czwartek, 28 października 2010

Ian Fleming - Dr No

Data ukończenia: 2 listopada 2009

Data utworzenia recenzji: 3 listopada 2009

Recenzja:

Po "Pozdrowieniach z Rosji" długo nie mogłem myśleć o wzięciu do ręki innych książek Fleminga. Sprawdzałem opinie różnych osób i nadal nie mogę znaleźć, ani jednego argumentu, by nazywać ją najlepszą książką o Bondzie. W wolnym czasie zacząłem sobie przypominać stare filmy z Connery'm i Lazenby'm. "Dr No", który za pierwszym razem niespecjalnie przypadł mi do gustu, tym razem okazał się cholernie dobrym filmem. Do tej pory mówiłem, że podstawa Bondów to pierwsze sześć filmów, w tym "Dr No" tylko z tego względu, że był pierwszy. Po drugim seansie stwierdzam, że jest pełnoprawnym członkiem 'szóstki' (a najsłabszy to "Żyje się tylko dwa razy", o!). Odczekałem jeszcze kilka tygodni i w końcu sięgnąłem po Fleminga. Dziwny zbieg okoliczności - książkę wziąłem w ten sam dzień, w którym świat obiegła informacja o śmierci odtwórcy pierwszego przeciwnika Bonda - dr. No, granego przez Josepha Wiseman'a.

Książka jest gówniana. Całe szczęście nie jakościowo, ale tematycznie. Inaczej niż w filmie, nie ma tu reaktorów. Jest za to zbieranie ptasich odchodów. Okazuje się, że to bardzo dochodowy interes. W każdym razie, James jako urlop dostaje prostą sprawę do rozwiązania na Jamajce - odszukać uciekiniera Strangewaysa i jego sekretarkę Trueblood. Jest to okazja do umieszczenia w książce również Quarrela.

Ogólnie cała otoczka to osoby i miejsca na Jamajce z powieści "Żyj i pozwól umrzeć". Jest więc trochę czasu na flemingową nostalgię za starymi czasami. Fabuła mocno się zmienia przez te strony. Z początku mamy mocno detektywistyczną książkę, która zmienia się w thriller (pierwowzorem "pająka na szkle", była moim zdaniem o wiele straszniejsza skolopendra, 10 stron jest poświęcone na rozpisanie podróży tego diabelskiego pomiotu po ciele Bonda, cholera ale jak to opisał! kapitalnie). Chwila podróży łódką na Crab Key (niestety, jak większość podróży autora, spowodowało to spadek tempa). Sensacyjna walka z żołnierzami i "smokiem", przejście do filozoficznej rozmowy Bonda z dr. No (Fleming stworzył takiego złoczyńcę, że bije wszystkich razem wziętych, nic dziwnego, że facet zasługuje na swój własny tytuł książki).

Końcówka jest zupełnie inna niż w filmie i byłem mocno zdziwiony, gdy nie było walki na pięści między głównymi bohaterami. W dzisiejszych czasach utrwaliła się w filmach koncepcja końcowej walki z głównym bossem (albo jego henchmanem), w książkach Fleminga można skradać się i rozbić czaszkę jednym uderzeniem, podłożyć bombę, strzelić w plecy, popchnąć w przepaść. I tyle. Takie proste, a jakie zdumiewające.

Jedyne co mnie mocno zirytowało to polskie wydanie tej książki. Mam dwa różne wydania. Jedno ma słabego tłumacza, a drugie wydane przez Rzeczpospolitą ma bardzo dobrego. Ta druga jednak jest najbardziej zabugowaną książką, jaką widziałem w życiu. Jak w dzisiejszych czasach można wypuścić książkę, która ma np. "Al;e"? Już o tym, że powtórki to norma w krótkich zdaniach, teraz wymyślam, ale na jednym przykładzie tylko pokażę, jak to głupio wygląda: "Bym chciałbym zrobić łódź bym...". Co to jest? Nie mieli korekty? No to sprawdźmy. A nie, korekta jest. I to dwuosobowa, nie będę przytaczać nazwisk, bo dzisiaj krytyka jest przyjmowana często jako błogosławieństwo, więc przemilczę te panie z premedytacją. Ciężko jest znaleźć strony, gdzie nie byłoby takich błędów. Ale kasa zaksięgowana.

