niedziela, 5 grudnia 2010

Ian Fleming - Żyje się tylko dwa razy

Data ukończenia: 1 grudnia 2010

Data utworzenia recenzji: 5 grudnia 2010

Recenzja:

Gdy obejrzałem pierwszy raz film, byłem zadowolony. Z biegiem czasu znajdowałem jednak coraz więcej rzeczy do krytykowania scenariusza napisanego przez Roalda Dahla. Cała fabuła została mocno zmieniona i z pierwowzoru ostała się jedynie Japonia, Blofeld i poszczególne postacie. Nadal zaliczam ten film do mojej ulubionej szóstki, ale jest w tym pewien skrót myślowy - łatwiej powiedzieć: "jestem fanem pierwszych sześciu filmów o Bondzie", niż: "jestem fanem pierwszych czterech, a potem szóstego filmu". Ekonomiczniej i zdrowiej.

Jest to ostatnia powieść wydana przez Fleminga za swego żywota. Zarazem jest to zwieńczenie Trylogii Blofelda. Wiele czytałem opinii na temat "Żyje się tylko dwa razy", które zarzucały autorowi odejście od pewnej konwencji. Dużo jest tu opisów przyrody, kultury, historii Japonii. Warto przypomnieć, że są to opinie dzisiejsze na temat książki, która została napisana po II wojnie światowej o powojennej Japonii, gdzie kurtyna została odsłonięta. Fleming przed śmiercią zaczął wiele podróżować, a jedną z ciekawszych obcych cywilizacji była japońska. Stąd właśnie zaczerpnął pomysł zapełnienia stron swojej nowej powieści charakterystyką tego zakątka świata.

I jeszcze przed przeczytaniem książki, wiedziałem, że będzie mnie to mocno irytowało. Uważam, że każdy w swoim życiu ma okres większego lub mniejszego zafascynowania kulturą azjatycką. Ja byłem mocno wsiąknięty, ale przeszło mi. I na sam dźwięk japońskiego języka, mody, filmów, mangi i anime, strasznie zaczyna mnie mdlić. Pewnie jest to jakiegoś rodzaju stetryczenie rozsiane, ale trwa to pewnie z dziesięć lat, albo i dekadę, potem się to unormuje. Tak czy inaczej przede mną było jakieś 230 stron kultury japońskiej i prawdopodobnie mało akcji.

W praniu okazało się, że nie jest wcale tak źle. Znalazło się wiele ciekawych informacji, których nigdzie wcześniej nie słyszałem. Chyba jedną z tych najbardziej szokujących, to zdolność ukrycia swoich jąder za kość miednicy. No, ale tego typu ciekawostki, łącznie z haiku, tanka i fugu stanowiły prawie 3/4 książki. Jednak czuło się jakąś świeżość czytając flemingową wizję Japonii. Czasem jednak zdarzało się zapomnieć w czym się uczestniczy. Wszystkie rozmowy i opisy rytuałów powodują, że czyta się to jak jakiś ciekawy przewodnik lub dzienniki z podróży. Gdy w końcu raz na rozdział padną magiczne słowa "James" i "Bond" pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy, to: "hmm, nielicha historia". Jednak jest to w jakimś sensie na plus. Bonda w tym mało, ale dobrze się bawiłem, zwłaszcza, że podejście Jamesa do Kraju Kwitnącej Wiśni jest szydercze.

Jeszcze zanim przejdę do fabuły to mam zamiar wspomnieć o pewnych niuansach. Gdy Fleming pisał "W tajnej służbie...", to postarał się dopasować Bonda do wizerunku Sean'a. Właśnie w tej części można było się dowiedzieć, że James jest szkotem. A wsród gości w Piz Gloria siedziała Ursula Andress, odtwórczyni głównej kobiecej roli w "Doktorze No". W "Żyje się tylko dwa razy" można zaobserwować flirt Bonda z Moneypenny. No, no. Fleming zaczął czerpać mocno z filmów. Od samego początku postać ta, przynajmniej duchowo, jest w serii, ale tym razem można przeczytać jej słowa, nielicha historia!

Przejdę do fabuły. Akcja dzieje się kilka miesięcy po tragicznej śmierci żony z poprzedniego tomu. Bond to człowiek złamany, partaczący każdą robotę, jaką dostaje. Nie może się pogodzić i wstać na równe nogi. Wielka Brytania traci swego najlepszego agenta. M, który pragnie wyrwać Bonda z marazmu i przygnębienia, rzuca go w niemożliwą misję do wykonania. Bo niemożliwość dyscyplinuje ciało i umysł osoby, która nie wie, że to zadanie nie do wykonania. Awans z 007 na 7777, a misja typowo dyplomatyczna. Przekonanie agenta japońskiej tajnej służby Koan-Chosa-Kyoka, niejakiego Tygrysa Tanaki, do podzielenia się maszyną szyfrującą Magic 44.

W świecie nie ma nic za darmo. Bondo-san otrzyma urządzenie, jeśli wypełni misję dla japońskiego rządu. Pozbędzie się ogrodów śmierci doktora Guntrama Shatterhanda. Ten gaijin założył ogród botaniczny, w którym rosną same trujące rośliny. Ponieważ akcja dzieje się w Japonii, nie brakuje tutaj samobójców, którzy wykorzystują bardzo nowoczesny środek lokomocji na tamten świat. Misją Bonda, jest zlikwidowanie doktora. Ten zaś, to nie kto inny, jak... To ostatnia część Trylogii Blofelda, więc nasz polski Hanibal Lecter.

Sama infiltracja ogrodu przypominała mi Metal Gear Solid, klimat jest prawie identyczny. Po raz pierwszy ma się wrażenie, że Bond rzeczywiście jest szpiegiem. Ukrywa się w pomieszczeniach, śpi pod workami i ogólnie knuje. Jednak to co najbardziej mi się podobało to horror, jaki odkrywa w tym miejscu. Chyba po raz pierwszy w życiu, czytając książkę, miałem ciarki na plecach. Fleming świetnie opisuje okrucieństwo i tragedię, jaka się odgrywa w ogrodzie.

Biorąc pod uwagę, że jest to kolejny eksperyment autora, muszę przyznać, że facet nie przynudza. Zawsze ma coś ciekawego do przekazania. Książka jest świetna, zastanawiam się czy nie najlepsza z serii. Oczywiście na początku mnie irytowała, ale w żadnej innej części nie pokazano tak mocno psychicznej strony Bonda. Gdzie czuje się, że to zwykły człowiek. Można go złamać i uczłowieczyć, poprzez zabicie ukochanej osoby. Ale, jak sam Fleming pisze:

Żyjesz tylko dwa razy:
kiedy się rodzisz
i kiedy w twarz spoglądasz śmierci.

A na sam koniec o końcówce. Po "W tajnej służbie..." i jej tragicznym zakończeniu śmiercią Tracy, nie wyobrażałem sobie, że można zrobić smutniejsze zakończenie. Próba identyfikacji własnega "ja", okazała się bardziej łzawa niż zabójstwo ukochanej.

