czwartek, 30 września 2010

Stephenie Meyer - Zmierzch


Data ukończenia: 4 sierpnia 2008

Data utworzenia recenzji: 4 sierpnia 2008

Recenzja:

Chyba pierwsza romansowa książka jaką przeczytalem, a na pewno pierwsza jaką przeczytałem do końca. Inna od wszystkich, ponieważ pokazuje romans z wampirem. Dzieciaki na oko 18 lat. Inna też pod tym względem, że nie "miłość w pupę", jak u Rice, tylko taka bardziej "romantyczna".

Ciekawa wakacyjna lektura, której się przeważnie nie przeżywa, ale zostaje miłe wrażenie. I zdecydowanie polecam młodzieży.


Opinia po dwóch latach:

Gdy pisałem recenzję nie zdawałem sobie zupełnie sprawy, co za "wspaniałe" dzieło miałem w rękach. Nie to, żebym zmienił zdanie co do wrażeń. Nadal uważam, że to całkiem niezłe romansidło, które jest dobre dla  nieziemsko zakochanych (czyli, samotnych) dziewczynek, które chciałyby się wtopić w ramiona seksownego, ale tak obojętnego na sprawy seksu wampira, jakim jest Edward.

Fenomen jednak jest dla mnie zupełnie niezrozumiały. Rozumiem, że po Harrym Potterze została pewna luka na rynku, którą trzeba było zapełnić. O ile Rowling można wiele zarzucić, to miała jakieś ciekawe pomysły, które przez siedem tomów trzymały w napięciu, stawały się bardziej dojrzałe. Zawsze można było liczyć na nowe pomysły. Meyer pisze prostą historię, która nie jest tak rozbudowana, jak u Rowling. Dlaczego właśnie ta seria podbiła serca młodzieży? Nie mam zielonego pojęcia.

Miałem jednak duży problem z drugą częścią, "Księżyc w nowiu", której nie dałem rady przeczytać i stwierdziłem, że nie potrafię się w tej serii odnaleźć. Zaczęła przeszkadzać mi ta cukierkowa, niewinna miłość między ludźmi i wampirami. Cała ta sytuacja - "chciałAbym, ale bojE się", zaczęła mnie irytować. Dobrnąłem do setnej strony, by kiedyś móc ją dokończyć, nie tracąc czasu na początek. Na razie jednak nie spieszy mi się do tego. Zdaję sobie sprawę, że musi mieć coś przyciągającego do siebie. Ja jednak nie jestem targetem tych książek. 

sobota, 25 września 2010

Ian Fleming - Moonraker

Data ukończenia: 8 kwietnia 2009

Data utworzenia recenzji: 8 kwietnia 2009

Recenzja:

Film był przeciętny. Z jednej strony całkiem ciekawa fabuła, dopóki nie wylatują w kosmos. Z drugiej: kosmiczne wojny + infantylny humor. Jeden z tych filmów, gdzie ciągłe puszczanie 'oczka' do widza niszczy cały klimat obrazu.

I tak samo, jak w przypadku "Żyj i pozwól umrzeć", poprzedniej części, z obawą podchodziłem do historii opowiedzianej w książce. Całe szczęście oprócz Bonda, Moonrakera i Draxa nic więcej nie łączy tych fabuł.

Całość dzieli się na 5 dni, które ukazują Jamesa z zupełnie innej perspektywy niż dotychczas. Mamy Bonda siedzącego za biurkiem, przeglądającego teczki, grającego wieczorem w karty, wspominającego sentymentalnie swoich towarzyszy (008 i 0011, jedyni agenci 00), przeżywającego, że musi spędzić 7 lat w robocie do upragnionej emerytury i że nie dożyje tego czasu.


Ogólnie Fleming z książki na książkę poprawia styl pisania. Całość jest przesiedziana, jak "Casino Royale", ale "Moonraker" jest o wiele bardziej rozszerzony literacko (to nie jest zwykła recenzja akcji, a normalna powieść), jednak nie jest autoplagiatem.

Jest jeden "nic nie znaczący" minus książki. Jeden rozdział, mający 10 stron, czytałem cały dzień. Ilość opisów przyrody na ten jeden moment przyprawił mnie o agorafobię. Aż chciałem, żeby Bond wrócił do sterylnego laboratorium - tam Fleming nie miałby się nad czym masturbować.

Gdybym miał komuś polecić jedną z książek Fleminga, poleciłbym właśnie "Moonrakera". Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego tak spieprzono film. Fabuła powieści może nie jest za bardzo dynamiczna, ale jakby ktoś chciał to mógłby z tego zrobić drugie "Pozdrowienia z Rosji", a nie "Gwiezdne Wojny"...