Na koniec. Jak kogoś nie interesuje chronologia to brać książkę "Dr No", odpalać soundtrack z filmu (kalipso świetnie pasuje do powieści) i czytać najlepszą, jak do tej pory książkę Fleminga. Ja sam od samego początku byłem zachwycony historią, pomimo tego, że znałem ją ogólnie z filmu. Postać Bonda i doktora No (a zwłaszcza tego drugiego) jest kapitalnie opisana. Jak sobie pomyślę, że ta książka miała w ogóle nie powstać to mnie aż skręca. Do tej pory "Moonraker" był takim małym arcydziełem, ale "Dr No" nie dość, że go przebił to zatarł ślady po "Pozdrowieniach z Rosji". Ech, w sumie o tej książce mógłbym dużo pisać, ale o najważniejszych rzeczach już wspomniałem. Powieść fenomenalna.


Opinia po roku:

Aż nie chce się wierzyć, że równo rok temu siedziałem po uszy w tej historii. I nadal nic się nie zmieniło. Od "Dr. No" tylko dwa tomy, tak mocno mi się podobały: "Operacja Piorun" i "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości", którą właśnie czytam. Ale jednak to szósty tom darzę chyba największym sentymentem. Sam nadal polecam książkę, ale bardzo często spotykam się z negatywnymi opiniami. Ja swojego zdania nie zmienię i uważam ją za jeden z najlepszych tytułów, jakie przeczytałem w 2009 roku.

wtorek, 26 października 2010

Umberto Eco - Tajemniczy płomień królowej Loany
















Data ukończenia: około 6 maja 2006

Data utworzenia recenzji: 6 maja 2006

Recenzja:

Znałem wcześniej trzy książki Eco, ta opisana była jako najłatwiejsza w odbiorze... Niesamowicie się wynudziłem tą "łatwością". O ile pierwsze strony wskazywałyby na całkiem ciekawe opowiadanie, to z każdym następnym rozdziałem chciałem zacząć nową książkę. Po przeczytaniu stwierdzam, że nie było sensu tracić czasu. Jedyne co ratuje tę powieść to wspominki włoskiego faszyzmu, a rozczarowuje nazwisko autora na okładce...


Opinia po czterech latach:

Prawie każdy miał jakiś epizod, w którym coś zbierał. Od kamieni do książek. Od resoraków po latawce. U niektórych ten etap zmienia się diametralnie i pozbywają się swojego dzieciństwa oddając je komuś innemu, napędzając tym czynem dzieciństwo osoby trzeciej. Argumentem jest to, że są już wystarczająco "duzi".

Być może właśnie dla nich ta książka, miałaby jakąś wartość. Poszukiwanie dzieciństwa poprzez kontakt z przedmiotami z tamtych czasów. Mnie, kolekcjonera każdego karteluszka, nie pochłonęło nic z tych rozdziałów zawartych w dziele Eco. Jedyne godne uwagi, to historie, które główny bohater sobie w końcu przypomina. Ale zanim do nich dojdziemy, musimy szperać w nieswoich szpargałach. W 2006 roku tytuł ten był dla mnie niesamowicie męczący, którego ciężko było mi zaliczyć, a końcówka na którą czekałem z niecierpliwością i znużeniem zarazem, nie rozczarowała mnie - rzeczywiście nie było sensu na nią czekać. Wydaje mi się, że taką powieść mógłby napisać każdy, ale tylko mając takie nazwisko, jak autor można coś takiego wydać. Co uważam, za najdosadniejszy komentarz do książki.

I być może jest to wina, że jestem jeszcze zbyt młody na taką powieść, słyszałem takie komentarze. Że tego typu sentymentalizm przychodzi z wiekiem. Sprawdzę to, za jakieś 20-30 lat, jeśli nie będę zajęty badaniem swojego własnego dzieciństwa.

środa, 20 października 2010

Ian Fleming - Pozdrowienia z Rosji

Data ukończenia: 23 lipca 2009

Data utworzenia recenzji: 23 lipca 2009

Recenzja:

Jedna z 10 ulubionych książek Kennedy'ego. Według fanów Jamesa Bonda, najlepsza książka, jaką napisał Fleming. A według mnie totalne rozczarowanie.

Może to za sprawą fenomenalnego filmu na podstawie książki. To był właśnie ten odcinek, który pokazał, że James Bond to z początku historii nie tylko strzelający marketing, ale najlepsze kino akcji, na jakie można było sobie pozwolić w tamtych latach. Trochę może zbyt wiele dodanych rzeczy, chociażby SPECTRE, ale wszystko trzymało się kupy.