I takie właśnie powinno być zakończenie kilkunasto tomowej serii. Aktor odwraca się do kamery. Seksowna, męska łza spływa po zarośniętym policzku. Sylwetka kierująca się w stronę zachodu słońca. Kurtyna. Ostatnia kropka autora w arcydziele i rychła śmierć. Przyciemnienie. Za udział wzięli. Koniec. Kurtyna.

Powinno! Ale po jego śmierci wydano "Człowieka ze złotym pistoletem"!

niedziela, 28 listopada 2010

Vikas Swarup - Slumdog. Milioner z ulicy

Data ukończenia: 21 marca 2009

Data utworzenia recenzji: 21 marca 2009

Recenzja:

Obejrzałem film od razu po przeczytaniu książki, czyli zaliczyłem wszystko, co do zaliczenia było. Osobiście uważam, że Oscara powinien dostać film, który o wiele wierniej pokazywałby fabułę z książki. Wersja filmowa jest mocno wykastrowana ze scen pedofilskich, kazirodczych, które nakręcały historię o indyjskim milionerze.

Zmiana postaci w niektórych momentach łagodzi klimat książki, by był bardziej familijny, a w niektórych wymyśla jakieś dziwne pierdoły, które powodują, że sytuacja zaczyna przytłaczać, na przykładzie Salima - brata głównego bohatera (w dziwnych miejscach następuje zagęszczenie klimatu, wolę książkową wersję).

Film dobry, nawet nie mam zamiaru się kłócić czy słusznie została przyznana nagroda, czy nie. Były bardziej kontrowersyjne typowania w historii. Książka za to jest bardzo dobra i warta przeczytania, bo o wiele mocniej trzyma w napięciu. A film nawet nie może popsuć zabawy, ponieważ historie bohaterów bardzo mocno się różnią.


Opinia po półtorej roku:

Recenzja była pisana w czasach, kiedy wiele osób wiedziało, o co chodzi w fabule filmu. Ja pominąłem to, a teraz naprawiam to w opinii.

Książka opowiada o chłopcu, który dostał szansę zagrania w teleturnieju, który działa na takich samych warunkach, jak Milionerzy. Odpowiada poprawnie na wszystkie pytania i tu dopiero zaczynają się problemy. Jak dziecko wychowane na ulicy może posiąść wiedzę, która pozwala mu na wygranie miliarda rupii? Tego usiłują dociec na komisariacie, podejrzewając jakiś spisek. Chłopak po kolei opowiada, skąd na poszczególne pytania znał odpowiedź. A odpowiedzi pisało mu samo życie.

Może nie jest to najlepsza książka jaką czytałem, ale na pewno nie powinien jej spotkać taki los. Film oczywiście, mógł się podobać na tyle krytykom, żeby dać tak ważną nagrodę. Czy nie można było być bardziej wiernym książce, w której porusza się prostytucję, pedofilię, kazirodztwo i innego typu wykorzystywanie dzieci. W której porusza się zdobywanie zaufania samotnych kobiet do zaspokojenia swoich potrzeb? Myślę, że taki film mógłby być godny Nagrody Akademii Filmowej, a nie taki przesłodzony do granic przyzwoitości dramat.

Inna sprawa, że mam wiele wątpliwości do nagrodzenia któregokolwiek z tamtego okresu filmu tak ważną nagrodą. A przez tego typu akcje, jej wartość spada z roku na rok. Nie widzę sensu wybierania Filmu Roku z obrazów, które zostały nominowane z braku laku.

Ale wracając do "Slumdoga...", książka ciekawa. Świetnie zostało pokazane, jak można znać odpowiedzi na pytania zadawane w teleturniejach, będąc zwykłym chłopcem ze slumsów. Wersja książkowa jest o tyle ciekawsza, że do każdego z pytań przydzielona jest opowieść napisana przez życie i jeden niewielki epizod może zawierać odpowiedź wartą miliona rupii. Wersja filmowa jest uboga w wiele ciekawych zwrotów akcji, łącznie ze zmianą samej końcówki, ponieważ przez pytania przebiega raczej wybiórczo. I jeśli ktoś oglądał film, bez problemu może sięgnąć po papierowy oryginał, który różni się tak bardzo, że można przeżyć zupełnie inną, bardziej życiową, historię.

czwartek, 25 listopada 2010

Piotr Mańkowski - Cyfrowe marzenia. Historia gier komputerowych i wideo















Data ukończenia: 18 listopada 2010

Data utworzenia recenzji: 25 listopada 2010

Recenzja:

W tym roku przeczytałem jedną "specjalistyczną" książkę związaną z moim nowym, dwuletnim, zainteresowaniem - z Jamesem Bondem. "Bond. Leksykon" okazał się tytułem, który skrytykowałem za liczne błędy i potraktowanie niektórych spraw po macoszemu. Stwierdziłem nawet, że jest to jedna z tych hermetycznych książek, którą sam lepiej bym napisał.

Z tego właśnie powodu bardzo sceptycznie podchodziłem do świeżej książki poświęconej kolejnemu mojemu hobby, które utrzymuje się od gdzieś około 1992 roku - grom komputerowym i wideo. Od jakiegoś strasznego sprzętu, które po latach okazało się podróbą Atari, gdzie tankowałem paliwo w River Raid zaczęła się przygoda, która trwa do dzisiaj. I gdy już wszystko załatwione na ziemskim padole i można się skryć w swojej samotni, zaczyna się sprawdzanie nowych światów. Poprzez uderzenie w palec u nogi giganta w Prehistoriku na Amidze do rozwiązywania zagadek przez Schattenjägera w Gabriel Knight. Zwiedzałem Atlantydę na parę dni przed zatonięciem w Atlantisie i walczyłem z Solidusem na miecze w Metal Gear Solid 2. Przeżywałem psychodelię Sanitarium i Pathologic'a, a z Legionem Kai-sar'a (Cezara) przekroczyłem Zaporę Hoovera w postapokaliptycznej Ameryce w Fallout: New Vegas.

Jak przeżyło się tyle historii, to czasem ma się ochotę przeczytać o tytułach, które kiedyś tak mocno podniecały. Do tej pory nawet jeśli były jakieś książki lub artykuły na rynku, to były albo słabe, albo sprawy techniczne były w nieodpowiedniej proporcji do samych gier. I po "Cyfrowych marzeniach" wiele się nie spodziewałem, miałem zamiar lekko do niej podejść i za mocno nie ponieść się furii i marudzeniu.

To co stworzył Piot Mańkowski (Micz z czasopisma "Secret Service") jest bardzo dobrą robotą. Ciężko mi powiedzieć o tego typu książkach, że nie mogłem oderwać się od czytania, ale w tym wypadku powroty były bardzo przyjemne. Okres, który zawsze mnie przynudzał, czyli np. powstanie Ponga, poszedł bardzo gładko i mogłem się delektować wspominaniem gier z lat 80 i 90, czyli czasy, które już kojarzę. Dopiero pod sam koniec z wejściem nowych konsol na rynek czułem się lekko zagubiony, no ale to nie wina autora. Bardzo dużo ciekawostek z branży gier, o których wcześniej nie wiedziałem, również podkręcają ciekawość podczas czytania.