Aaa, i jeszcze tak popatrzyłem na poprzednią opinię dotyczącą "Żyj i pozwól umrzeć". Pomimo tego, że jest lepiej napisana niż "Casino Royale", to przemyślałem całą sprawę i stwierdzam: większą przyjemność sprawiło mi przeczytanie pierwszego tomu.


Opinia po półtorej roku:

Do trzech razy sztuka. "Casino Royale" było bardzo dobrą powieścią, "Żyj i pozwól umrzeć" średnią. Gdyby trzecia część okazała się podobna do drugiej, musiałbym robić o wiele większe przerwy pomiędzy tomami. Do dzisiaj "Moonrakera" uważam za tę książkę, która przekonała mnie, że warto zatapiać się w dzieła Fleminga, nawet jeśli trafiają mu się słabsze tytuły (co zdarzy mi się jeszcze zanegować w późniejszych recenzjach).

Gdybym miał wybrać największy minus, to tym razem nie obstawiałbym tego dziesięcio stronicowego rozdziału. Pierwsze siedemdziesiąt stron to opis potyczki między Bondem, a Draxem, w brydża. Jestem laikiem, jeśli chodzi o brydża, i zupełnie nie orientowałem się w tym co dzieje się na stronicach. Poza tym sam sposób oszukiwania przez Draxa jest trochę żenujący. Dziś nie wydarzyłoby się coś takiego w szanowanym klubie i uważam, że w 1955, w roku wydania "Moonrakera", również nie doszłoby do takiego zaniedbania. Scena kantowania ogólnie jest mocno naciągana. Bardzo możliwe, że większość czytelników mogłaby być na tyle zirytowana tym fragmentem, że nie zdziwiłbym się, gdyby nie kontynuowali lektury.

Pozostała część książki przez następne pół 2009 roku, była dla mnie niedoścignionym wzorem, dopóki nie przeczytałem "Dr. No". Jednak nawet w "Doktorze No" nie było tyle sentymentów, ile znalazło się w "Moonrakerze". To co tak bardzo podobało mi się w "Casino Royale" - przemyślenia - tutaj są dwa razy mocniejsze, bardziej dosadne. Sama końcówka, z Galą Brand -"dziewczyną Bonda", jest chyba jedną ze smutniejszych sytuacji, jakie mogą zdarzyć się mężczyźnie, który stawia wszystko na jedną "kartę miłości". Mam wiele pretensji do stylu opisywania przedmiotów przez Fleminga, ale jeśli chodzi o tworzenie opisów charakteru i uczuć, to chyba nie było bardziej przyswajalnego dla mnie autora.

Jak najbardziej warta przeczytania książka. "Moonraker" nie miał takiego kredytu, jak na przykład "Casino Royale". Nie był pierwszą częścią, nie można powiedzieć, że warty uwagi tom, bo to klasyka, początek jakiejś długiej historii. "Moonraker" broni się sam! To chyba najbardziej detektywistyczna książka z 007 i mogę ją polecić każdemu fanowi kryminału. A ci, którzy obawiają się, tak jak ja na początku, kosmicznych potyczek, mogą być spokojni. Wszystko dzieje się na Ziemi i nie ma nic z science fiction.

poniedziałek, 20 września 2010

Hans Helmut Kirst - Bohater w wieży


Data ukończenia: 5 lipca 2010

Data utworzenia recenzji: 6 lipca 2010

Recenzja:

Wcześniej Kirsta znałem z "Fabryki oficerów". Było mi to potrzebne do matury z polskiego i wykorzystując książki wojenne pokazywałem bezsens wojny i takie tam. Miałem "Inny świat", "Paragraf 22" i "Rzeźnię numer pięć". Obok tego właśnie trafiła mi się "Fabryka oficerów", gdzie po raz pierwszy miałem okazję czytać TAKĄ książkę o hitlerowcach.

Teraz, pisząc magisterkę, która też zahacza o II Wojnę Światową postanowiłem przeczytać kolejną książkę Kirsta. Trafiło na "Bohatera w wieży".