Książka też trzyma się kupy. 1/3 historii poświęcona jest Smierszowi, więc mamy okazję poczytać jak działa wrogi aparat. Zapowiadało to powiew świeżości po dobrych, ale "taśmowych" przygodach w "Diamenty są wieczne". Historia sama w sobie jest w porządku, niestety to właśnie Fleming psuje całą swoją pracę poprzez nadmierne opisywanie przedmiotów. Było to w większym lub mniejszym stopniu w każdym tomie, ale "Pozdrowienia z Rosji" przebijają wszystkie razem wzięte.

Opis ciała Granta cztery strony, pokój Smierszu rozpisany na cztery strony. Niedawno czytając Kinga (jego świetną książkę "Jak pisać..."), zauważyłem że minimalizm opisów może rzeczywiście ułatwić czytanie powieści. Niektórzy jednak pisarze muszą sobie/komuś udowodnić, że umieją tworzyć, a pokazują to poprzez tworzenie opisów rzeczy w realistyczny sposób.

Doprowadza to do tego, że w trakcie czytania kolejnego opisu chce się krzyknąć: "Ian, nie przeżywaj...". Totalny onanizm autora. To sprawia, że z 280 stronicowej powieści 60% to bzdurne nic, w większości, nie wnoszące rozpływanie się Fleminga nad własnym kunsztem literackim.

Ale jeśli zostawić styl to wszystko rzeczywiście jest na swoim miejscu. Chociaż z fabułą też miałem wątpliwości, za dużo niewiadomych było podczas całej misji, by tak na ślepo wysyłać swego najlepszego agenta po Spektora i kobietę, która była w nim zakochana. Nie przeczuwali, że to może być szwindel? W filmie jakoś na to dało radę przymknąć oko, ale w książkach Bond jest postacią bardzo omylną, jest bardziej ludzki niż w jakimkolwiek filmie. I tak, jak do tej pory MI6 w powieściach było przedstawiane wiarygodnie (specjaliści), tak w "Pozdrowieniach z Rosji" nie chciało mi się wierzyć, że tak dano się nabrać.

Największym plusem fabuły było zakończenie, które sugerowało, że to ostatnia część Jamesa Bonda napisana przez Fleminga. Kończy się dość mocną sceną, ponieważ sam Fleming znienawidził swojego bohatera. Protesty się nasilały i Ian powrócił bardzo szybko do pisania kolejnej powieści, "Dr No".

Nie mam przeważnie okazji mówić, że film jest lepszy od książki. "Pozdrowienia z Rosji" jednak najlepiej jest obejrzeć. Od cholery akcji, świetna muzyka, dwie najlepsze walki w historii Bonda (walka z helikopterem SPECTRE i z Grantem; pierwszej nie było w książce, a druga raczej została opisana "tak sobie"). Może właśnie dlatego, że najpierw obejrzałem film, tak źle oceniłem tę książkową przygodę, ale pozostałe tomy też w taki sposób zaliczałem i przy żadnej aż tak mocno się nie rozczarowałem. Możliwe, że to wina gry From Russia With Love na PS2, która jest bardziej na podstawie filmu, niż książki. Może to wina przesytu tą historią. Ale włączyłem przed chwilą film i oglądam, co ciekawsze sceny - żałuję, że nie mogłem przeczytać właśnie takiej książki, jaką widzę na ekranie telewizora. Wychodzę z założenia, że dobra literatura sama się obroni, nieważne w jakim czasie i sytuacji się ją czyta. "Pozdrowienia z Rosji" Fleminga to TYLKO niezła literatura.


Opinia po roku:

Powiedzmy, że musimy przetransportować za granicę piękną dziewczynę i sprzęt, który jest ważny dla naszego kraju. Który środek lokomocji należy wybrać? Szybki, bezpieczny samolot czy niebezpieczny pociąg? Bond wybrał pociąg, bo na fotelach samolotu nie można uprawiać wyuzdanego seksu...

Dopiero niedawno do mnie dotarł ten niuans. Podejrzewałem, że może nastąpił pewien przesyt opowieścią, ale przeglądając książkę widzę, że nie ma w niej nic, co mogłoby mi się podobać. Tak, jak w "Moonrakerze" Bond przez głupotę bierze za dużo amfetaminy, w innych popełnia inne głupsze błędy. Podoba mi się ta ludzka cecha. W "Pozdrowieniach z Rosji" wszystko kręci się wokół jednego, James myśli nie tą główką, którą powinien.