Jeśli mam się do czegoś przyczepić to do spoilerów. Jeśli ktoś nie grał w Another World, GTA IV czy Dreamfall, tutaj dowie się zakończeń. Chociaż w sumie, jakby nie patrzeć nie są zdradzone bez powodu, bo w niektórych momentach autor przywołuje fabuły, by pokazać, jak wspaniale są skonstruowane. To taki mały minus, który mnie nie dotyczy, bo albo znam te końcówki, albo takie zepsucie nic mi z zabawy nie ujmie.

I to chyba tyle. Książka jest hermetyczna i raczej nie wierzę, by udało się jej przejść barierę portfelową przeciwników gier, bądź też osób zupełnie obojętnych na tego typu rozrywkę. Jest stworzona przez miłośnika dla miłośników. I to właśnie im mogę polecić ten tytuł.

czwartek, 18 listopada 2010

Ian Fleming - W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości
















Data ukończenia: 13 listopada 2010

Data utworzenia recenzji: 18 listopada 2010

Recenzja:

Pamiętam, jak za pierwszym razem bardzo sceptycznie podchodziłem do samego filmu "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości". Sean Connery był uważany za niezastąpionego i ostracyzm George'a Lazenby był widoczny wśród fanów przez czterdzieści lat. I z takimi myślami zupełnie inaczej zasiadało się przed ekran telewizora.

Jednak, jak się później okazało, gdy w grudniu 2008 roku na kilka dni przed świętami obejrzałem szósty film z 007 stanąłem po stronie wąskiej grupy jego obrońców. Po nieco naiwnym "Żyje się tylko dwa razy" był to powrót do starego stylu z całkiem na serio fabułą, bez żadnych specjalnych udziwnień i fantastycznych uniesień. Piękna Diana Rigg, jako Tracy. Telly Savalas, jako Blofeld. Świetne sceny narciarskie w klimacie nadchodzących świąt Bożego Narodzenia. Ten film obok "Szklanej pułapki" powinien być właśnie oglądany w czasie świąt.

A żeby już wygłosić moją opinię na temat Lazenby'ego, uważam, że jest miernym aktorem, ale jest to jedyna osoba, która mogła zagrać tę postać w tym jednym filmie. Nie wyobrażam sobie, by mógł grać w nim Sean, czy Roger. Od jednego emanuje szydera, a od drugiego infantylny humorek. Z tych trzech aktorów Lazenby nadawał się, jako jedyny, który uniósłby ciężar łzawych, zarówno romantycznych i smutnych, scen. Obok niego mógłbym postawić Dalton'a, który odrzucił propozycję zagrania w tym filmie, oraz Craig'a.

Gdy już ostatnia scena zamknęła mi usta, doszedłem do wniosku, że chciałbym to przeczytać. I po "Operacji Piorun", był to drugi film, który mnie przekonał, że powinienem się zabrać za czytanie Fleminga.

Tym razem się jakoś specjalnie nie bałem. Wiedziałem, że wszystko będzie dobrze, bo fabuła filmu jest niemal cała zerżnięta z książki. Poza tym Fleming w tamtych latach rzeczywiście się wyrabiał i miło mi się go czyta z tego okresu.

Jednak tym razem mam pewną pretensję do fabuły. Jeśli jestem ściganym przez cały świat terrorystą i w końcu znalazłem sanktuarium w Szwajcarii, gdzie nikt nie może mnie znaleźć, a jak już, to nie mogą mnie inną metodą niż podstępem wywabić stamtąd, to czy jest jakikolwiek sens zaczynać pertraktacje z Kolegium Heraldycznym w sprawie nadania tytułu? W filmie było to w lepszy, czy gorszy sposób wyjaśnione. Ale w powieści na samym początku podejrzewano snobizm i do końca powieści nic się w tej sprawie nie zmieniło. Mam jednak nadzieję, że to tylko wynik tego, że jest to druga część Trylogii Blofelda. A tego typu wyjaśnienia znajdą się w ostatnim tomie.

Ładnie, ale za długo została opisana ucieczka na nartach. Niestety chyba zbyt bardzo jarają mnie sceny narciarskie i podwodne w filmach o 007 i dlatego zawsze tak nisko oceniam te same sceny opisane w książce. Inna sytuacja, którą wymieniłbym z filmem to ostatni pościg na saneczkach. Filmowe bobsleje wydawały mi się bardziej emocjonujące.

I na koniec o końcu. Podziwiam niektórych autorów, takich właśnie, jak Fleming, czy King, którzy tak bezpardonowo potrafią zabijać bohaterów swoich powieści. Końcówka jest po prostu mocna i kończy się smutno. Szkoda, że znałem wcześniej zakończenie. Ciekaw jestem, jak zareagowałbym na taki niespodziewany koniec.

Uważam, że chyba przyjemniej mi się oglądało ten tytuł, niż czytało. Co nie znaczy, że to książka słaba. Stawiam ją na równi z "Moonrakerem", "Dr. No" i "Operacją Piorun". Czyli jest warta czytania, chociaż żałuję, że nie mogłem przeczytać tego tomu w bardziej świątecznej, zimowej, atmosferze. A wywyższanie filmu w tym wypadku powinno jasno pokazać, jak bardzo uważam go za arcydzieło.

sobota, 13 listopada 2010

Ian Fleming - Szpieg, który mnie kochał
















Data ukończenia: 27 lipca 2010

Data utworzenia recenzji: 28 lipca 2010

Recenzja:

Film, obok "Moonrakera", uważam za totalny niewypał. Nie wiem, jak można było tak drastycznie odejść od pewnej formuły, jaką się wypracowywało. Ponoć była to wina tego, że pierwsze dwa filmy z Rogerem Moorem uzyskiwały niskie oceny. Postanowiono więc zaszaleć. I tak powstał film, który posiada wszystko to, co powinien mieć luźny film sensacyjny, a co do mnie w ogóle nie przemawia. Z książką mogło być tylko lepiej, zwłaszcza, że nic z tego ekranowego "Szpiega..." nie zostało zaczerpnięte z powieści. Fleming nie był zadowolony ze swojego literackiego dzieła i pozwolił jedynie wykorzystać tytuł książki.

Całość dzieli się na 3 części, które stopniowo wprowadzają bohaterów.

Część pierwsza nosi tytuł: JA. I na samym początku osoby niedoinformowane mogą przeżyć szok. Całość jest napisana w pierwszej osobie. I to nie byle jakiej, bo w osobie Viv Michel - pewnej młodej Kanadyjki, która pilnuje w nocy pustego motelu. Rozmyślając o swoim życiu, które zaprowadziło ją do tego miejsca, oczekuje na przybycie ludzi właściciela motelu, którzy mają wynieść sprzęt.

Rozdziały zawarte w tej części można by określić, jako typowe dla Harlequina, Coelho itp. Widzimy, jak ciężkie jest życie porządnej, młodej kobiety, która wkracza w świat seksu, pettingu i innych wyszukanych zagranicznych nazw. Która jest wykorzystywana, zdradzana i po wszystkim zniesmaczona mężczyznami.

Część druga nosi tytuł: ONI. Przybywają tutaj dwaj panowie do motelu. Spluwak i Horror. Którzy pokazują, jaki mają stosunek do Viv. Podteksty seksualne, klimat niczym z książek noir. Dochodzi do pobicia, prawie do gwałtu. Gdy nagle słychać dzwonek do drzwi i pojawia się osoba, na którą wszyscy czekają, by wymierzyła sprawiedliwość. I to nie tylko dlatego, że to główny bohater, ale dlatego, że te dwa typki potrafią wkurzyć czytelnika do tego stopnia, że życzy się im tej śmierci.