Fabuła rozpoczyna się w miejscu, gdzie bardzo zniewieściały żołnierz nazwiskiem Schulz ginie wypadając przez okno. Ludzie widzieli, jak szybował, więc jest podejrzenie, że został wypchnięty lub popełnił samobójstwo. W każdym razie w trzeciej baterii artylerii przeciwlotniczej "rączka rączkę myje" i Schulz ginie podczas mycia okien. Przy okazji zaczynają dochodzić myśli, by wybudować burdel, ku pokrzepieniu niemieckich serc, a kapitan Hein poszukuje zastępcy za Schulza. Wybiera kolejnego zniewieściałego żołnierza - Schuberta.

Strasznie dużo się dzieje w fabule, ciekawe jest jednak podejście do takiej wojennej książki. Jest to bardziej kryminał napisany w postaci wywiadów. Na początku mamy normalną akcję, by pod koniec każdego rozdziału umieścić przeprowadzone wywiady, które sugerują, że coś się stało niedobrego. Klimat jest gęsty i szczerze powiedziawszy nie jest to jakaś specjalnie wybitna literatura. Jest to raczej jedna z obrzydliwszych historii, jakie czytałem, gdzie nie ma żadnego pozytywnego charakteru. Jakieś 90% treści to dialogi, więc bardzo łatwo można przez nią przejść. Ogólnie, jest ok.


Opinia po dwóch miesiącach:

Po takim czasie nadal uważam, że książka jest ok. Miałem trochę większe nadzieje po "Fabryce oficerów", ale z drugiej strony nie była to zła powieść. Gdybym miał fabułę przyrównać do czegoś, to powiedziałbym, że jest to bardzo nieśmieszna wersja M & M Enterprises - syndykatu Milo Minderbindera z "Paragrafu 22", jeżeli można o niej powiedzieć, że w ogóle była śmieszna.

Tytuł ten docenią fani Kirsta, cała reszta powinna zacząć od "Fabryki oficerów", jeżeli chcą się zapoznać z tym autorem. Największy plus "Bohatera w wieży" to taki, że po raz kolejny chciałbym poczytać o hitlerowskiej szkole dla podchorążych, którą tak świetnie opisał Kirst w "Fabryce...".

wtorek, 14 września 2010

Ian Fleming - Żyj i pozwól umrzeć


Data ukończenia: 3 marca 2009

Data utworzenia recenzji: 3 marca 2009

Recenzja:

Po "Casino Royale", pomimo tego, że podobało mi się, nie spodziewałem się odkryć czegoś ciekawego w następnym tomie przygód Jamesa Bonda. Raczej słaby warsztat Fleminga, sugerowałby, że dopiero uczy się pisać powieści. Chociaż pomysły miał na tyle ciekawe, że warte było zachodu sięgnąć po "Żyj i pozwól umrzeć".
 
Jednak nawet nie biorąc pod uwagę wcześniejszej części, obawiałem się samej fabuły, ponieważ oglądając film o tym samym tytule do dziś przechodzą mnie ciarki. I nie chodzi tu o jakiś niesamowity klimat tego filmu. Okres Rogera Moore'a uważam za bardzo nierówny, gdzie nie było żadnej przygody Bonda, która by mną zachwyciła. Najlepsze z Moore'm były dla mnie "Żyj i pozwól umrzeć" oraz "Człowiek ze złotym pistoletem", cała reszta była bardzo mocno "młodzieżowa". Tak widzę większośc filmów z Rogerem. Odkładając jednak film na bok, zająłem się drugim tomem książki.

I jeśli chodzi o warsztat, to się niesamowicie pomyliłem! "Casino Royale", przy tym tytule wygląda bardzo blado, wręcz jak recenzja akcji przy prawdziwej książce. Fleming postarał się tym razem o wiele więcej opisów sytuacji, Bond nagle zaczyna uczestniczyć w dynamicznych walkach, a nie przyprawiających o hemoroidy potyczkach w bakarata. Tym razem zabija i boi się być zabitym (szczerze powiedziawszy, jeśli chodzi o filmowych Bondów to najwierniej zagrał go Timothy Dalton, więc nie wiem dlaczego tak często się go krytykuje).

Ian Fleming dorzucił coś więcej ze swojej filozofii. Tym razem nie tylko pedantyczne podejście do jedzenia i przedmiotowe do kobiet, ale też bardzo nieodpowiednie podejście (zwłaszcza w dzisiejszych czasach) do ludzi koloru czarnego. Niektóre opisy, np. "w pomieszczeniu czuć było zapach potu dzikich, murzyńskich ciał", aż proszą się o interwencję w TVN. Z tego, co czytałem, mocno się dostało Flemingowi właśnie za uprzedzenia rasowe. Oczywiście jest tutaj sympatyczna rola Quarrela, jednak jest opisywany bardziej jako Piętaszek Bonda, niż jako wolna postać pokroju Leitera (swoją drogą, to co spotyka Felixa już w drugim tomie jest o tyle dziwne, że w filmach jest chyba za bardzo eksponowany, jako postać drugoplanowa).