Jest to chyba najbardziej seksistowska książka, jaką czytałem. Istny żer dla feministek. Nie podoba mi się i nie mogę uwierzyć, że ktoś publicznie może się przyznawać, że tak rajcuje go ta część przygód 007. Jest to jedna z najgorszych książek, jaką musiałem dotrwać do końca, w 2009 roku. I tak, jak średnio, co półtorej miesiąca brałem nowy tom z serii, tak po "Pozdrowieniach z Rosji" minęło kilka dobrych miesięcy zanim zasiadłem do "Dr. No".

piątek, 15 października 2010

Ian Fleming - Diamenty są wieczne

Data ukończenia: 16 maja 2009

Data utworzenia recenzji: 16 maja 2009

Recenzja:

Aktorstwo Connery'ego, jako Bonda, dzielę na dwa okresy: Sean Connery jako James Bond i Sean Connery po Lazenby'm.

W pierwszych 5 filmach zagrał niesamowicie, nawet gdy scenariusz lub fabuła siadała, jak w "Dr. No", to i tak nie można było się przyczepić do gry Sean'a. Lazenby idealnie przejął pałeczkę i połączył charakter swego poprzednika z Bondem książkowym. Ale jednak wrócił ten, któremu się już nie chciało... Zaczął seplenić, olewać, "nic nie robić" i głupio się uśmiechać do kamery. Istne preludium do Rogera Moore'a.

Żeby tego było mało. Blofeld. Przez dwa poprzednie filmy, dwaj fajni aktorzy. W "Diamenty są wieczne" nieudana imitacja, z włosami (to chyba resztki sierści z kota). Nie wiem, jak można było zakończyć trylogię Blofelda, takim niewypałem w wyborze aktora. I jeszcze ta kobieta Bonda. Chcieli Amerykankę, to wzięli pierwszą lepszą. Tak jest, nie lubię tego filmu. Jako wisienka na torcie para homoseksualistów, którzy się nie całują, nie dupczą, a czuje się do nich wstręt. Najgorsza para homoseksualna, jaką widziałem w filmie.

Po ostatnich doświadczeniach z książkami Fleminga liczyłem, że będzie lepiej niż by pokazywała to ekranizacja. I się nie zawiodłem. Nie ma Blofelda. Homoseksualiści są, ale nie irytują tak jak w filmie. Nawet da się ich lubić. W fabule nic nie ma o jakimś diamentowym satelicie, czy co to tam było. Fabuła dotyka szmuglowania diamentów i nic poza tym. Ten problem jakoś kręci Fleminga, bo napisał jeszcze jedną książkę na ten temat, nie mającą z Bondem nic wspólnego. Historia ta jest też pretekstem do pochwalenia się kolejnymi zabawami, na jakich zna się Ian, a są to: wyścigi konne, znowu gra w karty i ..., od cholery innych rzeczy. I to jest jeden z dwóch minusów w książce - przytacza tutaj tyle ciekawostek, że normalny pisarz rozpisałby to na 4 książki. Tutaj wszystko jest zawarte na 250 stronach. Bardzo dużo się dzieje, akcja pędzi bez chwili wytchnienia. Żaden rozdział nie ma nawet przez chwilę nutki dłużyzny. Przez cały czas akcja + ciekawostki, które do siebie pasują.

Z tego wychodzi drugi minus: akcja jest na tyle równa, że nie ma miejsca na punkt kulminacyjny, chwilę zastanowienia. Pod koniec książki zacząłem się już zastanawiać do czego ona prowadzi, okazuje się, że do żadnych tam przemyśleń. Czysta rozrywka.

Oprócz tego ma dwa plusy, za co bardzo już polubiłem tę część. Wspomnienia Bonda, czyli częste wracanie do przeszłości. James słyszy muzykę - przypomina mu się Vesper; widzi Murzyna - wspomina rozmowę z Felixem o harlemie; coś tam o Moonrakerze itd. Czuje się, że to kontynuacja, że jest wszystko chronologicznie i istnieje ciągłość - w przeciwieństwie do filmów (Connery mszczący się za śmierć żony z tym kretyńskim wyrazem twarzy mówiącym, że nic się nie stało w gruncie rzeczy? Litości. To już Moore przy grobie żony i Dalton na ślubie Felixa lepiej to zagrali, a przecież już jej nie mścili...).

Drugą świetną sprawą, jest utrata przytomności, która przypomina mi bardzo "Maxa Payne'a 1". Jak ktoś będzie mówił o konsekwencjach utraty przytomności na mózg padną mi "Max Payne" i "Diamenty są wieczne". Kapitalne.

