sobota, 6 października 2018

Akira Toriyama - Dragon Ball #8: Son Goku - atak z powietrza















Data ukończenia: 23 września 2018

Data utworzenia recenzji: 6 października 2018

Recenzja:

Ósmy tom to zakończenie walki z Armią Czerwonej Wstęgi. Pojawia się też "erteelowski" Kryminator, który dla zmylenia czytelnika w oryginale zwie się Tao Pai Pai. Nie pamiętam już, czy w anime rzeczywiście był, aż tak brutalną postacią, ale w mandze (do chwili obecnej) bije wszystkich zboczeńców i morderców.


Pojawia się też Wielki Karin, sympatyczny koci pustelnik, który od tego tomu będzie się pojawiał częściej. Ale tracimy też niezłą grupkę postaci. To ostatnie strony z Marszałkiem Czerwonym, czy Generałem Niebieskim, a sama Armia nigdy nie będzie już takim tworem, jak w ostatnich tomach.


Ogólnie średniak. Cieszy fakt, że zamyka się już pewien etap w serii i lecimy dalej po ostatnią smoczą kulę. No i jesteśmy już chyba na półmetku oryginalnej serii Dragon Ball!

piątek, 5 października 2018

John le Carre - Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg

















Data ukończenia: 19 września 2018

Data utworzenia recenzji: 5 października 2018

Recenzja:

Nadeszły czasy, kiedy możemy cieszyć się dostępnością mniej popularnych książek w Polsce. I nie to, żebym mówił od razu, że le Carre nie jest znany! Możemy teraz mieć tytuły pasujące do siebie wymiarami, kolorystyką i tłumaczeniem. Dlatego łyknąłem kolejną prenumeratę, po całej serii Świata Dysku.

Samego le Carre'a nie znam... Dostałem kiedyś zachwalany film "Szpieg", pewnie z tego powodu, że zbieram książki o Bondzie. To są dwa inne światy, choć dzieją się w tym samym miejscu. Film mocno zagmatwany po pierwszych minutach, doprowadził mnie do stanu, w którym stwierdziłem, że lepiej to przeczytać.

W skrócie fabuła wydaje się całkowicie prosta. Zimna wojna. Emerytowany agent - George Smiley - dostaje zadanie rozpracowania w MI6 czterech agentów, biorących udział w sprawie "Czarna magia". Istnieje duże prawdopodobieństwo, że jeden z nich jest podwójnym agentem, a przy okazji przyczynił się do wcześniejszej emerytury głównego bohatera.

Historia jest zagmatwana - wracamy często do przeszłości, odkrywamy nowe postacie, które były uwikłane w nieudane akcje i poznajemy główną czwórkę. Niestety, bardzo słabo idzie autorowi określenie w jakim czasie jesteśmy. Często byłem w sytuacji, kiedy nie wiedziałem, czy dana rozmowa prowadzona jest przed główną osią fabuły, czy może dzieje się w teraźniejszości. Do tego liczne nazwiska... Które w większości są nudne i nie można ich dopasować do charakteru. I może zabrzmi to infantylnie, ale przydałby się dla starego człowieka, jak ja, jakiś indeks postaci. Brakowało mi tutaj prostych nazw pokroju: Bond, Goldfinger, Bink, Malfoy itp.

Kolejnym minusem jest rozwleczenie fabuły do granic mojej cierpliwości... Nie wiem, po jaką cholerę były pisane sceny szkolne z Jimem Prideaux, i co rzeczywiście znajdowało się na tych pięciuset stronach, czego nie można byłoby zmieścić na trzystu. Dobrym przykładem jest tutaj okrojony scenariusz na potrzebę filmu.

I tak, jakoś zleciało kilka miesięcy czytania "Druciarza...". Z jednej strony czuję, że już jestem trochę starszy i nie mam za dużo czasu oddawać się lekturze. Z drugiej - moje wymienione minusy i przytyki mocno dały mi w kość podczas zagłębiania się w historię. Choćby opowieść była niesamowicie trzymająca w napięciu, ustawione nieświadomie przez autora miny doprowadziły mnie do zmęczenia materiału...

Ale! Fabuła jest bardzo ok. Oglądany przeze mnie później film okazał się strzałem w dziesiątkę, jeśli chodzi o jej streszczenie. Brakowało w nim niestety głębi i ekspozycji postaci z Cyrku. Dla cierpliwych szczególnie polecam oba materiały. I to jest dowód, jak ciężko mnie ostatnimi czasy zadowolić.

sobota, 18 sierpnia 2018

Akira Toriyama - Dragon Ball #7: Ścigają nas Niebiescy!