Fabuła jest mocno zmieniona, i wykorzystana została nie tylko do swojego filmowego odpowiednika, ale też według mnie w "Tylko dla twoich oczu", "Pozdrowieniach z Rosji" i "Licencji na zabijanie". W sumie dobrze, bo pomimo, że film "Żyj i pozwól umrzeć" nie był taki zły, to jednak nie chciałbym przeczytać takiej samej nudnawej dłużyzny, jaką musiałem obejrzeć. Przedłużające się wątki oczywiście są, ale i tak jest o niebo lepiej niż w "Casino Royale" i przesłodzona ostatnia częśc tej powieści.

Ogółem, lepiej niż "Casino Royale", o wiele lepiej niż film o tym samym tytule - podobało mi się i będę brnąć dalej.


Opinia po półtorej roku:

Drugi tom przygód Jamesa Bonda, okazał się po czasie niestety nijaki. Nie jest to historia, którą mógłbym rozpamiętywać latami i analizować różne aspekty tej powieści.

Chyba największym minusem jest ciągła zmiana miejsca akcji. Nie można się na dłużej gdzieś zaklimatyzować, ponieważ fabuła rusza z kopyta już od samego początku. Wydawałoby się, że to powinno iść na plus, jednak jest to utrata flemingowej filozofii. Więcej miejsc na świecie opisanych - mniej przemyśleń Bonda. Dla mnie to chyba jeden z poważniejszych minusów, jaki może w tej serii się pojawić.

Ale innym problemem jest kobieta występująca w powieści - Solitaire. Jest to jedna z najpłytszych kobiet, jakie znam. Nie mogę sobie konkretnie przypomnieć moją reakcję w momencie, gdy próbowała przejść na stronę Jamesa. Teraz, jak sobie przypominam, było to lekko żenujące. Nie, że niemożliwe. Ale może taki bajer, w tamtych latach, rzeczywiście mógłby się sprzedać.

Irytowała mnie cała ucieczka Bonda z Solitaire, a było to jakieś pół książki. Drażnią mnie tego typu sceny, gdy jedna z uciekających osób jest kulą u nogi głównego bohatera. I nie chodzi tutaj o to, że występowały jakieś wypadki. Tylko o to, że postać jest nudna. Nudna osoba w najlepiej bawiącej się grupie potrafi położyć całą imprezę. Taka jest właśnie Solitaire. Nie jest nawet cieniem, ale połami płaszcza biegnącego Jamesa Bonda.

"Żyj i pozwól umrzeć" uważam za jedną ze słabszych części serii Iana Fleminga. Podejrzewam, że osoby, które poszukują w literaturze niezobowiązującej przygody w egzotycznych miejscach lepiej by ją ocenili. Jednak jest jeden powód dla którego warto przeczytać ten epizod. Quarrel i Strangeways. Obie te postaci występują w "Dr. No", książce idealnej. Pomaga to czerpać większą przyjemność z delektowania się tym tytułem. Jeśli jednak ktoś nie uznaje zasady czytania wszystkiego i w kolejności od początku do końca, to jest to tytuł, który można sobie darować.

środa, 8 września 2010

Literatura 89. Numer specjalny:
Ian Fleming - Ośmiornisia
Eliot Ness, Oscar Fraley - Nieprzekupni
Peter Cheyney - Amerykanin w Londynie

Data ukończenia: 5/6 marca 2010

Data utworzenia recenzji: 6 marca 2010

Recenzja:

Zbiór opowiadań. Kupiony raczej dla nietypowego tłumaczenia krótkiej powieści Fleminga "Octopussy", która tutaj brzmi "Ośmiornisia". Na całość składają się 3 kryminały.


Ian Fleming - Ośmiornisia
Oprócz tego, że "Ośmiorniczka" ma inny tytuł, nic więcej nie wiem na temat tego co jest w środku. Nie przeczytałem tego, ponieważ w Bondach jestem dopiero przy "Goldfingerze". Na "Ośmiorniczkę" jeszcze trochę muszę poczekać, a co dopiero na tę wersję tłumaczenia.

Eliot Ness, Oscar Fraley - Nieprzekupni
Nic mi tytuł nie mówił, dopóki nie przeczytałem pierwszej strony. Toż to niefortunnie przetłumaczony tytuł, znany szerszej publiczności, jako "Nietykalni"...