Całość psuje trochę fakt, umieszczenia wyjaśnienia Bonda w sprawie rasizmu. W "Żyj i pozwól umrzeć" wygłosił tezę, by ją teraz bardzo żenująco i infantylnie wytłumaczyć. Minus dla Fleminga.

I gdybym miał książkę gdzieś umieścić, to gdzieś koło "Moonrakera", nie jestem jeszcze przekonany czy pod, czy nad. To jest jeszcze do przemyślenia. Jednak "Diamenty są wieczne", obok "Moonrakera", jest to książka, którą rzeczywiście bardzo dobrze się czyta i pomimo kilku minusów oceniam ją bardzo pozytywnie.


Opinia po półtorej roku:

I to właśnie pokazuje, jak dobry był "Moonraker". Byłem nim tak zachwycony, że nie zauważyłem nawet, że następny tom jest bardzo słaby. To co trzecia część próbowała ominąć, po "Żyj i pozwól umrzeć", tutaj wraca ze zdwojoną siłą. Wracają wielkie podróże po świecie, tym razem zawężone bardziej do Stanów Zjednoczonych. Wszystko rzeczywiście dzieje się "z kopyta", jednak nie jest to takie przyjemne, jak mogłoby się zdawać. Ciągła zmiana miejsc irytuje i ma się wrażenie, że nigdzie miejsca na dłużej się nie zagrzało, a tylko obserwuje się wersje demonstracyjne nowych placówek.

Inną irytującą rzeczą jest na przykład wróg Bonda, który jest po prostu bezpłciowy, prawie nieistniejący. I bardzo ciężko jest w tej powieści czerpać przyjemność z czytania o antagonistach, tak jak czerpało się z Le Chiffre'a, Drax'a czy Dr. No. Pomimo, że do "Żyj i pozwól umrzeć" również mam te same pretensje, to tam przynajmniej była postać Pana Byka, który nadawał chociaż trochę przyjemnego mrowienia na plecach. Tutaj bracia Spang to nieudana próba stworzenia mrożącej krew w żyłach mafii. Wiele lat później Flemingowi udało się zrobić o wiele ciekawszą "mafię".

Czwarty tom przygód Jamesa Bonda to bardzo słaba powieść. W stosunku do "Moonrakera" to siedmiomilowy krok w tył. To książka, którą można było popełnić na starcie, a nie po trzech dobrych lub bardzo dobrych tytułach. Opowieść jest nudna, rozciągnięta do prawie 250 stron. Moim zdaniem powinno być maksymalnie 50 i zamieszczone w jakimś zbiorze opowiadań, bo nie jest warte oddzielnej pozycji. I tak co bym nie mówił, nie zdawałem sobie sprawy wtedy, że to dopiero preludium do najgorszej książki, jaką do dzisiaj udało mi się przeczytać, a która wyszła spod pióra Iana Fleminga.

środa, 13 października 2010

Julio Cortázar - Gra w klasy


Data ukończenia: 9 października 2010

Data utworzenia recenzji: 13 października 2010

Recenzja:

W tym roku otworzyłem się nieco na literaturę, której długo jeszcze bym pewnie nie tknął. Od bliżej niezidentyfikowanej grupy osób poznałem Coelho i jego nieszczęsnego "Alchemika". Od mojej koleżanki ze studiów poznałem Schmitta, który okazał się znanym mi Schmittem z "Oskara i pani Róży". W końcu zapytałem o najlepszą książkę z biblioteczki swoją Damę Serca, która bez wahania wskazała "Grę w klasy". I jeszcze nie zdążyłem otworzyć powieści, by być nią już w pewnym stopniu zachwycony. I pewnie, jak większość osób, byłem mocno podniecony na myśl o tym, że będę mógł przeczytać tak skonstruowane dzieło.

Podzielona jest ona na 155 rozdziałów, które z racji swojego charakteru powinny być zwane raczej klockami. Jednak jest to książka, która zawiera w sobie wiele książek. I zdaję sobie sprawę, że w tym momencie grzmi ode mnie pompatyczną historyjką napisaną na tylnej okładce "Alchemika" czy jakiegoś innego "Sekretu" - "zawiera w sobie wiele opowieści", "to książka, która za każdym razem ukazuje inne wartości" itp. Problem polega na tym, że Cortázar rzeczywiście zrobił to, co wypisują na innych książkach.