Data ukończenia: 23 lipca 2018

Data utworzenia recenzji: 18 sierpnia 2018

Recenzja:

Kolejny już tom przedstawiający perypetie Son Goku z Armią Czerwonej Wstęgi. Wspominałem chyba w poprzedniej części o zniewieściałym Generale Niebieskim, który ewidentnie ma ciągoty do płci męskiej. Z racji tego, że niemal cały siódmy tom, jest poświęcony walce przeciwko niemu - mamy okazję szerzej spojrzeć na tę postać i podjąć kilka tematów.

Nie chcę wchodzić w tematy homoseksualizmu w Japonii, bo tematy pewnie szerokie. Interesuje mnie zmieniający się czas. Pamiętacie lata pierwszego Big Brothera? Na RTL7 leciał też wtedy Dragon Ball. Gdzieś w tym samym momencie, jakaś matka odkrywa komiks "Dragon Ball #7", gdzie Bulma bez skutku próbuje usidlić Niebieskiego. Po nieudanej akcji stwierdza, że to "pedał"...

W 2001 roku chyba na nikim nie zrobiło to wrażenia, późniejsza raczkująca jeszcze poprawność polityczna zabiła takie grubiaństwo. I nie to, żebym bronił używanie takich stwierdzeń, ale przeczytanie w komiksie dla nastolatków "zakazanego słowa" (cytuję Generała Niebieskiego), pokazało mi, jak muszą widzieć nas i nasze "dzikie" czasy millenialsów, centennialsi...

A wracając na właściwy tor, Akira Toriyama przekabacił postaci z innych swoich dzieł, by wystąpiły w tym tomie. Wyszło biednie, nieśmiesznie i jałmużniowato. Duży minus, na niezłym tomie.

wtorek, 17 lipca 2018

Berenika Kołomycka - Malutki Lisek i Wielki Dzik. Najdalej















Data ukończenia: 3 marca 2018

Data utworzenia recenzji: 17 lipca 2018

Recenzja:

Znów zrobiłem sobie mały prezent i zakupiłem drugi tom przygód liska i dzika. Szczerze powiedziawszy oficjalnym argumentem była chęć zbierania książek mojemu synowi. Od urodzenia wszczepiam mu zamiłowanie do lisów (ma od cholery ubranek i zabawek z tym zwierzakiem), więc i ten sympatyczny w komiksie musiał się znaleźć w zbiorach. Nieoficjalnym argumentem jest moja ciekawość, jak pani Kołomycka poradziła sobie z ciężkim zadaniem, jakim jest napisanie fabuły kontynuacji kapitalnej pierwszej części.
Po opuszczeniu swojej jabłonki, lisek i dzik wyruszyli w podróż "przed siebie" i uczą się życia na podstawie bardzo prostych przygód. W tym tomie mają okazję poznać świetliki i foki, a także zmierzyć się z pogodą.
Pomimo tego, że komiks jest bardzo sympatyczny - cierpi na ból istnienia sequela... Wszystko trzyma się kupy, ale nie ma tego efektu świeżości. Postacie są niesamowicie urocze, pomimo ogromu świata - historie są kameralne. A jednak, "Najdalej" wydaje się być wyciszeniem, przed czymś większym. Mam taką nadzieję przynajmniej, bo jestem bardzo zainteresowany trzecią częścią, druga zaś - pozostaje na razie w cieniu debiutu.

niedziela, 25 lutego 2018

Ian Fleming - Bang Bang! Wystrzałowy samochód
















Data ukończenia: 2 stycznia 2018

Data utworzenia recenzji: 25 lutego 2018

Recenzja:

Swojego syna przywitałem książką na Gwiazdkę. Zastanawiałem się długo, jaki to powinien być tytuł. Trafiło na Fleminga, i jego jedyną powieścią dla dzieci. Chitty Chitty Bang Bang, lub w wersji polskiej "Bang Bang! Wystrzałowy samochód, to dzieło napisał swojemu synowi. Dużo o Ianie można było mówić, ale nie to, że był prorodzinny. Ponoć urodzenie syna przeżył bardzo źle i było dla niego zakończeniem hulaszczego życia. Nie żeby z tego trybu zrezygnował, ale w teorii to była sromotna klęska.

Dlatego dziwi zaangażowanie twórcy Bonda w książkę dla dzieci, która na dodatek została jeszcze zekranizowana (nie oglądałem). O czym mówi to wiekopomne dzieło, które przetrwało do dnia dzisiejszego?