Na dodatek z tego co czytałem, to sam Eliot Ness tylko zatwierdził opowieść, a cała praca to zasługa Fraleya. I o ile z początku nieźle się czyta powstanie Nietykalnych, to z biegiem stron tempo mocno siada na korzyść wyliczeń ile zarekwirowano browaru, gorzałki i aparatur. Przypomina mi to trochę sytuację z "Casino Royale", gdzie całość się czyta, jak raport ze sprawy, a nie powieść. Wszystko jest napisane tak prostym językiem, że po jakimś czasie jest to męczące. Poza tym, skrócenie tego o połowę mogłoby trochę umilić życie, bo opisów jest rzeczywiście mało, ale nie wiem co jest w zamian.

Ogółem, przeciętne opowiadanie. Lepiej jest jednak poczytać o tym na wikipedii, albo obejrzeć film.

Peter Cheyney - Amerykanin w Londynie
I to jest czarny koń zbioru. Nie wiem czy komuś znany jest Lemmy Caution, ale to kolejny detektyw (policjant, agent), wymierzający sprawiedliwość przeważnie pięścią. I często miesza szyki policji, jeśli akurat jest mu to na rękę.

Postać ta występuje w kilku innych opowiadaniach tego autora, ale nigdy wcześniej się z nim nie spotkałem. I to co zarzucałem Chandlerowi w "Głębokim śnie", tutaj zarzucić nie mogę. Wszystko jest zgrabnie wytłumaczone, kilka faktów jest zatajonych, ale jest rozsądnie uchylany rąbek tajemnicy.

Jest to zbyt krótkie jednak, by móc coś więcej opisać. Ale opowiadanie zachęciło mnie do przeczytania kolejnych przygód tego bohatera (o ile dostępne są w Polsce).


Podsumowując, jednego nie miałem zamiaru czytać, drugie przeciętne, a trzecie bardzo dobre. I tak nikt takiego starocia raczej odkurzać sobie nie będzie, ale w sumie nie ma po co. Jeśli brać ten zbiór do czytania sobie na wykładach to może być całkiem przyjemny. A tak to raczej męczarnia i dużo winy w tym "Nieprzekupnych".


Opinia po pół roku:

Czytam tę recenzję i sam się sobie dziwię. Byłem pod wpływem amorów, bo pomimo tego, że recenzja jest krytyczna, to zbiór ten nie jest tak zjechany, jak być powinien. Zamierzam naprawić swoje niedopatrzenie.

Pierwsze co mi się ciśnie na klawiaturę, to wymyślić własną interpretację tytułu "Octopussy". Nadeszły takie czasy, że nie wstydem jest napisać coś okraszone seksem lub wulgaryzmem. Ian Fleming, znany ze swojego upodobania do słowa pussy, nie bez powodu umieszcza je w imionach, czy w tytułach swoich powieści. Mieliśmy "Ośmiorniczkę", w tym zbiorze "Ośmiornisię", a inne broszurowe wydanie zmieniło pieszczotliwe nazwy, na bardzo konserwatywną "Ośmiornicę". Gdzie w tych tytułach pieprz Fleminga? Gdzie te pussy. No, nie ma. Więc przychodzę z pomocą i sam wymyślę tytuł, by miał całą magię z twórczości Iana - "Ośmiornizda". Jest w nim wszystko zawarte z poczucia humoru tego autora, a nawet sugeruje, że chodzi o ośmiornicę.

Inna sprawa, że nadal nie doszedłem do tego opowiadania, bo jestem po "Szpiegu, który mnie kochał". Wcześniej wspominałem, podejrzane jest tak częste wydawanie tego utworu, wraz z "Tylko dla twoich oczu". Nie spodziewam się żadnych rewelacji.

"Nieprzekupni" mają jednak szczęście. Jako jedno z najnudniejszych opowiadań, jakie czytałem w 2010 roku, nie jest tak słabe, jak recenzowane ostatnio "Ostatnie dni Sycylijczyków". Co nie oznacza, że jest dobre. Jest to taka sama grafomania, jak Blumenthala, tylko tym razem można się odnaleźć w fabule.

Po czasie mogę przyznać, że Peter Cheyney nie zrobił nic wspaniałego ze swoim opowiadaniem. Nie jest "bardzo dobry", jest solidny. Typowy średniak, który przy takich "Nieprzekupnych" błyszczy. Jednak patrząc na to co przeczytałem w "Pościgu", zauważam, że są to utwory, które mogą służyć, jako zapychacze w tego typu zbiorach opowiadań. Źle jednak wygląda, gdy trzecioplanowa historia, jest jedynym jasnym punktem w zestawie.