Część trzecia: ON. I Bond pojawia się dopiero po 2/3 książki. I nawet nie zostaje w niej do końca. James łapie gumę i przez przypadek wpada do motelu. Sam wykonywał misję ścigania agentów SPECTRE, czyli jest to taki przerywnik w Trylogii Blofelda. Chociaż według chronologii Griswolda, "Szpieg..." dzieje się między 5, a 6 rozdziałem "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości". Czy to prawda przekonam się po następnej części.

Książka jest zazwyczaj bardzo słabo oceniana. Uważam, że to był bardzo dobry eksperyment. Poniżana dziewczyna Bonda we wszystkich książkach, w dziesiątej odsłonie dostaje usta i zaczyna mówić. Mało Bonda w Bondzie niestety, i to spowodowało takie oceny. Ale jeśli popatrzeć na taką pierwszą część książki, to można śmiało rzec, że każdy może być takim Coelho, w każdych czasach. Bo to co Fleming zrobił, nie odstaje w żaden sposób, od opisywania kobiet przez Schmitta czy właśnie Coelho. To jest bardzo dobra książka, która lepiej jest pewnie oceniana przez kobiety, gdyby przymknęły oko, że jest to kolejna część przygód 007.


Opinia po czterech miesiącach:

Wgłębiłem się nieco w negatywne opinie osób, które przeczytały powieść i zaczynam rozumieć o co im chodzi. Największym problemem jest seksizm. Główna bohaterka sama opisuje, że każda kobieta lubi być na wpół zgwałcona. Co tylko pokazuje po raz kolejny, jaki Fleming ma stosunek do kobiet. Chociaż czytając książkę, szczerze powiedziawszy można nie zauważyć takich niuansów, to jednak one się tam rzeczywiście znajdują.

Nie mniej jednak jest to całkiem ciekawa powieść, całkiem udany eksperyment, który już nie został więcej powielony i dlatego warto się nią zainteresować, jako odskocznią od typowych przygód 007.

czwartek, 11 listopada 2010

Joseph Heller - Bóg wie


Data ukończenia: 25 kwietnia 2008

Data utworzenia recenzji: 25 kwietnia 2008

Recenzja:
Starotestamentowy Dawid, pogromca Goliata, odlicza godziny do zakończenia swego żywota, podczas trwającego w państwie chaosu: samowolną koronację na króla Adoniasza. Mając wiele czasu do namysłu, może wybrać, czy poprzeć hulakę Adoniasza, czy niedołężnego Salomona, przy okazji wspominając całe swe dzieje,... dzieje opisane w hellerowski sposób. Czyli nie zabraknie świnskich tekstów w stylu "ciągnięcie druta" przez Batszewę, narzekania na nadmierną ilość napletka na rzeźbie Dawida oraz opowieści w stylu: "gdy zobaczyłem gołą Batszewę chciałem wykonywać do niej świnskie telefony".

Świetnie wyszło nawiązywanie starotestamentowej opowieści do dzisiejszych czasów, gdzie narratorem jest Dawid i pomimo jego zbliżającej się śmierci, wie ile miejsca w Biblii poświęcono Jezusowi. Który zamierza podbić Francję i Polskę (no chyba że jeszcze ich tam nie ma). Sprośne teksty, wyśmiewanie się z biblijnych postaci, obrażanie się na Boga za śmierć dziecka. Dawid każdy temat potrafi pociągnąć i spojrzeć na wszystko sędziwym wzrokiem, wyciągnąć wnioski, które być może uratują naród Izraela.

Jeżeli komuś podobał się humor w "Paragrafie 22", tutaj też powinien być zadowolony. Osobiście uważam, że powinno się wcześniej zaznajomić z historią Dawida z Biblii, by wyłapać wszystkie dowcipy. Chociaż przydaloby się wiedzieć nieco więcej niż walkę z Goliatem, to nie jest to konieczne. Po tej książce stwierdzam, że Heller ma bardzo dziwne poczucie humoru, które mi bardzo odpowiada.

Przy okazji, mój znajomy, jak się dowiedział, o czym jest ta książka, tak sie zbulwersował, że zaczął czytać Biblię tylko po to, by przeciwstawiać się moim opowieściom. Niestety, niektórzy wolą tekturowego Dawida ze Starego Testamentu, ja pozostanę przy Dawidzie - Hellera, bliższemu nam, ludziom.


Opinia po dwóch latach:

Moja miłośc do Hellera spowodowana jest jedną książką - "Paragrafem 22". I wszystkie moje pozytywne opinie pozostałych jego dzieł, są wynikiem uwielbienia jego debiutu. Zdaję sobie również sprawę z tego, że być może za dużo Hellera było w 2008 roku. I to jeden po drugim! Po tym błędzie nauczyłem się inaczej podchodzić do serii jednego autora. Między jednym, a drugim tytułem robię sobie średnio dwie książki tak zwanej "przerwy". Właśnie z tego powodu od dwóch lat czytam 14 tomów Fleminga w takim tempie.

Przesyt to jedno, ale druga sprawa to sam Heller. Na swoje nieszczęście "Paragraf 22", nie dość, że jest arcydziełem, to jest również jego pierwszą książką. I żadna inna nie mogła się już równać z mistrzem. I to wcale nie oznacza, że "Bóg wie" jest złym tytułem. Ci co polubili hellerowski sposób pisania odnajdą się w tej powieści. Mi się bardzo podobała, ale czułem pewien niedosyt po "Paragrafie 22".

wtorek, 9 listopada 2010

Ian Fleming - Operacja Piorun

Data ukończenia: 16 czerwca 2010

Data utworzenia recenzji: 16 czerwca 2010

Recenzja:

Pierwsze moje wrażenia po obejrzeniu filmu nie były najciekawsze. Dłużyzny, senna atmosfera, całość pod wodą, przez co dialogi były sporadyczne. Następnego dnia po seansie, jak zwykle zacząłem opowiadać koleżankom "Operację Piorun" (zawsze to robię) i w pewnym momencie zauważyłem, że mówię o tym filmie w samych superlatywach.

Od tego momentu jest to mój ulubiony film z Bondem, który do dziś, moim zdaniem, nie miał godnego siebie konkurenta (no może "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości" jest prawie tak idealny, jak ten). Drugi film na podstawie tej powieści - "Nigdy nie mów nigdy", nieoficjalny Bond - pomimo świetnej obsady nie był tak miły dla oka, jak pierwowzór.

Pamiętając sytuację z relacji książka-film "Pozdrowienia z Rosji", miałem niemałe obawy przed czytaniem. Do dziś przeżywam tamten "czerwony" okres zatapiania się w lekturę, która była słabsza od tak świetnego filmu. Nie będę nawet ukrywał, że głównym celem czytania Fleminga, było dojście do "Operacji Piorun", by sprawdzić, jak wersja książkowa została napisana.

