niedziela, 29 sierpnia 2010

Astrid Lindgren - Dzieci z Bullerbyn















Data ukończenia: 29 sierpnia 2010

Data utworzenia recenzji: 29 sierpnia 2010

Recenzja:

"Dzieci z Bullerbyn" to moja pierwsza myśl po przeczytaniu "Małego Księcia". To właśnie o tej książce mówi się w samych superlatywach, a i ja nigdy nie zaprzeczałem, że będąc dzieckiem niesamowicie czułem się wgłębiając się w rozkoszne życie, jakie panowało w Bullerbyn. Gdzie szkoła nie była tak straszna, jak moja na początku lat dziewięćdziesiątych; gdzie pani wychowawczyni była miła dla małych dzieci; gdzie cieszyć się można było ze zwykłego robienia ciasteczek o kształcie prosiaczka.

Będąc w trzeciej klasie szkoły podstawowej zaczytywałem się w komiksach "X-Men" i było to dla mnie wybawienie od książek, które przymusowo serwowano nam na zajęciach. Większość była tak infantylna, że dla mnie były to za niskie progi. Jak można wałkować w kółko Andersena, w wieku gdzie zaczynałem czytać "Zaklęcie dla Cameleon"? Jedyną z tamtego okresu książką, która mnie oczarowała, była właśnie ta - "Dzieci z Bullerbyn". Czy po 15 latach można jeszcze czerpać z niej przyjemność?

Na początku czuje się ten powrót do niewinności. Przypomina się Lisę, Lassego i Bossego. Zagrodę Północną, Środkową i Południową. Rozdziały szybko lecą, ale magia książki zaczyna gdzieś uciekać. Zaczynałem się powoli zastanawiać: co się dzieje?

Cały problem polega na tym, że tak jak "Mały Książę" jest napisany dla każdego, tak "Dzieci..." są dobre wyłącznie dla dzieci. Lisa, główna bohaterka, pisze pamiętnik. Ma 7 lat, więc pisze odpowiednio do wieku. Miło jest poczytać wypociny dziecka, które używa wielu powtórzeń i nie potrafi za bardzo się wysłowić. Ale ile? 50 stron? A ja przedzierałem się przez prawie 300. Historyjki opowiadane są ciekawie, jednak nic w nich dzisiaj odkrywczego.

To, co na początku sprawiało mi przyjemność szybko zaczynało się ulatniać. Prawda jest taka, że domęczyłem ten tytuł do końca, bo już chciałem zacząć inną powieść, bardziej poważną. Na dodatek cała nostalgia za tymi latami została zepsuta przez wydanie, jakie otrzymałem. Bardziej podobało mi się wydanie z mniej starannymi rysunkami, było bardziej dziecinne. Ta wersja ze zdjęcia wygląda w środku, jak zrobiona bez serca i być może to też wpłynęło na to, że miałem dość już tego świata i chciałem uciec z niego, jak najszybciej!

I w ten sposób zawieszam na dłuższy czas swoją nekromancką zabawę. Byłem w tym świecie i widziałem straszne rzeczy, które wtedy takimi nie były. Czasem powroty do pięknych chwil zabijają całą magię. I "Dzieci..." są tego właśnie przykładem. Nie jestem pewien czy tego właśnie chciałem się dowiedzieć, że ta książka nie jest dla dorosłych niczym nadzwyczajnym. "Dorośli niczego nie rozumieją" - taka myśl z "Małego Księcia" przewinęła mi się po odłożeniu książki...

Czy warto? Warto, ale dla dzieci. Bo jest to książka niestety wyłącznie dla dzieci. Czego oczekuje 24-latek, który sięga po książkę dla dzieci? Dobrej zabawy, która niestety minęła jakieś dobre 15 lat temu.

Ale jest to nadal najwspanialsza książka dla młodszych czytelników, która powinna być przeczytana przez każdego i dobrze wspominana w późniejszych latach. I tylko wspominana!

piątek, 27 sierpnia 2010

Antoine de Saint-Exupery - Mały Książę

















Data ukończenia: 2 sierpnia 2010

Data utworzenia recenzji: 3 sierpnia 2010

Recenzja:

Wczoraj ukończyłem. A wszystko się zaczęło jakieś dwa miesiące temu, gdy na półce mojej znajomej zobaczyłem "Dzieci z Bullerbyn" i "Doktora Dolittle". Studiuje jakiś kierunek wczesnowychowawczy, pedagogikę itp. Jako jedno z zadań mają tam czytać właśnie takie książki, które później będą wykorzystywać w praktyce, by uczyć młode dzieci, co autor chciał przez to powiedzieć. Pamiętam, że przez chwilę sobie pomyślałem: "fajny kierunek, sam bym chętnie poczytał"... Dopiero po kilku sekundach doszło do mnie, że żeby przeczytać nie muszę iść na żadne nowe studia... I oto efekt. Wybrałem na sam początek "Małego Księcia", bo obok "Paragrafu 22", jest to moja ulubiona książka.

I co ciekawe, za każdym razem, kiedy czytam tę powieść, uważam, że powinno się ją co najmniej dwa razy w życiu przeczytać. Raz, jako dziecko, a raz jako osoba dorosła. Całą magię można odkryć dopiero, jak już się jest raczej człowiekiem dojrzałym.

Ostatnimi czasy coraz częściej na różnych gg, czy facebookach widzę cytat z Kubusia Puchatka "a jeśli pewnego dnia będę musiał odejść...". Jednak bardziej przystępne są dla mnie cytaty o przyjaźni właśnie z "Małego Księcia". Uwielbiam dialog lisa z Małym Księciem. Uważam to za punkt kulminacyjny tej książki. Nigdzie nie było prościej opisane, jak można tęsknić za przyjacielem, patrząc wyłącznie na zboże.

Co jeszcze do mnie przemawia, a piszę to po tym jak zacząłem "Dzieci z Bullerbyn", to to, że język pomimo tego, że skierowany do dzieci, nie jest infantylny. Da się czytać nie przewracając oczami.

Cieszy mnie najbardziej to, że moja zabawa w nekromantę, nie zepsuła mi wcześniej wyrobionej opinii. Nadal jest to moja ulubiona książka (chociaż ostatnio jedna osoba, powiedziała mi, że spodziewała się, że będę bardziej oryginalny, a uwielbianie "Małego Księcia" jest trendi) i po powtórnym jej przeczytaniu, nadal można ją wychwalać.

I właśnie tym tytułem otwieram swój powrót do przeszłości, zbieram już nazwy książek, które chciałbym jeszcze raz, albo po raz pierwszy, przeczytać.
 
 
Opinia po kilku tygodniach:
 
I jest to tak wspaniała książka, że jej recenzją postanowiłem otworzyć swojego bloga poświęconego wszelkiego rodzaju tekstom, które udało mi się stworzyć i jeszcze naprodukuję.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...