączącego te dwie historie. Jedyne, co je łączy, to postać głównego bohatera. W trakcie czytania, byłem pewny, jakie będzie zakończenie. Stawiałem, że nagra na kasecie video ostatnie dni życia syna, aby wykorzystać umiejętności filmu do zachowania obrazu. Banalne? Może i tak. Ale przynajmniej moja interpretacja miała jakikolwiek sens, bo to co czytałem w rzeczywistości nie ma, moim zdaniem, ani logiki, ani spójności, ani nie daje przyjemności z lektury.

Książka zapowiadała się z początku bardzo ciekawie, jednak z biegiem stron zacząłem zauważać, że dojdzie to do bredni, gdzie prosta, intrygująca historia została zniszczona intelektualnym popiardywaniem, którego nie rozumiem.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Joan Grant - Uskrzydlony faraon















Data ukończenia: około 15 lutego 2006

Data utworzenia recenzji: 15 lutego 2006

Recenzja:

Tak mi się spodobał "Faraon", że sięgnąłem sobie zaraz za następną książkę o Egipcie. Nie jestem pewien, czy akurat dobrą sobie wybrałem, bo jest miejscami mocno nużąca. Opowiada całe życie Sekity, córki faraona. Od oglądania, jako dusza, świat na który przyjdzie, do momentu wkroczenia do ichniego nieba. Ma pełno dylematów, typu wyjście za mąż za swego brata, urodzenie dziecka rzeźbiarza, wstąpienie do świątyni i takie tam. Różni się od innych powieści tym, że w każdym rozdziale jest dużo filozofii na temat bycia Egipcjaninem. W większości są to ciekawe nauki, ale czasem tak nudne i jakoś nie pokrywające się z innymi książkami tego typu, że aż męczące. Ogólnie fabuła na plus, ale nauki można było ograniczyć o 10%.


Opinia po pięciu latach:

Był to krótki okres fascynacji Egiptem. Bo po tej książce, już żadnej nie tknąłem. Dziś nie mogę już sobie przypomnieć jakiejś większej części fabuły, pamiętam tylko, że nie była to jedna z tych książek, które trzymają przy swoich stronach. Nie była specjalnie męcząca, ale też nie starała się utrzymać czytelnika przy sobie za wszelką cenę.

Pamiętam za to jak parę lat później, zauważyłem w autobusie pewną kobietę w średnim wieku, która czytała właśnie tę pozycję. Zdziwiło mnie, że w dobie Brownów ktoś jeszcze sięga, po tak zapomniane tytuły. Podziwiałem jak szybko przewracają się kartki i teraz dochodzę do wniosku, że miłośnicy kobiecej literatury byliby zachwyceni "Uskrzydlonym faraonem".

środa, 1 czerwca 2011

Paulo Coelho - Alchemik





















Data ukończenia: 10 kwietnia 2010

Data utworzenia recenzji: 18 kwietnia 2010

Recenzja:

Dużo słyszałem na temat tego autora i przez cały czas podchodziłem do niego sceptycznie. Jeśli zbyt dużo osób zaczyna rzucać pozytywne hasła na temat dzieł jednej osoby, widzę w tym jakieś dziwne koneksje. Jedyny do tej pory wyjątek to Zafon, którego bardzo dobrze wspominam. Czas na innego, okrzykniętego "wspaniałym", pisarza. 

Osoby, które zachęcały mnie do przeczytania jakiejkolwiek książki Coelho, same mnie odpychały. Zauważyłem pewną tendencję, że są to w 99% dziewczyny z jakąś traumą. Niekoniecznie samotność, ale pewne zagubienie w życiu. Osoby, które chciałyby być sobą, ale w gruncie rzeczy nie mają odwagi. I może to na wyrost powiedziane, ale tak mi się zawsze fanki Coelho kojarzyły. W końcu odważyłem się sięgnąć i sam przekonać. 

Pierwsze co się rzuca w oczy, to duże bukwy, pół stronicowe luki i 215 stron. Znaczy się, coś co udaje książkę. Spokojnie by sie zmieściło na 100 stronach, a widziałem już "większe" wydania "Alchemika". 

I od razu przechodzę do najważniejszego. Do treści. Jest kiepsko. Od samego początku ma się wrażenie, że napisane jest dla debili. Prosty język, dla osób, które odeszły od gara i chcą się zatopić w pseudointelektualnego harlequina. Naiwna opowiastka, lepiej określić, jako przypowieść o czymśtam, co tam tylko kto zechce. 

Z jednej strony jest prosta, z drugiej używa słów, których w żaden sposób nie wyjaśnia. Prawdopodobnie sam miałem się domyślić ich znaczenia. Na każdej stronie używane są puste hasła, takie jak: Dusza Świata, Własna Legenda, Język Wszechświata. Nie jestem głupi i domysłam się z kontekstu o co chodzi. Ale to zagrywka pokroju filmów z serii np. Matrix. Na każde niewyjaśnialne pytanie odpowiedź jest jedna: Matrix. W tej książce jest to Dusza Świata. 