Na początku nie miała to być powieść, a scenariusz do filmu o Bondzie. Odpowiedzialnych za to było łącznie czterech mężczyzn, ale jak to już się zdarzało dla Fleminga, nic z tego nie wyszło. Ian wziął szkice i stworzył z tego powieść. I tak zaczęły się rozprawy sądowe, które doprowadziły do takich przetasowań, że można by było o tym książkę napisać.

A co do samej książki. Nadszedł upragniony przeze mnie moment, kiedy to Bond nie walczy już ze Smierszem, a z nową organizacją - SPECTRE. Jest to pierwszy tom, tzw. Trylogii Blofeda. Ernst Stavro Blofeld, to syn Polaka i Greczynki, urodzony w Gdyni. Studiował na Uniwersytecie Warszawskim i Politechnice Warszawskiej. Stworzył organizację SPECTRE, która wykrada dwie bomby atomowe i szantażuje rząd brytyjski i amerykański. Na ten miesiąc jest Numerem dwa, bo każdego miesiąca zmieniają się numery o dwa do przodu, dzięki czemu jest utrudniona identyfikacja. Podczas zebrań nie mówi się "dzień dobry", bo w takiej organizacji Blofeld uważa, że jest to zbędne i obłudne. Podczas wystąpień nie zwracał się słowami: "koledzy", "panowie", bo byłoby to zbyt pretensjonalne. Gdzieś przeczytałem, że cała "wewnętrzna otoczka" Hannibala Lectera stworzona przez Thomasa Harrisa wzoruje się na charakterystyce Blofelda napisanej przez Fleminga. Stavro to po prostu postać doskonała, ze swoimi zasadami i przemyśleniami.

Bond jednak walczy w tej części nie z Numerem dwa, a z Numerem jeden - Emilio Largo. Cała historia jest dynamicznie poprowadzona, nie ma chwili wytchnienia. Czterdzieści osiem godzin do wybuchu bomby, a całość rzeczywiście odbywa się pędem. Jednak najciekawsze momenty to te w kwaterze głównej SPECTRE. Wcześniej nie zdarzało się, że z niecierpliwością czekałem na rozdziały poświęcone wrogom Bonda, może to przez to, że Smiersz jest raczej non stop skostniałym wrogiem. W "Operacji Piorun" czuje się, że ci źli są tymi fajniejszymi. To jedni z tych, którzy nie powinni wygrać, a przez cały czas się ich podziwia. Jednak w tych książkach sprawiedliwość zwycięża.

Punkt kulminacyjny, na który czekałem od pierwszej strony książki - podwodna bitwa między SPECTRE, a komandosami jest napisana z nieco mniejszym rozmachem niż ta w fimie. Jest to jednak w jakiś sposób uzasadnione, ale i tak przyjemnie się czyta. Zwłaszcza, że od jakiegoś czasu Fleming rzeczywiście "wyrabia się" z opisami i są coraz bardziej przystępne. Same podwodne eskapady są bardzo przyswajalnie napisane.

I co można jeszcze dodać? Na pewno jeszcze coś było ważnego do napisania, ale to i tak już nieistotne. Jest to najlepsza książka napisana przez Fleminga. Pobiła "Dr. No". Nie wiem czy to zasługa trzech pozostałych autorów scenariusza. Szczerze mówiąc nie obchodzi mnie to. To co wyszło pod nazwiskiem Fleminga podoba mi się! To książka napisana tak, jak chciałbym, żeby były pisane książki o podróżach, skarbach i walkach z piratami. To właśnie taka powieść, którą powinienem był przeczytać, jako smrol. Ale i tak sprawiała mi cholerną przyjemność. Stawiam ją ponad "Dr. No" i "Moonrakera".


Opinia po kilku miesiącach:

Czytam teraz "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości", która jest drugim tomem Trylogii Blofelda. Nie można przejść obojętnie obok "Operacji Piorun", ponieważ jedna historia wynika z drugiej. Może mam trochę żalu do książki, że scena walki pod wodą, która tak świetnie została stworzona w filmie, tutaj nie była aż tak wyjątkowa.

Jednak pomijając tylko tę scenę, uważam, że jest to jeden z najlepszych tytułów, jaki przeczytałem w 2010 roku i bez żadnego naciągania mogę postawić ten tom obok takich flemingowych arcydzieł, jak "Moonraker" i "Dr No".

niedziela, 7 listopada 2010

Ian Fleming - Tylko dla twoich oczu

Data ukończenia: 13 maja 2010

Data utworzenia recenzji: 14 maja 2010

Recenzja:

Zawsze odpychały mnie zbiory opowiadań. Nie ma w nich czasu na odpowiednie rozwinięcie akcji, często czuło się, że jest to wersja demonstracyjna. Nie mogę sobie przypomnieć w ciągu 5 ostatnich lat wartego przeczytania zbioru. Jednym z nielicznych "dobrych" był "Paragraf 23" Hellera. Dlatego też bardzo sceptycznie podchodziłem do dzieł Fleminga w tym tomie, a jedynym promykiem nadziei było to, że z dwóch zbiorów wydanych pod jego nazwiskiem, te pięć opowiadań wydał jeszcze za życia.

Tom ten zawiera podrasowane "odpady". Po sukcesie filmu "Casino Royale" (ale tego: http://www.filmweb.pl/f35778/Casino+Royale,1954 ), Ianowi zaproponowano serial o Bondzie, który składałby się z 13 lub 32 odcinków (różne źródła, trudno dokładniej sprecyzować). Ten zaczął pisać scenariusze odcinków i tak powstały krótkie historyjki. Serial się nie ukazał, a autor wydał je poprawione. Dało mu to też rok odpoczynku, i czas do napisania "Operacji Piorun".


W perspektywie mordu - czyli 'From a View to a Kill', z której powstał film - 'A View to a Kill', a u nas przetłumaczono na "Zabójczy widok".

Film raczej nie był jakoś specjalnie oparty na opowiadaniu, oprócz pościgu na motocyklach, który szczerze mówiąc jakoś specjalnie w pamięć nie zapadł. Charakteryzował się męczącym, starym Rogerem Moorem, Arnoldem Schwarzenegerem w roli czarnoskórej May Day i jedyną gwiazdą wieczoru - Walken'em, która przy tak słabej kopii filmu "Goldfinger" nie świeciła zbyt jasno.

A opowiadanie? Całkiem ciekawe. Bond podczas pobytu we Francji, rozmyślając o znalezieniu jakiejś kobiety ("Kurwy!?"), zostaje wtajemniczony w sprawę zabitego kuriera na motorze. Bond dostaje zadanie rozwiązania zagadki, by przy okazji przytrzeć nosa ludziom z NATO.

Najciekawszym momentem są chyba rozważania Bonda na temat Francji i jej mentalności. Prawdopodobnie Fleming docenia kraj, jako architekturę i krajobraz. Jednak ocena postawy Francuzów niekoniecznie jest łaskawa. A wątek sensacyjny pomimo tego, że jest dobry, to jakoś specjalnie się nie wybija.