Autor sugeruje wybrać jeden z dwóch sposobów czytania, co nie oznacza, że nie można znaleźć innych kombinacji. Pierwszy sposób to przeczytać pierwsze 56 rozdziałów. Jest to cała opowieść o Horacio, więc nic się nie traci z opuszczenia kolejnych 99. Jednak jest też możliwość przeczytania tej historii z kluczem, gdzie zaczynamy czytać od rozdziału 73, potem czytamy 1 i 2, by następnie przeskoczyć do 116, i wrócić znowu do 3, później do 84... I w ten sposób, główny wątek uzupełniony jest o dodatkowe rozdziały, które ułatwiają/podpowiadają/sugerują itp. Sam przeczytałem pierwsze 56 rozdziałów i na ich podstawie piszę recenzję.

Podejrzewam, że pewnie jakieś 90% czytelników zostało oczarowane samą tą otoczką. Ja, szczerze powiedziawszy, zabrałem się za nią ze względu na osobę, która mi zaproponowała książkę. Ale gdybym usłyszał o tym, jak jest skonstruowana od innego czytelnika, na pewno zapisałbym ją na niekończącą się listę książek, które chciałbym przeczytać.

I jeśli mam opowiedzieć o czym jest ta książka, usta mi się otwierają, ale nie potrafię nic na ten temat powiedzieć. Przeczesywałem internet w celu znalezienia jakiejś opinii, analizy. Jednak porównując je zauważam, że chyba chciałbym inaczej niż ci autorzy opisać moje wrażenia podczas czytania tej książki. Najlepszym komentarzem, jaki usłyszałem, było stwierdzenie, że to ta "biblia dla pseudointelektualistów". I chyba sam się pod tym podpiszę, bo sam się za kogoś takiego uważam. Większa część książki, to pseudointelektualny bełkot, z którego trudno coś wyciągnąć. Przynajmniej takie są z początku wrażenia, bo zaczyna się zauważać relację między tym co się mówi, a co czyni. Porządek, a chaos. Odizolowanie, a samotność. Wszystko zaczyna się zazębiać. I to, co było bełkotem, zaczyna mieć sens w tej chaotycznej opowieści.

Jednak jedna z najgorszych rzeczy w "Grze w klasy", którą aż chce się wykrzyczeć na głos, to postać głównego bohatera - Horacio Oliveira'y. Nie widziałem, ani nie słyszałem żadnej wzmianki na ten temat, ale aż kusi, żeby skrytykować tego typu osoby. Horacio to dla mnie pewien nieudacznik, który rzeczywiście wszystkich potrafi przegadać, ale gdy przychodzi do działania, to jest tylko "inkwizytorem", osobą która niszczy. Tak, jak z jego ukochaną Magą, której podcina skrzydła radości, którą podejrzewa o najgorsze rzeczy. Nie wiadomo czy jest święcie przekonany, co niby jego kochanka czyni za jego plecami, czy może wykorzystuje sytuację, by się psychicznie wyżyć na tak niewinnej osobie, jaką jest Maga. Oliveira to człowiek egoistyczny, niebezpieczny, który znalazł się nie po tej stronie drzwi od izolatki, gdzie swoją wolnością krzywdzi kobietę, którą nawet nie podejrzewa, że kocha. To nieudacznik, który w świecie szuka tego, co przez cały czas ma we własnej kieszeni.

I to jest moim zdaniem najważniejszy wątek w książce. Przychodzi taki czas, gdy ma się wyrzuty sumienia, że się nie zauważało, że nie zdążyło się powiedzieć słów, tych najważniejszych. I zauważa się swoje błędy, których nie ma jak naprawić. Nie ma z kim porozmawiać po gliglińsku. Nie można wydęgać murty swojej ukochanej osoby, kłaść plinki między argusty i tropikać marcyny.

Jeśli chodzi o klimat, to bardzo przypomina mi się "Cień wiatru". Tylko, że Cortázar nie ułatwia zadania i nie prowadzi za rękę. Dobry przykład - po zakończeniu 56 rozdziału, przeczytałem posłowie, które według tłumaczki powinno się zwać "międzysłowiem", bo tej książki nie można skończyć. Zasiadłem więc z piórem i zacząłem przepisywać najlepsze kawałki z pierwszego rozdziału, gdy nagle uświadomiłem sobie, jak idealnie odpowiada na pytania, które stworzyły się podczas czytania ostatnich stron. Zacząłem poprostu dokładać nowe klocki, które otwierają mi oczy na niektóre sprawy zawarte w książce.