Komandor Caractacus w stanie spoczynku jest wynalazcą i za projekt karmelków-gwizdków dostaje małą fortunę, za którą kupuje samochód z rejestracją MAG I3 NY, a jest to BANG BANG, samochód księcia Zborowskiego, który wygrał kilka wyścigów z przeszkodami (samochód to Paragon Panther). Jest to raczej złom, nad którym w garażu skrupulatnie pracuje komandor Pott. Po naprawie okazuje się,  że samochód lata, gada - pełny serwis. Wybierają się całą rodzinką na przejażdż.. przelotkę po Wielkiej Brytanii, a nawet zahaczają o Francję.


A że jest to rodzina, która przygodę stawia ponad zdrowy rozsądek, wpada w niezłe tarapaty i uczestniczy w akcji ratowania cukiernika - pana Bon-Bona. Nieznajomość pojęcia "niebezpieczeństwa" ukazuje nam strasznie dysfunkcyjną rodzinkę, która w imię walki z nudą, potrafi wejść do jaskini lwa i, co gorsze, wyjść z niej cało.


Jest to w dużym skrócie opisane, ale wyłuskana cała esencja tej powieści. Jeśli ktoś oglądał film, od razu uprzedzam, niemal nic z książki nie zostało w produkcji MGM. I nie rozumiem fenomenu tej powieści. Jest źle napisana - Fleming używa trudnych wyrazów, by zaraz w "prześmiewczy" sposób opisać je, jak dla dziecka. Sama historia wygląda, jakby była wymyślana na poczekaniu podczas jednego posiedzenia przy łóżku zasypiającego syna. Newton opowiadałby o spadającym powozie, Lovecraft o czymś tak strasznym, że zakończyłby szybko z powodu braku słów na opisanie zjawiska. A Fleming zna się na samochodach i bandytach, więc w tym kręgu opowiada bajki dla dzieci. Całość okraszona rysunkami Joe Bergera, ale nijak nie powodują większej sympatii do książki.


Po kilkudziesięciu latach, ktoś stwierdził, że warto byłoby napisać kontynuację - Frank Cottrell Boyce stworzył trzy części "Bang Bang". Pierwszy rozdział drugiego tomu jest dostępny właśnie w tej pozycji. Mistrzostwo świata to to nie jest, a naśladowanie Fleminga jest nad wyraz trudne, z tego co widzę, po ostatnich wyczynach autorów w świecie Bonda.


Ogólnie, ciężko mi zjechać tę książkę. Jest słaba, i gdyby nie Ian Fleming - jestem pewien, że utopiłaby się w jeziorze dziecięcych, niespełnionych historii. A, że to rok 1964, kiedy napisał "Żyje się tylko dwa razy", a "bondy"już zaczęły być sławne...

sobota, 24 lutego 2018

Akira Toriyama - Dragon Ball#6. Straszna pomyłka Bulmy















Data ukończenia: 31 grudnia 2017

Data utworzenia recenzji: 24 lutego 2018

Recenzja:

Szósty tom kontynuuje wątek Armii Czerwonej Wstęgi. Zaczynamy jazdą bez trzymanki z najbardziej debilnym ninją w historii sztuk walki - sierżantem Purpurowym, a kończymy poznaniem generała Niebieskiego.

Toriyama ciągnie dalej temat tej organizacji, która jak w pysk strzelił, przypomina Trzecią Rzeszę. Główny niemilec tego tomu, to niemal wykapany i diabelnie przystojny żołnierz hitlerjugend. Nie obyło się też bez kontrowersji, bo naszyto na niego łatkę homoseksualisty - i nie mowa tylko o seksualności, ale także o sposobie bycia.

Ale Akira bawi się tutaj każdą orientacją - kilkunastoletnia (ale na pewno nie pełnoletnia) Bulma molestowana jest przez dwóch żołnierzy Armii Czerwonej Wstęgi. To są kolejne "smaczki" autora, które czasem zaczynają ocierać się o prawo. Ech ta Japonia...

Część, jak najbardziej na plus. Sama postać Androida #8, do bólu dobrego, jest mocno odpychająca, przy wątkach gejowskich i molestowania dziewczynki i zupełnie tu nie pasuje. Z drugiej strony - czy nie powinno być odwrotnie?! Pomimo tego tomy z Red Ribbon, zawsze będą moimi ulubionymi!

czwartek, 28 grudnia 2017

Sebastian Faulks - Piekło poczeka

















Data ukończenia: 27 grudnia 2017

Data utworzenia recenzji: 28 grudnia 2017

Recenzja:

Jakoś zupełnie zapomniałem o tej książce. Sebastian Faulks przejął na jeden tytuł schedę po Bensonie, dzięki czemu mógł wejść w rolę Iana Fleminga. Zresztą już na samej okładce dumnie widnieje imię i nazwisko autora z dopiskiem "jako Ian Fleming".