Ściśle tajne - dziwna sprawa, zbiór nazywa się "Tylko dla twoich oczu", a to jest tytułowe opowiadanie. Szanuję tłumacza Roberta Stillera, ale myślę, że w pewnych sytuacjach nie ma konieczności z premedytacją i na chama zmieniać tytułu oficjalnie przyjętego. W jednym ze starych wydań Bonda, można przeczytać inne ciekawe tłumaczenia tytułów Fleminga (całe szczęście niewiele z nich wyszło na rynek, ale propozycje były). Do tego najbardziej kuriozalnego doszło przy tłumaczeniu książki pod tytułem "Moonraker". Propozycja Stillera to "Można się sparzyć, czyli z motyką na księżyc". I co najśmieszniejsze, teoretycznie miał rację tworząc taki tytuł. Amerykańskie wydanie "Moonrakera" miało zmieniony tytuł na 'Too Hot too Handle', a samo 'Moonraker' oznacza drapać księżyc, czyli robić coś głupiego. Ten dziwny tytuł to po prostu zlepek dwóch tytułów, przetłumaczony na "bardzo nasz język". Podobna sytuacja była z "Casino Royale" - w USA wyszło pod nazwą 'You Asked For It'. Stiller zrobił z tego: "Sam chciałeś te karty, czyli Casino Royale". W tym samym wydaniu można przeczytać zapowiedź książki 'For Your Eyes Only', czyli według Stillera - "Czego oczy nie widzą". Jakim cudem oficjalnie został tytuł "Ściśle tajne", tego za cholerę już nie wiem.

Film, był najlepszym dziełem, jakie mogło się trafić Moore'owi. Po słabych "Szpieg, który mnie kochał" i "Moonrakerze" przyszedł czas na powrót do klimatu z pierwszych części przygód o Bondzie. Mi to bardzo pasowało i stawiam go na równi z pierwszą szóstką filmów.

Niemal całe opowiadanie zostało wykorzystane w filmie, a raczej w pierwszych trzydziestu minutach filmu. Ciekawa jest opinia Bonda na temat sytuacji na Kubie, gdzie Castro walczy z Batistą. Jamesa to mało obchodzi, ale jeżeli miałby za kogoś trzymać kciuki, to za Castro. Nie wiem, jaki wydźwięk miałoby to w tamtych czasach, ale całkiem ciekawa sprawa do rozgryzienia z punktu widzenia lat sześćdziesiątych. Za dużo opisu wędrówki, która się dłuży i dłuży. Ale jest to dobre opowiadanie i o wiele lepsze od poprzedniego.


Wskaźnik ukojenia - czyli 'Quantum of Solace'.

Filmu nie chce mi się komentować za bardzo. Widziałem raz i po genialnym "Casino Royale", ten wyglądał poprostu słabo.

Samo opowiadanie jest najlepszą częścią tego zbioru. I uważam, że każdy powinien je przeczytać. Wszystko się zaczyna od tego, że Bond na nudnej imprezie rzuca na odwal gadkę, że gdyby miał się ożenić zrobiłby to ze stewardesą. Jedna z szych opowiada o swoim dawnym znajomym, który zrobił coś takiego. Całe opowiadanie, to poprostu monolog na temat pewnej nieszczęśliwej miłości. Fleming pokazuje tutaj swój kunszt. Dla mnie arcydzieło z szokującym końcem!


Ryzyko - a oryginalna nazwa to nie Risk, a 'Risico'.

Filmu brak. I jest szansa, że idąc za modą wykorzystywania niewykorzystanych tytułów, niedługo i ten zostanie oficjalnym tytułem. Jednak sama fabuła została wykorzystana w filmie "Tylko dla twoich oczu". 90% tego co się dzieje na ekranie po pierwszych trzydziestu minutach to właśnie "Ryzyko". Co śmieszniejsze, ponoć nigdy nie wykorzystano tego tytułu, bo Michael G. Wilson powiedział, że nikt nie wie co to do końca znaczy... Pojęcia nie mam, czy to jakiś żart, czy rzeczywiście to miał na myśli.

Samo opowiadanie jest najsłabszym ogniwem. Pierwszy raz się zdarzyło, abym w jakimś dziele Fleminga nie mógł znaleźć jakiegoś dobrego cytatu, myśli wartej przepisania do zeszytu. Jest to chyba najbardziej dynamiczna historia z ciekawymi postaciami, ale okazało się, że zabrakło typowej dla Fleminga masturbacji opisami. Jest to średnie opowiadanie z trochę naiwną końcówką. Szczerze powiedziawszy wstydziłbym się coś takiego napisać i wydać.


Specjał Hildebranda - 'The Hildebrand Rarity'.

Filmu brak. Tak samo, jak w przypadku 'Risico'. Nie ma również liter 'O' w tytule, więc nikła szansa na razie, by się pojawił. Jakby można było zrobić tytuł bez 007 wychodzącego z tytułu na plakacie? Ale bardzo dużo scen z opowiadania wzięto do filmu "Licencja na zabijanie". Film ten był raczej mocno zjechany, ale myślę, że po latach można go całkiem nieźle ocenić. Nie było to jakieś wybitne kino, ale typowy średniak z moim ulubionym Bondem - Daltonem.

Opowiadanie traktuje o rybie, tytułowym Specjale Hildebranda. Za złapanie takiego trupa, Milton Krest - zadufany w sobie facet, bijący żonę, prawdopodobnie impotent - dostanie kupę forsy. Zatrudnia Bonda, który jest na urlopie, by złapał mu ten okaz. Problem polega na tym, że Krest do wszystkich zwraca się, jak do niewolników. A cała fabuła przypomina historyjki typu 'Who dunnit?".

Kawał dobrej roboty. Może wątek połowu ryb jest za długi. Ale da się czytać i przeżywać! Uważam, że zajmuje drugie miejsce po "Wskaźniku ukojenia". Postać Kresta, skurczybyka, jest kapitalnie stworzona i jest to kolejna negatywna postać Fleminga, która ma osobowość.


Podsumowując już. Pierwszy zbiór opowiadań, nie przeznaczony dla dzieci, który mi się rzeczywiście podobał. Podejrzewam, że to za sprawą tego, że się interesuję Bondem od kilku książek i dlatego łatwiej mi przełknąć te krótkie historyjki. Według Johna Griswolda, jakiegośtam znanego bondologa, istnieje nawet chronologia tych opowiadań. W jaki sposób do tego doszedł nie wiem. Ale po "Goldfingerze" powinno się czytać w kolejności: "Ryzyko", "Wskaźnik ukojenia", "Specjał Hildebranda", "W perspektywie mordu" i "Ściśle tajne".

Sam mogę polecić ten zbiór. Jeśli ktoś potrafi czytać takie krótkie wypociny. Wszystkim za to polecam "Wskaźnik ukojenia". To jedno z najlepszych niesensacyjnych opowiadań, jakie czytałem.


Opinia po pół roku:

Niestety. Nawet Fleming nie potrafił mnie przekonać do zbiorów opowiadań. Nie oznacza to, że są one złe, ale patrząc na to z perspektywy kilku miesięcy, okazuje się, że jako całość nie zasługuje na wysokie miejsce w rankingu książek napisanych przez Fleminga.