I podsumowując, jest to tytuł, który musi się znaleźć na mojej półce. Za kilka miesięcy, jak trochę ochłonę, będę się przymierzał do przeczytania historii z kluczem. I jeszcze nie chcę tego oficjalnie robić, ale jest bardzo prawdopodobne, że uznam "Grę w klasy" za arcydzieło.

sobota, 9 października 2010

Bolesław Prus - Faraon

Data ukończenia: druga połowa 2005

Data utworzenia recenzji: 12 lutego 2006

Recenzja:

Wcześniej w szkole nie byłem zmuszany do czytania tej lektury i całe szczęście, bo prawdopodobnie zepsułoby mi to powieść. Gdyby nie to, że przez przypadek kolejny raz przeczytałem nowelkę "Z legend dawnego Egiptu" to minęłoby wiele lat do zaliczenia tej książki.

Dopiero teraz mogę powiedzieć, że Bolesław Prus to jedyny polski pisarz, którego nie tylko trawię, ale i bardzo lubię jego styl pisania, budowania napięcia itp. Zresztą wszystkie jego teksty kończą się w ten sam sposób, a i tak jakoś nie mogę się do tego przyzwyczaić (kto czytał "Lalkę" i "Faraona" wie o co biega).


Opinia po pięciu latach: 

Jest to najstarsza recenzja książki, jaką udało mi się znaleźć. Jest to też ten tytuł, który pobudził moje zainteresowania do zbierania swoich opinii po "zaliczeniu" tytułu.

Zakończenie liceum pozwoliło mi na obiektywne wracanie lub poznawanie lektur, które wcześniej musiałbym rozpracowywać - zrobić sekcję strona po stronie. Wymyślać lub zgadywać, jakie jest przesłanie i co znawcy (często lepiej wiedzący od samego autora) uznali za esencję książki.

"Faraon" to właśnie ta lektura, która została przeczytana po tym, ciężkim dla literatury, okresie, jakim jest szkoła i wymuszanie czytania "odpowiednich" książek. I nie mogę powiedzieć, że się nie nudziłem podczas czytania. Były dłużyzny, które mnie bardzo irytowały, ale to był krótki okres, kiedy byłem zafascynowany Egiptem i potrzebowałem czegoś w tych klimatach.

I mając na uwadze innych autorów, którzy zostali (moim zdaniem), skrzywdzeni przez los i dostali miano wybitnych autorów, a największą ich nagrodą było umieszczenie ich dzieł na liście lektur, spodziewałem się sztampowego zakończenia. Gdzie Staś i Nel w końcu znajdują swoich ojców, a Zbyszko po śmierci Danusi znalazł ukojenie między udami Jagienki.

Bolesław Prus pokazał zakończenie najgorsze i najokrutniejsze. Gdzie nie ostateczna śmierć jest tragiczna, ale przywłaszczenie, wykluczenie, a w końcu zapomnienie. Nie tego się spodziewałem. Eskalacja konfliktu w ostatnich rozdziałach zapowiadała, że albo wydarzy się jakiś cud i wszystko zakończy się dobrze, albo jedziemy do straszliwego finału. I chyba dlatego tak dobrze czytało mi się tę książkę. Zapominam jej dłużyzny, na które pewnie byłem zbyt młody, bo to co dostałem na sam koniec było jednym z najciekawszych zakończeń, jakie znam. I właśnie dlatego mogę polecić przeczytanie tej nie lektury, ale powieści.

środa, 6 października 2010

Stephen King - Mroczna Wieża I: Roland



Data ukończenia: około 27 grudnia 2006

Data utworzenia recenzji: 27 grudnia 2006

Recenzja:

W ramach przerwy, znudzony już kolejną książką z makroekonomii, rzuciłem się na serię, którą odkładałem już od paru lat. Wiem, że pierwszy tom jest tym tomem, który zniechęcił niektórych do czytania całej "Mrocznej Wieży", ale przekładałem czytanie ze względu na powiązanie z innymi książkami Kinga - im więcej wcześniej przeczytałem, tym więcej aluzji znajdę.

Co do samego "Rolanda", czuć, że napisany jest w "smarkatych latach" Kinga. Przed chwilą dowiedziałem się, że została wprowadzona poprawiona wersja pierwszego tomu, przeczytam ją więc chyba na sam koniec.

Strasznie męczyła mnie scena z wyrocznią i z podróżą przez góry, ale dałem radę i nie zawiodłem się. Zrobiłem tylko jeden głupi błąd. Zacząłem uczestniczyć w 7 tomowej sadze, a tutaj z każdej strony zaliczenia i sesje, ech...