Po "Literaturze 89" i "Pościgu" pozostaje tylko podsumować tego typu zbiory. W tamtych czasach, wychodziły bardzo słabe rzeczy. Gdybym miał wierzyć, że są to "mistrzowie kryminału" i "najlepsze powieści kryminalne" rzuciłbym w cholerę te dwie książki i nigdy nie wracał do tego gatunku. Jak można czerpać przyjemność z czegoś, co zaspokaja, jak "fachowo" napisana książka z ekonomii. Nigdy nie przepadałem za zbiorami opowiadań, ale te dwa zbiory i wypociny Bronisława Kijewskiego - "Progi tolerancji" to kilka z wielu przykładów naprawdę przenudzonych i źle dobranych historii.

sobota, 4 września 2010

Pościg:
Ian Fleming - Tylko do twojej wiadomości
Ralph Blumenthal - Ostatnie dni Sycylijczyków (Pizza Connection)
Peter Cheyney - Numer wysokiej klasy
Peter Cheyney - Portret tajniaka

Data ukończenia: 2 września 2010

Data utworzenia recenzji: 4 września 2010

Recenzja:

Od jakiegoś czasu zbieram polskie wydania książek Iana Fleminga. Wymieniam się ze znajomym z Anglii, kolekcjonerem wszystkiego co zostało wydane na świecie, a związane jest z 007. Przy okazji sam mam okazję poznać PRL-owskie edycje i te z wczesnych lat dziewięćdziesiątych, czyli przez przypadek przechodzi przez moje ręce kawał bondowskiej historii. Postanowiłem wykorzystać jeden chwilowy, nowy nabytek do zapoznania się z "mistrzami kryminału". Tak właśnie sugeruje okładka jednego z tomów "Pościgu", jak podejrzewam seria specjalizowała się właśnie w tego typu historiach.

"Pościg" to jeden z wielu zbiorów opowiadań, jakie wyszły na naszym rynku w tamtych czasach. Wszystkie cechuje to samo. Tani papier, brzydkie okładki, słabe tłumaczenia i bardzo często sam dobór treści pozostawia wiele do życzenia. Jednak po "Dzieciach z Bullerbyn" miałem wielką chęć poczytać, jakieś poważne, obskórne, niewymagające większego zaangażowania kryminalne opowieści.


Ian Fleming - Tylko do twojej wiadomości
Tytuł oryginału brzmi "For Your Eyes Only". W Polsce ten tytuł wiele razy został zgwałcony. Mieliśmy już "Ściśle tajne", "Czego oczy nie widzą", "Tylko dla twoich oczu", a teraz "Tylko do twojej wiadomości". Nie miałem zamiaru wchodzić jeszcze raz w tę samą historię, zwłaszcza, że niedawno ukończyłem cały zbiór opowiadań Fleminga. Ciekawi mnie tylko jedno. Dlaczego wydawcy tak uparli się na ten tytuł? Podobnie było z "Ośmiorniczką", ale przy tym tytule nie jestem pewien, może rzeczywiście jest świetne, to się jeszcze okaże. Opowiadanie, które zostało tutaj umieszczone, nie jest niczym nadzwyczajnym. Z tego samego zbioru można byłoby wyciągnąć o wiele ciekawszy "Specjał Hildebranda" lub wspaniały "Wskaźnik ukojenia", które rzucono na rynek dopiero w 2008 roku. "Ośmiorniczkę" i "Tylko dla twoich oczu" (będę używał "normalnej" nazwy) serwują polskim czytelnikom od 1990. Słaby wybór moim zdaniem, zwłaszcza, że osoba składająca numer traktowała ten tytuł prawdopodbnie priorytetowo.

Ralph Blumenthal - Ostatnie dni Sycylijczyków (Pizza Connection)
Ręce opadły mi, jak zacząłem to czytać. Akcja dzieje się od środka. Jak inaczej mam wytłumaczyć sobie, że nie potrafię po dziesięciu stronach znaleźć jakikolwiek punkt zaczepienia w fabule. Autor to kolejny wspaniały człowiek, który "uratował" Amerykę przed makaroniarzami, po czym spróbował opisać swoje przeżycia. Jak ktoś umie pisać w gazecie, to na pewno może też tworzyć książki. To chyba główne motto, jakie przewracało się w głowie temu mistrzowi pióra.