Żeby trochę wyjaśnić zawiłość Bonda po śmierci Iana Fleminga, muszę zacząć od początku. Bezpośrednią kontynuacją książek oficjalnych (12 powieści i 2 zbiorów opowiadań) była powieść Kingsleya Amisa pt. "Pułkownik Sun".  Na kolejne czternaście tytułów został zatrudniony John Gardner, który postaci "zamroził i obudził" w latach osiemdziesiątych (bez szczególnego wytłumaczenia). Raymond Benson napisał sześć powieści dziejących się w latach dziewięćdziesiątych. Od tego momentu następni autorzy otrzymywali jedną szansę na książkę (co może być przełamane przez Horowitza, jego dzieło sprzedało rzeczywiście nieźle).

I recenzowane na blogu "Solo" i "Carte Blanche", to efekt właśnie takiego postanowienia Ian Fleming Publications - jednorazowa, wolna ręka autora. Ale to od Faulksa się zaczęło. I czy dało radę?

Zacznijmy może od fabuły - niczym kolejne części Godzilli, znowu jest to kontynuacja przygód  z pierwowzoru - Bonda z fazy Iana Fleminga. Przeżywamy jego porażki z Blofeldem i utratę żony. Faulks wykorzystuje materiał źródłowy w odpowiedni sposób, daje nam pewność, że wszystko to jest dalszą historią i nic nie zostało zapomniane. I tyle z tych plusów, bo zacznie się moje narzekanie...

Autor rzeczywiście pisze, jak Ian Fleming. Problem jest tylko taki, że popełnia wszystkie jego błędy w XXI wieku, kiedy jest to zabronione! Nie pomaga też fakt, że Faulks jest wyłącznie imitatorem i według mojej opinii nie czuje zupełnie procesu tworzenia powieści z Bondem. Są opisy mebli i pomieszczeń, są opisy potraw, sam schemat jest idealny godny Fleminga (scena tortur, główny zły i jego henchman - wszystko jest na miejscu). Sebastian nie zna czasów, o których pisze. Gdyby to chodziło wyłącznie o fabułę nie sprawiałoby zupełnie bólu, ale jeśli chodzi o smaczki, którymi raczył nas Ian widać to gołym okiem.

Kolejną sprawą jest miałkość samego schematu Fleminga. Każda jego powieść ma tę samą konstrukcję, jeśli chodzi o postaci, scenę tortur, scenę seksu i ostatecznej wali z przeciwnikiem. Wszystkie te elementy są, ale Faulks nie stara się, by lekko doszlifować lub podrasować ten schemat. Gra w tenisa z Juliusem Gornerem (zły) jest żywcem wyciągnięta z "Goldfingera", zmieniono tylko dyscyplinę. Sam przeciwnik ma jedną, "małpią", dłoń, jednak o to trudno się przyczepić, bo Fleming każdego antagonistę obarcza jakimś problemem ewolucyjnym. Jedna już sama nienawiść do Wielkiej Brytanii jest żywcem zerżnięta z "Moonraker'a", wydaje mi się, że nawet teksty Juliusa są lekko "aktualizowane" do świata Faulksa.

Ale dwa tematy mnie irytują niemiłosiernie. Pierwsza sprawa, to przemówienia Gornera po złapaniu Bonda w trakcie infiltracji. James nawet nie musi się trudzić w zadawaniu pytań. Julius wyśpiewa wszystko, opowie proces produkcji narkotyków, wyda swoje kontakty i jeszcze pokaże, jak to wszystko wygląda. Przypominam, że znajduje się nie po tej stronie muszki, o której myślimy. James dostaje z czytelnikiem większość odpowiedzi na pytania, których nawet nie zdążył jeszcze przemyśleć. Takie rzeczy zdarzały się, ale nie w tak perfidny sposób.

Drugi temat, to kolejne żywcem zerżnięte z "Goldfingera" sceny "współpracy" Bonda z Gornerem. Julius wykorzystuje Jamesa do swoich niecnych planów, "zatrudniająć" go, jako pilota samolotu, który ma się rozbić w odpowiednim miejscu. Co może pójść nie tak? Ian Fleming poprzez Goldfingera też popełnił takiego fabularnego pierda, kiedy Bond zostaje wciągnięty we współpracę napadu na Fort Knox.

I najgorsze jest to, że skończyłem już oceniać książkę, a nie napisałem jeszcze o fabule... Ta jest miałka, a z tekstu powyżej wynika jasno, że mamy do czynienia z nienawiścią do Wielkiej Brytanii za pomocą narkotyków. To w skrócie oczywiście. Nic takiego, co można byłoby polecić. Wymieniane wcześniej książki: "Solo" i "Carte Blanche" stoją na o wiele wyższym poziomie. A osobom niezdecydowanym - polecam zapoznać się z klasyką Fleminga.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...