Okazało się również, że można znaleźć warty cytat do przepisania z "Ryzyka", jednak i tak jest to najsłabsze opowiadanie z kolekcji. Jeśli już brać tom do ręki to dla "Wskaźnika ukojenia" i "Specjału Hildebranda". Pozostałe są raczej średnie. Ja sam traktuję tom "Tylko dla twoich oczu", jako pauzę między częściami o Smierszu, a częściami o SPECTRE.

wtorek, 2 listopada 2010

Stephen King - Mroczna Wieża II: Powołanie Trójki


Data ukończenia: około 26 stycznia 2007

Data utworzenia recenzji: 26 stycznia 2007

Recenzja:

Właśnie 4 godziny na dupsku spędziłem czytając książkę. Jak "Roland" był raczej przeciętną opowiastką, tak "Powołanie..." daje niezłego kopa w dżondra od pierwszych stron. Czuje się tego Kinga od "Lśnienia", "Kujo" itp. Świetne.

To może teraz takie przemyślenia dla osób, które już to przeczytały.

To najdziwniejsze 3 osoby, które przedstawiono, jako ważne. Taki Eddie, ćpun, jest chyba najpospolitszą postacią z nich wszystkich i jego 'Kaka', i styl bycia jest dla mnie chyba najbardziej przyciągającym wątkiem w książce. Detta/Odetta/Susannah - tu juz raczej przynudzało, chociaż ciekawa sprawa - inwalidka w książce drogi, ogólnie na odstrzał.

I człowiek zagadka - Jack Mort. W opisie książki jest napisane seryjny zabójca, aż mnie zdziwiło, jak po pierwszych rozdziałach dowiedziałem się jakiego typu to seryjność jest, człowiek zupełnie bez klasy. Z drugiej strony, kto powiedział, że przymiotnik "seryjny" to jakiś tytuł honorowy! No, ale nie tak sobie to wyobrażałem. Postać strasznie ciotowata, jak pewnie wiekszość takich chojraków, no ale żal mi trochę, że historia zakończyła się tak, jak się zakończyła.


Opinia po czterech latach:

Dużym problemem tej części, jak i następnych, jest to, że są kontynuacją bardzo nieprzystępnego "Rolanda". I tak, jak niektórym mogłaby się spodobać seria, jako całość, już na samym początku natrafiają na najnudniejszy tom. "Powołanie Trójki" to moim zdaniem książka, którą każdy powinien przeczytać i dopiero wtedy ocenić, czy dać sobie spokój z całym cyklem, czy brnąć dalej.

I jeśli miałbym już do czegoś się przyczepić to do inwalidki, która była dla mnie kulą u nogi całej drużyny. I nie chodzi to tylko o ten tom, ale ogólnie do całej postaci w serii. Jednak jest to czepianie się na wyrost, bo z siedmiotomowej sagi, jest to jedna z najlepszych części.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Ian Fleming - Goldfinger


Data ukończenia: 23 marca 2010

Data utworzenia recenzji: 23 marca 2010

Recenzja:

Ile razy nie obejrzałbym "Goldfingera", zawsze mnie zastanawia, co ludzie widzą w tym filmie, że uważają go za najważniejszy w serii. Z drugiej strony zawsze sprawia mi przyjemność oglądanie tego odcinka, chyba dlatego, że jest bardzo łatwo przyswajalny. I pomimo tego, że się dziwię, też uważam, że ten film jest ważny, tylko nie znam konkretnej odpowiedzi: dlaczego?

Po książce "Dr No" znalazłem opinię sugerującą, że następna, "Goldfinger", to dosyć nudna i bardzo długa historia. Za nudą przemawia na przykład opisana gra w golfa. Fleming, jak zwykle wgłębił się w ten temat i nawet laik po kilku kartkach, będzie wiedział do czego jest putter, czy drewno jeden. Na dodatek każdy z osiemnatu dołków jest szczegółowo opisany. Może irytować. I mnie zwykle takie opisy u Fleminga niesamowicie męczyły. W tym wypadku w ogóle nie odczułem, żadnego zmęczenia i przynużenia. Oczywiście myślę, że można było to skrócić do 10 stron i nic by się nie stało. Pozostałe opisy (meble, podróże) są jak zwykle, niczym fotografie. Opisane od początku do końca. Pedantyczność Fleminga jest nadal w formie. Chociaż coś się zmieniło!

Największą zmianą, jaką można zauważyć, to humor. Fleming w tej powieści zaczął używać dowcipu, prawdopodobnie pod wpływem Raymonda Chandlera. Uważam, że jest fenomenalny. Nie ma to, jak dramatyczna historia i cięta riposta Bonda. Lesbijka Pussy Galore? No to sarkastyczne rozważanie na temat zniewieściałych facetów i męskich kobiet. Pojawia się Koreańczyk? No to może jemu jeszcze dowalić kilka razy. Rasizm i homofobia (chociaż bardzo ładnie pisze na ten temat!) Fleminga powracają do powieści, ale są tym razem napisane z klasą (nie tak, jak w "Żyj i pozwól umrzeć"). Świetne są przemyślenia Goldfingera, które nawiązują do bogactwa, złota, władzy. Cała książka to istna kopalnia tekstów, które można rzucać na prawo i lewo podczas imprez, żeby zaimponować elokwencją, bądź poczuciem humoru, często tego czarnego.

Biorąc na warsztat film i książkę, zauważyłem, że chętnie wymieniłbym niektóre sceny. Będę je opisywał, więc cały następny akapit to jeden spoiler!

W filmie pamiętną sceną było spotkanie gangsterów z Goldfingerem. Ukazano tam stoły wychodzące z ruchomej podłogi. Jeżdżące pulpity, model Fort Knox i inne bajery. Sala konferencyjna, która służyla po to, by ukazać mafiozom piękny plan. Ostatecznie sala ta stała się komorą gazową, a pytanie na ustach zostało: to po co te gadżety? Ciekaw byłem, jak w oryginale to było. Całe szczęście scena taka, rzeczywiście istnieje, ale mafia nie zostaje w niej uśmiercona. Ci ludzie byli zbyt ważni dla Goldfingera, by ich zaprosić, pokazać i zabić. Rozwiązanie w książce, jest bardziej fair dla inteligencji czytelnika, niż w filmie dla widza. Za to sam plan Operacji Wielki Szlem lepszy był w filmie. Napromieniować złoto w Fort Knox, by straciło wartość, tak by Goldfingera miało wiekszą - kapitalne rozwiązanie. W książce Fleming postawił na trochę wymyślniejszy napad na bank. Napad, czyli rabunek złota. Tym razem plusa stawiam przy filmie. To są chyba najważniejsze zmiany, cała reszta jest mniej więcej taka sama.

Można się czepiać trochę do tłumaczenia. Oddjob w filmie to Mokra Robota, w książce to Złota Rączka. Sam nie wiem, które lepsze. Oba są kuriozalne. Ale to jedyne co przychodzi mi do głowy z tłumaczenia. Poprostu przyzwyczajony do Mokrej Roboty, dziwnie mi się czytało o Rączce.

Czy jest to książka nudna? Na pewno jest inaczej rozłożona akcja. Przez większość książki tak na poważnie nic sie nie dzieje. Jest za to czas na przedstawianie filozofii bohaterów, które sobie wyżej cenię niż, jakiejś wątpliwej jakości sceny batalistyczne. Jest też dużo opisów, które nie uwierają w żaden sposób, bo Fleming z książki na książkę robi się coraz bardziej czytelny (pomijając "Pozdrowienia z Rosji"). Byłem nastawiony sceptycznie, a już po pierwszych stronach historia mnie porwała i nawet przestałem zastanawiać się czy jest lepsza od "Dr. No". Od "Moonrakera" na pewno jest. "Goldfinger" zajmuje w moim rankingu pierwsze bądź drugie miejsce. Czas zweryfikuje, która książka była lepsza.