Konstrukcja opowiadania jest bardzo prosta. Natchniony stworzę teraz własne dzieło w ten sam sposób, jak zrobił to Ralph.

"Mirosław wyszedł z baru po dwóch drinkach. Greta szorowała w tym czasie podłogę, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Nic nie spodziewający się Wacław podniósł oczy znad gazety, by móc podziwiać widoki za oknem jadącego pociągu. Obok niego siedziała Greta, cała spocona i rozochocona. Wtem Zygmunt, widząc nadchodzącego Radosława zaminowaną ulicą, wykrzykuje do niego na całe gardło: "Julian! Mam sprawę na mieście". Po czym zakłada koguta na dach zielonego poloneza i polską drogą jadą w kierunku Nowego Jorku."

Też potrafię tworzyć takie opowiadania. Znudziło mi się pisać po dwóch minutach, ale czytać takie wypociny musiałem przez 40 stron. Że nie wiadomo w jakim miejscu się dzieje akcja? Greta szoruje podłogę w jadącym pociągu i podnieca ją widok Wacława? W tej pornograficznej sytuacji może nakryć ich wyłącznie dzwonek do drzwi. To jest właśnie moja odpowiedź na "dzieło" Blumenthala.

Swoją drogą, facet tak mnie zainteresował, że przeszukałem strony internetowe. Inne wydanie "Ostatnich dni..." zajmuje około 400 stron. Ciekaw jestem, czy dodano tam zdjęcia? Czy może te 40 stron, które miałem, to wycięte z całości krótkie opowiadanie? W takim razie brawa należą się też redakcji "Pościgu". Co nie zmienia faktu, że uratowali mnie przed katuszami i grafomanią Blumenthala.

Peter Cheyney - Numer wysokiej klasy
Ostatni autor w zbiorze dostał zaszczyt posiadać dwa swoje opowiadania. Pierwsze to sześciostronicowy kryminał, który najchętniej bym nazwał "tanim". Jest to kolejna jego historyjka, gdzie występuje Lemmy Caution. Tym razem za wiele do roboty nie ma, bo jak tu zmieścić coś odważnego, czy ciekawego na tak małej ilości stron. Ogólnie nie jest źle, zwłaszcza na tle całego zbioru.

Peter Cheyney - Portret tajniaka
Drugie liczy sobie o 100% więcej stron. Lemmy pojawia się tylko na początku, by powiedzieć nam, że zaczyna opowiadać o Bałamucie, którymś tam z kolei gangsterze. Ponownie śmierdzi tanim kryminałem napisanym na niskiej jakości papierze toaletowym. Wątpie, by ktoś chciał się w to mocniej wgłębiać. W odbiorze jest łatwa i oba dzieła tego autora, były w pewnym sensie balsamem na hemoroidy sprezentowane przez Blumenthala. Jednak nie da się już tego uratować.


Jak można ocenić książkę, którą od pierwszego zdania chce się odłożyć? W 2010 roku czytałem "Alchemika" i byłem pewien, że nic gorszego mnie nie czeka. "Gniot roku 2010" miał, jak w kieszeni. Niestety trafiłem na "Pościg", który nie tylko w tym roku jest słaby, ale jest najgorszą książką od 2005 roku, jaką zdzierżyłem do końca. Jedynym ratunkiem, a zarazem karą jest wysłanie do mojego znajomego tego egzemplarza, bez żadnych wyrzutów sumienia. Nie zna polskiego, może zna autorów. W każdym razie jemu nie zaszkodzi. W ten sposób "uciekłem" z Polski jeden egzemplarz. Pozostało jeszcze 99 999 takich książek.

środa, 1 września 2010

Ian Fleming - Casino Royale



Data ukończenia: 26 stycznia 2009

Data utworzenia recenzji: 26 stycznia 2009
 
Recenzja:
 
Długo nie mogłem się przełamać, żeby obejrzeć którykolwiek film z Bondem. Jednym z nielicznych był Goldeneye, dzięki ówczesnemu pianiu nad naszą aktorką, która stała się "przedmiotem" Bonda. Dopiero kontrowersje związane z "Casino Royale" podłechtały moją chęć zobaczenia wszystkiego od początku... i będąc kilka lat po dwudziestce zrozumiałem, że chyba zbyt surowo oceniałem całą tę bondomanię. Tak jak większość przeciwników Bonda, nie obejrzałem żadnego z nich przed wystawieniem negatywnej opinii. I niestety/stety wchłonęlo mnie. "Casino Royale" był dla mnie fantastycznym filmem. Co poniedziałek siedzę na TVP1 i oglądam kolejną nieznaną mi wczesniej historyjkę. Sięgnąłem więc po książkę.
 