Opinia po czterech latach:

Po takim czasie wiedziałem, że usiądę i będę chciał napisać opinię, która zjedzie ten tom. Jest to słaba część, którą przeczytałem do końca tylko ze względu na to, że cała moja rodzina była zafascynowana "Mroczną Wieżą". Byli też zafascynowani fanatycznie Kingiem i z tego powodu podchodziłem do tej serii z rezerwą. Jest tylko jedno "ale".

Po przeczytaniu całej sagi, nie wziąłem do ręki ponownie pierwszego tomu, aż do dzisiaj. Przekartkowałem całą książkę. Przeczytałem ostatni dialog między rewolwerowcem, a człowiekiem w czerni i jestem zachwycony! Właśnie to wtedy powinienem był zrobić po przeczytaniu siódmego tomu. Znajdują się tu chyba wszystkie odpowiedzi na znaki zapytania w tej serii. Przez co, to co wydawało mi się zbiorkiem opowiadań o Rolandzie, stało się jedną z ważniejszych części tej serii.

Nadal uważam, że jest słabo napisana. Nie czytałem tej poprawionej wersji, ale zrobię to. Trzy lata temu powiedziałem, że raczej nie przeczytam drugi raz sagi o Mrocznej Wieży, ale dziś już taki pewien tamtych słów nie jestem. Nie mogę polecić tej części, jednak muszę przyznać, że okazała się rzeczywiście ważna. I niestety trzeba przez nią przebrnąć, bo może nie wszystkie odcinki mi się podobały, to cała seria jest godna uwagi i warta przeczytania!

niedziela, 3 października 2010

Bronisław Kijewski - Progi tolerancji

Data ukończenia: około 15 czerwca 2007

Data utworzenia recenzji: 15 czerwca 2007

Recenzja:

Ech, dostałem polecenie: "przeczytaj ostatnie opowiadanie, warto", a że książek nie czytam od końca, przeczytałem całość...

To jest debiut tego autora, w 1984 roku, i z tego co sprawdzałem nic więcej nie wydał. 9 opowiadań science fiction, które cholernie przypominają mi dzieła Lema. Też opowiadają o człowieku i otaczającej go technologii. Oczywiście do Lema nie dorasta, Kijewski wymyśla bardzo dobre historyjki tylko, że ma skłonności do spieprzenia nawet najlepiej zapowiadającej się fabuły. Na przykładzie opowiadania "Ci przeklęci Polacy" - historia składa się z samych raportów kosmicznych opisujących starcie Ziemia-Kosmici; dla mnie wyglądalo to oryginalnie, dopóki nie pojawili się Polacy i nie zrobili dokładnie tego co w Hollywoodzie robi każdy amerykański marines.

W innym tekście, przez 10 stron jest monolog jednego faceta, ale to taki filozoficzny bełkot, że tego się nie da na spokojnie przeczytać. Ten bełkot w każdym opowiadaniu to główna wada tego zbioru, prawdopodobnie jest to wina tego, że pan Kijewski jest prawnikiem - dyktatorzy nie muszą być malarzami, a prawnicy poetami...

I przy tym wszystkim szkoda mi surowo oceniać autora, bo każda strona ma jakis potencjał, ale brak tam jakiejś strategii dokończenia opowiadania. 30% tekstu składa sie z dobrego pomyslu, a pozostałe 70% to już zapchaj dziura do następnej historyjki.

I niestety, mam mieszane uczucia, chociaż muszę przyznać, że ostatnie opowiadanie, które skłoniło mnie do wzięcia książki w łapę, rzeczywiście było dobre. Ale to nie wystarczy, żeby być usatysfakcjonowanym.


Opinia po trzech latach:

To był ciężki zbiór... W 2007 roku byłem raczej monotematyczny, bo czytałem "Mroczną Wieżę", ale "Progi tolerancji" to jeden z tych tytułów, który się pamięta tylko za to, że nie można sobie nic z tych opowiadań przypomnieć. Jedna wielka luka. Nawet ta ostatnia historia jest nie do przypomnienia.

I to chyba najlepsze podsumowanie tego "dzieła". Moim zdaniem to strata czasu. Miałem problemy z czytaniem tego, miałem problemy ze znalezieniem jasnego punktu w zbiorze, teraz mam problem z pamięcią. Od 2005 roku nie zdarzyła mi się książka, o której AŻ tak nie wiedziałbym co napisać.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...