Opinia po pół roku:

Przyglądając się tym negatywnym opiniom kilka dni po napisaniu recenzji, zauważyłem, że rzeczywiście nie są pisane bezpodstawnie.

Chodzi oczywiście o bardzo naiwną fabułę. Tyle razy, ile Bond spotyka Goldfingera, nie może doprowadzić do takiej współpracy między nimi, jak pod koniec książki. Jak mówi sam Goldfinger: "Raz to szczęśliwy traf. Dwa razy to przypadek. Trzeci raz to wroga działalność". I nawet po tym powiedzonku, Auric zaczyna zatrudniać Jamesa. To zostało załatane w filmie i nie ma tam takiej absurdalnej historii. Typowy facet z ulicy może być sekretarzem, a nie musi to być facet, który przez cały czas cię śledzi i ty o tym wiesz.

Poza tym, uważam, że nadal jest warta przeczytania. Ze względu na humor, który takie absurdy przyćmił. Osobiście uważam, że do dzisiaj nie czytałem, żadnej tak śmiesznej książki Fleminga. I oceniam książkę po zabawie jaką z nią miałem, a nie po logiczności. Już mniej entuzjastycznie, ale nadal mogę polecić.

czwartek, 28 października 2010

Ian Fleming - Dr No

Data ukończenia: 2 listopada 2009

Data utworzenia recenzji: 3 listopada 2009

Recenzja:

Po "Pozdrowieniach z Rosji" długo nie mogłem myśleć o wzięciu do ręki innych książek Fleminga. Sprawdzałem opinie różnych osób i nadal nie mogę znaleźć, ani jednego argumentu, by nazywać ją najlepszą książką o Bondzie. W wolnym czasie zacząłem sobie przypominać stare filmy z Connery'm i Lazenby'm. "Dr No", który za pierwszym razem niespecjalnie przypadł mi do gustu, tym razem okazał się cholernie dobrym filmem. Do tej pory mówiłem, że podstawa Bondów to pierwsze sześć filmów, w tym "Dr No" tylko z tego względu, że był pierwszy. Po drugim seansie stwierdzam, że jest pełnoprawnym członkiem 'szóstki' (a najsłabszy to "Żyje się tylko dwa razy", o!). Odczekałem jeszcze kilka tygodni i w końcu sięgnąłem po Fleminga. Dziwny zbieg okoliczności - książkę wziąłem w ten sam dzień, w którym świat obiegła informacja o śmierci odtwórcy pierwszego przeciwnika Bonda - dr. No, granego przez Josepha Wiseman'a.

Książka jest gówniana. Całe szczęście nie jakościowo, ale tematycznie. Inaczej niż w filmie, nie ma tu reaktorów. Jest za to zbieranie ptasich odchodów. Okazuje się, że to bardzo dochodowy interes. W każdym razie, James jako urlop dostaje prostą sprawę do rozwiązania na Jamajce - odszukać uciekiniera Strangewaysa i jego sekretarkę Trueblood. Jest to okazja do umieszczenia w książce również Quarrela.

Ogólnie cała otoczka to osoby i miejsca na Jamajce z powieści "Żyj i pozwól umrzeć". Jest więc trochę czasu na flemingową nostalgię za starymi czasami. Fabuła mocno się zmienia przez te strony. Z początku mamy mocno detektywistyczną książkę, która zmienia się w thriller (pierwowzorem "pająka na szkle", była moim zdaniem o wiele straszniejsza skolopendra, 10 stron jest poświęcone na rozpisanie podróży tego diabelskiego pomiotu po ciele Bonda, cholera ale jak to opisał! kapitalnie). Chwila podróży łódką na Crab Key (niestety, jak większość podróży autora, spowodowało to spadek tempa). Sensacyjna walka z żołnierzami i "smokiem", przejście do filozoficznej rozmowy Bonda z dr. No (Fleming stworzył takiego złoczyńcę, że bije wszystkich razem wziętych, nic dziwnego, że facet zasługuje na swój własny tytuł książki).

Końcówka jest zupełnie inna niż w filmie i byłem mocno zdziwiony, gdy nie było walki na pięści między głównymi bohaterami. W dzisiejszych czasach utrwaliła się w filmach koncepcja końcowej walki z głównym bossem (albo jego henchmanem), w książkach Fleminga można skradać się i rozbić czaszkę jednym uderzeniem, podłożyć bombę, strzelić w plecy, popchnąć w przepaść. I tyle. Takie proste, a jakie zdumiewające.

Jedyne co mnie mocno zirytowało to polskie wydanie tej książki. Mam dwa różne wydania. Jedno ma słabego tłumacza, a drugie wydane przez Rzeczpospolitą ma bardzo dobrego. Ta druga jednak jest najbardziej zabugowaną książką, jaką widziałem w życiu. Jak w dzisiejszych czasach można wypuścić książkę, która ma np. "Al;e"? Już o tym, że powtórki to norma w krótkich zdaniach, teraz wymyślam, ale na jednym przykładzie tylko pokażę, jak to głupio wygląda: "Bym chciałbym zrobić łódź bym...". Co to jest? Nie mieli korekty? No to sprawdźmy. A nie, korekta jest. I to dwuosobowa, nie będę przytaczać nazwisk, bo dzisiaj krytyka jest przyjmowana często jako błogosławieństwo, więc przemilczę te panie z premedytacją. Ciężko jest znaleźć strony, gdzie nie byłoby takich błędów. Ale kasa zaksięgowana.

Na koniec. Jak kogoś nie interesuje chronologia to brać książkę "Dr No", odpalać soundtrack z filmu (kalipso świetnie pasuje do powieści) i czytać najlepszą, jak do tej pory książkę Fleminga. Ja sam od samego początku byłem zachwycony historią, pomimo tego, że znałem ją ogólnie z filmu. Postać Bonda i doktora No (a zwłaszcza tego drugiego) jest kapitalnie opisana. Jak sobie pomyślę, że ta książka miała w ogóle nie powstać to mnie aż skręca. Do tej pory "Moonraker" był takim małym arcydziełem, ale "Dr No" nie dość, że go przebił to zatarł ślady po "Pozdrowieniach z Rosji". Ech, w sumie o tej książce mógłbym dużo pisać, ale o najważniejszych rzeczach już wspomniałem. Powieść fenomenalna.


Opinia po roku:

Aż nie chce się wierzyć, że równo rok temu siedziałem po uszy w tej historii. I nadal nic się nie zmieniło. Od "Dr. No" tylko dwa tomy, tak mocno mi się podobały: "Operacja Piorun" i "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości", którą właśnie czytam. Ale jednak to szósty tom darzę chyba największym sentymentem. Sam nadal polecam książkę, ale bardzo często spotykam się z negatywnymi opiniami. Ja swojego zdania nie zmienię i uważam ją za jeden z najlepszych tytułów, jakie przeczytałem w 2009 roku.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...