"Casino Royale", obok "Operacji Piorun" i "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości", jest moim ulubionym filmem i ogladalem go juz tyle razy, że książka szczerze powiedziawszy nie była już na tyle ciekawa jeśli chodzi o fabułę (nie dostarczała wielu nowych faktów). Samą książkę podzieliłbym na dwie części. Pierwsza, która opowiada o grze w karty (fantastycznie, a zarazem bardzo prosto opisana, przez co dynamizmu podczas siedzenia przy zielonym stole nie brakuje), kończąca się już na słynnych torturach.
 
Druga część niestety już nie jest taka ciekawa, sceny "romansowe" opisane są w bardzo męski sposób. I to jeszcze tak prosto napisane, że nie dostarczają żadnego erotyzmu, ani nic z tych rzeczy. Raczej w seksistowki sposób pokazują gdzie jest miejsce kobiety, w tak wysokich sferach to nawet nie przy garach, a tylko w łóżku.
 
James Bond książkowy różni się od jakiegokolwiek Bonda, jakiego widziałem w filmie. To sukinsyn, który po zakończeniu zadania ma ochotę na niezłą jazdę w wyrze. Kapitalnie jest za to opisany sposób myślenia, można go nie lubić za przekonania, ale wyjaśnienia ma często nawet całkiem sensowne i w niektórych aspektach życia, aż chce się przyklasnąć pewnym rozwiązaniom.
 
Nie zmienia to faktu, że książka jest krótka, prosta, a wręcz infantylnie napisana. To taki Dan Brown tamtych czasów - jeden szablon, a 14 książek. W sumie zgadzam się z posłowiem dodanym do książki, że Fleming chciałby być taki jak Bond, a przez większość życia był "kobietą Bonda".
 
 
Opinia po półtorej roku:
 
Po przeczytaniu łącznie 10 tomów przygód Jamesa Bonda inaczej podchodzi się do tej książki. Inaczej też oceniam samego Iana Fleminga.
 
Niedawno zakończyłem powieść "Szpieg, który mnie kochał" i wracając do starych recenzji widzę, że "Casino Royale" zostało przeze mnie bardzo surowo ocenione. Dziś już nie zgadzam się z posłowiem. Ba! Nawet uważam, że osoba, która to spłodziła mogła nie czytać pozostałych książek, jak i również nie za bardzo wiedziała kim był Ian Fleming. Wiele krytyki na tego autora się wylewa: że nic nie robił podczas II wojny światowej, że nigdy nie brał udziału w żadnej akcji bojowej itp. Przestudiowałem jego biografie i człowiek ma czego żałować, ale nie musi się wstydzić. To co robił było częścią jego zadania. 
 
Jedyną rzeczą do jakiej mógłbym się przyczepić to seksizm. Chociaż nigdy więcej nie trafiło mu się opisać związku w taki sposób, jak stało się to właśnie w "Casino Royale". W żadnym innym tomie nie było tak mocno nakreślone uprzedmiotowienie kobiet. Scena "miłosna" jest słaba i nużąca. Więcej erotyzmu czuć chociażby w "Operacji Piorun", czy "Dr. No". Nie widzę więc sensu, by tworzyć taki niezbyt pociągający związek między mężczyzną, a kobietą, gdy brakuje w nim jakiejś esencji - pieprzu. Wysiłek poszedł na marne.
 
Innym słowem, które zmieniłbym teraz w swojej recenzji, to "infantylne". Powieść nie jest wcale infantylnie napisana. Jest to historia stworzona przez dziennikarza, bardzo surowo i w stylu 'noir'. W całej serii jest to jedyny tom, gdzie w taki sposób fabuła została przedstawiona. Niekoniecznie musi się wszystkim podobać, ale "Casino Royale" uznawane jest za klasykę w swojej dziedzinie.
 
Czy jest warta przeczytania? Są przyjemniejsze części. Sam byłem zachwycony "Casino Royale", dopóki nie zaczęły się romansowe momenty, które były zbyt słabe, żeby w jakikolwiek sposób zwrócić moją uwagę. Z drugiej strony to nie od filmów, a właśnie od książek zaczęło się na poważnie moje zainteresowanie 007, które już prawie dwa lata się ciągnie. Tytuł ten stawiam zawsze na granicy między słabymi, a tymi dobrymi częściami i właśnie z tego powodu daję etykietę "warte przeczytania".
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...