Dochodzi do tego, że na każdej ze 100 stron (nie oszukujmy się, że jest ich tam 215) tworzą się jakieś infantylne pytania, których bym nie zadał. Odpowiedź jest jasna, jak słońce, czyli żadna. Moja irytacja narasta, gdy zaczynam odczuwać, że ta niejasna odpowiedź jest stworzona tylko po to, by oszukać mnie, że zawarty jest w niej jakiś niezrozumiały dla mnie mistycyzm. Powinienem czuć, że jestem głupi, jak andaluzyjski pasterz owiec. Nie czuję się tak, ale brnę dalej, bo przecież czegoś ta przypowieść ma mnie nauczyć i wyjaśnić o (proszę wstać) Duszy Świata (proszę usiąść). 

Z czasem okazuje się, że wychodzi szydło z worka i autor pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Niczym wstydliwy chłopczyk pokazuje nam w dziwnych słowach Boga, ale jeszcze nie używa jego imienia. Punkt kulminacyjny nadejdzie pod koniec, gdy wyjaśnić niewyjaśnialnego się nie zdąży. Zawsze można zrzucić na Pana Boga, nie? 

To jeszcze nic. Najbardziej irytującą mnie rzeczą było wymyślanie nielogicznych pierdoł. Najlepszym przykładem jest rozmowa głównego bohatera z pustynią, wiatrem, słońcem i Ręką (w domyśle Pan Bóg, chociaż ja z nudów wyobrażałem sobie, że rozmawia z ręką Pana Boga, co nawet mnie rozbawiło!). Ulubione słowa Coelho wyliczane są w tej części niczym orgazm (DŚ, WL i JW). 

Główny bohater pyta pustynię czy może zamienić go w wiatr. Ta odpowiada, że nie może, bo nie wie co to Miłość (nowe słowo z wielkiej litery, czyli ważne!). Poleca wiatr, ten też nie wie, więc poleca słońce. Słońce wie, co to Miłość, ale nie potrafi przemienić go w wiatr. O dziwo zna Duszę Świata. Więc poleca Rączkę. I tak dalej. 

Nie irytuje mnie fakt, że rozmawia z taki koleżkami, jak tamta czwórka. Zastanawia mnie: kto do jasnej cholery ustala te dzikie zasady? Dlaczego Słońce wie co to Miłość? Gdzie są wytłumaczone te moralitety? Skoro Słońce wie, to dlaczego Wiatr jest tak do tyłu z uczuciami? Kto zadecydował, że Słońce powinno wiedzieć, a reszta nie? Czy to Rączka decydowała o tym, że Słońce będzie ciągnąć więcej profitów z wiedzy o Miłości? 

Ręce mi opadły, jak to czytałem. Nienawiść do tej książki sięgnęła, w tym fragmencie, zenitu. Całe szczęście zakończenie uratowało nieco tę książkę. Nie, że zmieniło mi się nastawienie do niej, ale dobrze, że chociaż jedną rzecz doprowadził do końca. Paulo mógł w końcu zapomnieć, o czym zaczął pisać na początku przez te jego wielkie przemyślenia o DŚ. 

To nie książka. To broszurka religijna. To co pisałem o osobach zakochanych w Coelho, po przeczytaniu książki, nadal pozostaje w moich odczuciach. Mały przewodnik dla samotnych, zgorzkniałych, ludzi w depresji lub nie potrafiących się pogodzić z jakimiś błędami z przeszłości. Które prawdopodobnie nie mają zamiaru z tym walczyć, ale chciałyby poczytać o kimś odważniejszym. Prosty język, nieprzemęczająco napisana. Kartki lecą szybko. Za wiele niewymagająca dla takich osób. Istny harlequin, tylko na inne tematy. 

W ciągu ostatnich pięciu lat nie czytałem gorszej książki. Wszystkie 'ochy' i 'achy' są obrzydliwe. Nie mogę pojąć fenomenu tego czegoś. Nawet uważam, że większość osób zachwalających ją nie zrozumiało jej (tego ukrytego sensu, a raczej zagmatwanego przez prosty język). Lub co gorsza, w ogóle jej nie przeczytało. Byłem zmęczony po ukończeniu. Małe to takie, a cierpiałem podczas czytania. Gdyby nie moja zasada, że czytam do końca wszystko co zacząłem, wyrzuciłbym tę książkę w cholerę! Do całości brakowało mi jakiegoś kuriozalnego wieloryba zjadającego światy, czy innego Wielkiego Zderzacza Hadronów. A jedyne co mi się podoba w Coelho to:... muzyka na oficjalnej polskiej stronie: 


I minął tydzień od przeczytania. Miałem już nie sięgnąć po żadną inną jego książkę w ciągu następnych dwóch lat. Ale moja rodzina, która również negatywnie oceniła treść, zasugerowała, żebym przeczytał "Weronika postanawia umrzeć". Odłożyłem nawet Fleminga, żeby sprawdzić. I rzeczywiście, zaczyna się nieźle. A nawet mogę powiedzieć, że przy tym tytule mnie nie irytuje Coelho w ogóle. Ale to już następnym razem.


Opinia po roku:

Bez zmian.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...